Kulczyk – nagrywany biznesmen
Sejmowa komisja śledcza do spraw Orlenu dość niespodziewanie zmieniła się w komisję do sprawy Jana Kulczyka. Trwa ustalanie, o czym dyskutował z Ałganowem i czy chciał sprzedać Rosjanom Rafinerię Gdańską.
Jan Kulczyk
Piotr Drabik/Flickr CC by 2.0

Jan Kulczyk

[Tekst ukazał się w Tygodniku POLITYKA w listopadzie 2004 r.]

Nienaganna międzynarodowa renoma naszej firmy, podważana nieuprawnionymi wypowiedziami członków Sejmowej Komisji Śledczej, doznała poważnego uszczerbku w przededniu zakończenia negocjacji niezwykle ważnych kontraktów” – skarżą się w liście do marszałka Sejmu Józefa Oleksego pracownicy i zarząd Kulczyk Holding. Pod listem figuruje dziewiętnaście podpisów. Sygnatariusze ostrzegają, że jeśli działalność komisji sprawi, że do zawarcia kontraktów nie dojdzie, wystąpią na drogę sądową z żądaniem odszkodowania.

O jakie kontrakty chodzi, jaka może być skala strat? Jan Waga, prezes Kulczyk Holding, z góry uprzedza, że nie odpowie na żadne pytanie. To tradycja firmy, która stara się pozostawać w cieniu i nawet prośbę o podanie, jakie spółki wchodzą w skład holdingu, kwituje zaleceniem lektury stosownego „Monitora Polskiego B”. Taką politykę ustalił Jan Kulczyk, który często powtarza, że „duże pieniądze lubią spokój, wielkie – ciszę”.

Tej ciszy musi mu ostatnio brakować. Odtajnione notatki Agencji Wywiadu sprawiły, że znalazł się w świetle jupiterów i został zasypany trudnymi pytaniami. Dlaczego spotkał się z rosyjskim szpiegiem Ałganowem? Czy wiedział, kim jest jego rozmówca? Czy oferował pomoc w sprzedaży Rafinerii Gdańskiej? Czy powoływał się na prezydenta? Jakie usługi oddawał mu były szef UOP gen. Gromosław Czempiński? Jan Kulczyk był dotychczas przyzwyczajony do zupełnie innych pytań. Tych dworskich, kiedy opowiadał o swojej recepcie na sukces, a także – rzadziej – zaczepnych, kiedy powtarzał niczym mantrę, że nie wykorzystuje przyjaźni z politykami do uprawiania biznesu, a Skarb Państwa na interesach z nim nie traci, lecz przeciwnie, zarabia.

– Mam wrażenie, że Janusz trochę się pogubił – komentuje ostatnie publiczne wystąpienia Kulczyka zaprzyjaźniony z nim biznesmen, dla którego wyjazd za Ocean i ucieczka w chorobę są objawami tego pogubienia. Dostrzega przy tym zaskakujący brak treningu w dziedzinie public relations: niespójne wypowiedzi, sprzeczności i z trudem ukrywane zdenerwowanie. Najbardziej jednak dziwi go, że Kulczyk upiera się, iż jadąc do Wiednia nie wiedział, z kim się spotka.

– Każdy, kto go zna, wie, że to niemożliwe. To perfekcjonista, o partnerze musi wiedzieć wszystko – przekonuje nasz rozmówca. Zresztą sam Kulczyk w jednym z wywiadów zdradził swoją technikę skutecznych negocjacji: „Trzeba mieć informacje, odporność i wyczucie. Kiedy siadam z partnerem do negocjacyjnego stołu, muszę wiedzieć, jaka jest jego siła finansowa, jaka strategia, czy ma nadpłynność, jak inwestuje i z jakiego powodu, kto podejmuje decyzje, czy jego żona lubi kwiaty żółte czy czerwone. Nie proponuję whisky temu, kto lubi koniak. To należy wiedzieć”.

Biznesmen zaprzyjaźniony z Kulczykiem godzi się na rozmowę pod warunkiem, że w gazecie nie pojawi się jego nazwisko. Podobnie inni koledzy. Właśnie zdecydowano, że Jan Kulczyk ustąpi z przewodnictwa Polskiej Rady Biznesu. Wszyscy się boją, że mówiąc cokolwiek mogą być wchłonięci w paszczę komisji śledczej. Po raz pierwszy znajomość z Doktorem Janem zrobiła się niewygodna, co zresztą samo w sobie jest widowiskiem dość żenującym.

Narodziny fortuny

Jego gospodarcze imperium narodziło się w drugiej połowie lat 90., głównie dzięki udziałowi w kilku dużych transakcjach prywatyzacyjnych. Najszybciej z polskich biznesmenów zorientował się, że wiązanie swej przyszłości z jedną, choćby nawet najbardziej obiecującą, branżą jest zbyt ryzykowne. Dlatego wybrał rolę inwestora finansowego, stosując zasadę, że zamiast samemu prowadzić przedsiębiorstwa, należy pozyskiwać partnerów, którzy potrafią to robić lepiej – handlować samochodami, warzyć piwo, sprzedawać ubezpieczenia.

Może być spokojny, że firmy są w dobrych rękach, przynoszą zyski, a on sam może chwalić się sukcesami wyliczając na przykład, ile hektolitrów piwa produkuje.

Jan Kulczyk nie lubi publicznie występować w roli finansowego rekina, woli wizerunek człowieka stojącego na czele największego polskiego koncernu, który zatrudnia 100 tys. osób, ma obroty 60 mld zł i dostarcza do budżetu 10,5 mld zł podatków. Oczywiście, takie przedsiębiorstwo nie istnieje: Jan Kulczyk na potrzeby medialne sumuje po prostu wyniki wszystkich firm, w których ma udziały. Ponieważ są wśród nich największe polskie spółki – PKN Orlen, Telekomunikacja Polska, Warta, Kompania Piwowarska, Kulczyk Tradex, Skoda Polska – to efekt tego rachowania jest imponujący. Dotyczy to zwłaszcza podatków, bo piwo, samochody, a szczególnie paliwo, obłożone są olbrzymią akcyzą. Ten podatek płacą wprawdzie konsumenci, rozliczają go jednak przedsiębiorstwa i to Janowi Kulczykowi pozwala stawiać się w roli dobrodzieja polskiego budżetu.

Kłopotliwy temat – podatki

Na temat płacenia podatków Jan Kulczyk jest indagowany wyjątkowo często. Odpowiada niechętnie i wymijająco, proponując rozmowę o podatkach w ogóle (jest orędownikiem podatku liniowego) lub podatkach, jakie płacą należące do niego firmy.

– Kulczyk przekonywał kiedyś premiera Millera do podatku liniowego – wspomina jeden z naszych rozmówców. – Tłumaczył mu, że wówczas przedsiębiorcy nie będą rozliczali się z podatków za granicą. A ty gdzie płacisz podatki? – zapytał niespodziewanie Miller. Oczywiście, że za granicą – odpowiedział Kulczyk i chciał dalej ciągnąć swój wywód o wyższości podatku liniowego. Premier dostał szału. Zaczął na niego krzyczeć. Kulczyk zaczął się tłumaczyć, że został źle zrozumiany. Oczywiście, płaci w Polsce i może pokazać dokumenty.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj