Będą ostre kary dla pijanych kierowców
Rząd wydaje bój
Premier Donald Tusk ogłosił rządowe plany walki z pijanymi za kółkiem. Brzmią interesująco, ale diabeł siedzi w szczegółach.

Pretekstem do zajęcia się aż na poziomie obrad Rady Ministrów nietrzeźwymi kierowcami były ostatnie zdarzenia. 26-latek, który zabił w Kamieniu Pomorskim sześć osób (2 promile) i motorniczy z Łodzi (1,2 prom.) – dwie śmiertelne ofiary. Inspiracją dla ministrów było oburzenie opinii publicznej po bulwersujących wypadkach spowodowanych przez pijanych, a to nie jest dobry zaczyn dla tworzenia zmian w prawie.

Chociaż premier odżegnywał się od populistycznych pomysłów niektórych polityków, którzy domagali się kar więzienia dla osób przyłapanych na jeździe po pijaku, to propozycje, jakie zgłosił też są populistyczne: mają na celu pokazać, że rząd trzyma ręce na pulsie, reaguje szybko i bezlitośnie. Szkoda, że ogłoszono je po tragedii w Kamieniu, a nie długo wcześniej. Rząd powinien pracować nad rozważnymi aktami prawnymi, głęboko przemyślanymi, a nie przygotowywanymi w gorączce bieżących wydarzeń.

Chodzi o szybki efekt - przyznał Tusk. Dlaczego ma być szybki akurat teraz, a nie rok temu, dwa lata, albo pięć lat temu, kiedy problem pijanych kierowców był bardziej dolegliwy? W 2012 roku nietrzeźwi kierujący spowodowali 7,2 proc. wypadków komunikacyjnych, a w 2008 r. 9,2 proc. Od kilku lat obserwujemy tendencję spadającą, maleje liczba wypadków ogółem i liczba zdarzeń spowodowanych przez nietrzeźwych. Skala problemu nie wskazuje, aby potrzebne były nadzwyczajne i doraźne działania akurat teraz.

Spójrzmy na propozycje. Za pierwsze przyłapanie na jeździe na tzw. bani – strata prawa jazdy na trzy lata i kara finansowa od 5 tys. w górę. Recydywista przyłapany po raz drugi straci prawo na minimum 5 lat i zapłaci od 10 tys. zł w górę. Do tej pory osoby, które traciły uprawnienia do kierowania pojazdami przyłapane na prowadzeniu samochodów popełniały wykroczenia i były karane mandatami. Teraz taki czyn będzie już przestępstwem, a sprawca stanie przed sądem i dostanie mocno po kieszeni. Z tymi akurat pomysłami trudno się nie zgodzić, ale otwarta pozostaje kwestia, czy to zagrożenie karami spowoduje nagłe i cudowne otrzeźwienie kierowców, a na taki szybki efekt liczy zapewne rząd.

Natomiast zupełnie nierealna wydaje się zapowiedź obowiązkowego alkomatu na wyposażeniu każdego samochodu już od 2015 r. Nie wiadomo też skąd pan premier wziął cenę takiego urządzenia – podobno ma kosztować 10-15 zł. Homologowane alkomaty z w miarę poprawnym odczytem kosztują dzisiaj kilkaset zł. Nagle potanieją? Producenci już zacierają dłonie, będą złote żniwa. Mają niecały rok, aby przygotować się do spełnienia obietnicy premiera. Będziemy się przyglądać, ale już dziś można przewidzieć, że taka prosta, jak widzi ją premier Tusk, ta operacja alkomatowa nie będzie.

Podobnie jak nie proste będzie osiągnięcie zwycięstwa w walce z pijakami za kółkiem. Nie wysokość kar spowoduje, że pijany zrezygnuje z jazdy, ale trwająca latami edukacja i przeoranie mentalności tych rodaków, którzy wciąż święcie wierzą, że odrobina alkoholu nikomu krzywdy nie zrobi. Banalnie brzmi stwierdzenie, że trzeba skończyć ze społecznym przyzwoleniem na pijaństwo, ale to nie znaczy, że należy zrezygnować z edukowania pasażerów podróżujących z nietrzeźwymi kierowcami: ich kolegów z pracy, żon, narzeczonych, wujków, ciotek i kogo tam jeszcze, kto nie dostrzega, iż pozwalając kierowcy po kielichu na jazdę, naraża siebie i innych na śmiertelne zagrożenie. Z pijanym nie jadę – to hasło każdy powinien uznać za obowiązujące. 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj