Odnośniki i przypisy
Jeśli ktoś z Państwa dotarł do tego miejsca, widać ma cierpliwość i ciekawość, aby przyjrzeć się bliżej metodom użytym w wydawnictwie pt. „Resortowe dzieci”.
Jerzy Baczyński, redaktor naczelny Tygodnika POLITYKA
Michał Mutor/Agencja Gazeta

Jerzy Baczyński, redaktor naczelny Tygodnika POLITYKA

Służę swoim przykładem, choćby dlatego, że już przed 6 laty byłem obiektem zabiegów lustracyjnych Doroty Kani, wtedy z tygodnika „Wprost”. Dlatego też będę tu odsyłał niemal wyłącznie do już publikowanych tekstów i materiałów, oczywiście przemilczanych w tzw. książce.

1. Na początek, dla mniej wytrwałych, proponuję lekturę krótkiego komentarza Seweryna Blumsztajna w "Gazecie Wyborczej" 22 stycznia 2008 r., z którym w latach 1981-1982 pracowaliśmy w Komitecie Koordynacyjnym Solidarności w Paryżu. Seweryn napisał ten felieton tuż po publikacji Doroty Kani w tygodniku „Wprost”, przy okazji referując tezy tamtego artykułu, powtórzone teraz w „Resortowych dzieciach”.

2. Po publikacji Doroty Kani we „Wprost”, a zwłaszcza pod wrażeniem spotkania z Osobą, napisałem tekst w "Polityce" pt. "Moje ostatnie spotkanie z ubecją". Niektóre z ówczesnych obserwacji znajdziecie Państwo w publikowanym dziś artykule, ale to zrozumiałe, bo przecież sytuacja jest ta sama, tylko że kilka lat później.

Przeczytaj tekst: Moje ostatnie spotkanie z ubecją

3. Już przed 6 laty pisałem o niekomfortowej asymetrii informacyjnej: otóż pani Dorota Kania miała jakieś, wydane jej przez IPN, dokumenty SB na mój temat, a ja nawet nie wiedziałem, że tkwiłem w jakichś rejestrach i byłem inwigilowany i w ogóle co bezpieka o mnie wyprodukowała. Traf chciał, że prof. Andrzej Friszke, były członek kolegium IPN, jeden z najwybitniejszych  historyków dziejów peerelowskiej  opozycji, odłożył do swojego archiwum pewien dokument wytworzony przez SB w związku z moim powrotem z francuskiej emigracji do kraju.

Oto przeniesiona z Polityki nr 5/2008 reprodukcja dokumentu i komentarz Profesora.

4. Sprawa agenta Szopskiego. W „Resortowych dzieciach”, we wcześniejszych publikacjach D. Kani w Gazecie Polskiej, teraz także w tygodniku „W sieci”, jako jeden z głównych wątków w mojej „sprawie” pojawia się historia agenta SB o nazwisku Szopski, który w 1982 roku udawał dziennikarza „Życia Warszawy”; ja go rozpoznałem po powrocie, ale zobowiązałem się na piśmie, że go nie ujawnię, czym (w domyśle) naraziłem kolegów z ŻW na inwigilację. W GP pojawiła się wręcz insynuacja, że Szopski do dziś może pracować w "Polityce". Na ten zarzut od razu odpowiedziałem w "Polityce 25" maja 2011 r.  w artykule "Kania we mgle").

Ale sprawa jest znacznie barwniejsza, choć dla mnie raczej na czarno.  Otóż 12.12. 1982 po przylocie do kraju (po niemal 2-letniej nieobecności wracałem z małą córką, żona została we Francji) zostałem aresztowany na lotnisku Okęcie. Oczekujący mnie na lotnisku oficer SB groził mi albo bezpośrednim przewiezieniem do więzienia albo wydaleniem z Polski. Po paru godzinach zabrano mi dziecko i oddano znajomym, ja zostałem po drugiej stronie granicy. Wobec „kociej muzyki”, jaką na lotnisku urządzili wciąż oczekujący mnie przyjaciele, oficer oświadczył, że SB zgodzi się na uwolnienie mnie do następnego dnia i przejście granicy, pod warunkiem podpisania, dość absurdalnej w tamtej sytuacji, rutynowej deklaracji o zachowaniu w tajemnicy faktu zatrzymania, przesłuchania a także nie wskazywania znanych mi funkcjonariuszy SB. Dalszy ciąg historii sama Dorota Kania opisała we „Wprost". Oficera z lotniska (Szopskiego) rozpoznałem kilka dni później w redakcji ŻW, jako dziennikarza pod innym nazwiskiem. Tak szybko jak się dało poinformowałem o tym wszystkich kolegów z dawnej Solidarności redakcyjnej (świadków jest z kilkunastu), a parę tygodni później Szopski został z redakcji usunięty. Zresztą koledzy mówili mi, że oni w redakcji zdawali sobie sprawę, że Szopski  to agent wywiadu, skierowany po to, aby dorobić sobie dziennikarski życiorys przed planowanym wysłaniem go do RFN jako szpiega/korespondenta. Ignorowali go, a on do redakcji prawie nie przychodził. Potem, podobno, pracował w przemyśle zbrojeniowym.

5. Ilekroć w „Resortowych dzieciach” pojawia się moje nazwisko, zawsze jest przy nim adnotacja „zarejestrowany jako kontakt operacyjny”. A co z wyrejestrowaniem? Znów, dla mnie przypadkowo, ta sama Dorota Kania ujawniła w portalu GP, wśród wielu innych dokumentów z IPN, jeszcze jakiś papier na mój temat (nr arch. J-9453 z kwietnia 1985 r.) Napisali: „J.Baczyński 12 grudnia 1982 powrócił do Polski. Stanowczo odmówił nawiązania współpracy z nami. Nawiązał kontakty z działaczami opozycji etc..” I dalej wniosek o „zaniechanie dalszego prowadzenia sprawy”, dla mnie równie wartościowy jak niegdyś wniosek o zarejestrowanie. Oczywiście, w „Resortowych dzieciach” nie ma nawet śladu po tym dokumencie ogłoszonym, pewnie niechcący, przez D.Kanię. Przy okazji – autorzy z lubością i  wielokrotnie przypominają, że niegdyś nosiłem inne nazwisko (wiadomo o co chodzi, nieprawdaż?). Fakt, w wieku kilkunastu lat, zmieniłem nazwisko w związku z rozwodem moich rodziców. No i co z tego wynika? Czy nie jest jednak tak, że ustawa o IPN, odbiera osobie, która kiedyś znalazła się w zainteresowaniu służb, podstawowe prawa obywatelskie i osobiste, jak choćby ochrony prywatności, danych osobowych, akt stanu cywilnego?

6. Żeby nadmiernie nie nudzić, już ostatni cytat. Lustracyjny guru, jak mniemam autorytet dla autorów GP, Piotr Gontarczyk, w obszernej pracy „Aleksander Kwaśniewski w dokumentach SB” (wydawnictwo IPN 2009 r.) opisał pewną dotyczącą mnie, a kompletnie nie znaną mi wcześniej historię. Otóż na str. 167-168 jest przedstawiona sprawa zatrudnienia w 1985 r. w redakcji „Sztandaru Młodych” (którą kierował wtedy A. Kwaśniewski) mojej nie żyjącej już Żony Aldony. „Pisano – omawia jakieś raporty SB Piotr Gontarczyk – że Baczyńska była żoną Jerzego Baczyńskiego z Polityki, w latach osiemdziesiątych bardzo negatywnie ocenianego przez SB, głównie za działalność w redakcji „Życia Warszawy” w czasach „Solidarności”, a potem aktywność w paryskich ośrodkach polskiej emigracji politycznej”. SB, dodaje Gontarczyk, wydała negatywną opinię w sprawie zatrudnienia mojej żony w SM. Tyle a propos przywilejów, jakie my, „resortowe dzieci” ciągnęliśmy (i pewnie ciągniemy do dzisiaj) ze współpracy z SB…

Powtarzam, co napisałem przed laty: tamte publikacje przywróciły mi trochę nostalgicznych kombatanckich wspomnień z młodości. „O status pokrzywdzonego nigdy nie występowałem, bo byłem tylko szeregowym działaczem Solidarności, a po upadku PRL nie czułem się pokrzywdzony, tylko wynagrodzony z nawiązką”. Tak uważam do dziś.

Jerzy Baczyński

1. 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj