Bojkot Tesco? Popieram
Nie gadajcie głupot
Wbrew dominującej krytyce Marek Sawicki ma rację, grożąc Brytyjczykom, że weźmiemy ich Tesco jako zakładnika. Niech brytyjski biznes wytłumaczy brytyjskiemu rządowi, żeby nie gadał głupot.

To nie jest wielka sprawa. Los Tesco nie zależy od bojkotu, do którego wzywa PSL. Los PSL nie zależy od tego, czy coś z tego bojkotu wyjdzie. Podobnie jak los Wielkiej Brytanii ani Brytyjczyków nie zależy od tego, czy Polacy, którzy tam pracują, będą z brytyjskiego budżetu pobierali zasiłki na dzieci pozostawione w Polsce. Dla Polski i polskiego budżetu też nie ma to wielkiego znaczenia. Stawką są niewielkie pieniądze i nie wiadomo, jakie rozwiązanie komu przyniesie szkodę, a komu pożytek.

Jeżeli Cameron zabierze polskim dzieciom zasiłki, to część rodziców sprowadzi je do Wielkiej Brytanii. Wtedy brytyjski rząd będzie płacił za ich szkoły i opiekę medyczną, a polski rząd na tym zaoszczędzi. W zależności od tego, jak wielu rodziców to zrobi, a ilu zacznie pobierać jakieś zasiłki w Polsce albo wróci i zacznie tu szukać pracy, jeden kraj więcej zaoszczędzi, a drugi więcej straci. Podobnie jest z bojkotem. Gdyby Polacy masowo przestali kupować w Tesco, jego zyski trochę by zmalały, trochę pracowników straciłoby pracę, trochę mniej polskich towarów trafiłoby przez tę sieć do klientów. Ale ludzie i tak by gdzieś kupowali, więc jabłka niesprzedane przez Tesco zostałyby sprzedane w sklepie innej sieci albo na bazarze, gdzie wzrosłoby zatrudnienie. I tak dalej. Chyba więc tylko niektóre dzieci z całą pewnością mogą na pomysłach Camerona zyskać, bo dla nich zawsze lepiej jest być z rodzicami. A możliwy ekonomiczny efekt całej tej awanturki bez względu na jej przebieg będzie z grubsza neutralny albo mało znaczący.

Natomiast politycznie sprawa jest znacząca. Bo mając w bliskiej perspektywie krajowe i europejskie wybory, kluczowi politycy po obu stronach sporu – czujący na plecach oddechy lokalnych populistów – prężą wątłe muskuły i bawią się w dość niebezpieczny teatr politycznych emocji. Cameron opowiada ewidentne głupstwa o tym, ile kosztują imigranci. Premier Tusk i prezes Kaczyński wykonują niemądre telefony, z których nic nie może wyniknąć. A opinia publiczna, do której docierają strzępy tych powarkiwań, nabiera przekonania, że Unia jest gorsza, niż się wydawało. W ten sposób nakręca się chwilowo rachityczna spiralka antyeuropejskich emocji, na których może jednak wyrosnąć coś dużo gorszego.

Kiedy się taką spiralę szowinistycznych emocji uruchomi, bardzo trudno bywa ją zatrzymać. Realistycznie biorąc tylko jedna siła jest w stanie tego dokonać. Tą siłą jest biznes, który powie politykom, żeby przestali się wygłupiać, bo to może za dużo kosztować. Ani Tuska, ani Kaczyńskiego, ani Millera, ani Palikota brytyjski premier nie będzie słuchał, gdy ma na głowie wybory, w których może polec. Natomiast głosu brytyjskiego biznesu posłucha, a przynajmniej uważnie wysłucha. Jeżeli ten głos zabrzmi przekonywająco, spirala szowinistyczna może się zatrzymać. Taki z grubsza jest mechanizm polityczny Unii, która przecież wyrosła z idei kupienia europejskiego pokoju za ekonomiczne korzyści dawane przez integrację.

Jedyny problem, jaki mam z pomysłem ministra Sawickiego, jest taki, że na narzędzie perswazji wybrał sobie tylko jedną brytyjską firmę. Do tej gry powinna się włączyć cała Polsko-Brytyjska Izba Handlowa, bo to w jej interesy najbardziej godzi populizm Camerona. 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj