Belka u Passenta: Polacy sądzą, że kryzys ich nie dotknie. Żyją w błogiej nieświadomości
Precz z ośmiorniczkami
Polska nie jest dobrze przygotowana na żadne kryzysy. Sądzimy, że żyjemy na innej planecie, że banki nie mają prawa upaść, że płace nie będą obniżane o 20–30 proc. Za dużo widziałem, żeby spokojnie na to patrzeć – mówił prof. Belka w „Salonie” Daniela Passenta w TOK FM.
International Monetary Fund/Flickr CC by 2.0

O prognozach gospodarczych

Daniel Passent: – Proszę o krótką ocenę sytuacji gospodarczej i prognozy na najbliższy kwartał, pół roku.
Prof. Marek Belka: – Będziemy się rozwijali przez kryzysy. Tak jest od dwudziestu lat. Ekonomiści są znacznie lepsi w prognozowaniu przeszłości niż przyszłości... ale niczego specjalnie niepokojącego w gospodarce polskiej nie widzimy. Niektórych niepokoi wprawdzie taka, właściwie zerowa, inflacja, która może się przekształcić w najbliższych miesiącach nawet w inflację ujemną – którą niekiedy można, choć nie powinno się, nazwać deflacją. Gospodarka rośnie w tej chwili w tempie ok. 3,5 proc. To nie jest oszałamiające tempo, ale przyzwoite, umożliwiające poprawę sytuacji na rynku pracy.

Kolejne dwa lata to nie będzie jakiś okres przyspieszania wzrostu. Widzimy nawet pewne – może jeszcze nie niepokojące – tendencje wyhamowania tego ożywienia. Ale liczymy na to, że w którymś momencie zaczniemy pełną piersią – albo raczej garścią – absorbować fundusze z drugiej perspektywy unijnej i to będzie dla gospodarki dodatkowy impuls.

Jakaś porada, co mamy robić ze swoimi oszczędnościami?
Nie próbować szukać jakichś cudownych, nieryzykownych, ale za to bardzo wysoko rentownych ofert inwestycyjnych, bo to z daleka nieładnie pachnie. Wszyscy klienci Amber Gold wiedzą, o czym mówię.

O aferze podsłuchowej

Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że stało się coś niedobrego. Stała się szkoda publiczna. Co się stało?
Nikt nie zwraca uwagi na to, że podsłuch w ogóle jest rzeczą paskudną. Ani nawet na to, co zostało powiedziane. Uwagę zwraca się tylko na to, jaką narrację – na podstawie rozmowy – zbudowano w rzeczonym tygodniku: narrację bardzo niewłaściwą, fałszywą. Ale wreszcie ktoś przeczytał dokładnie cały tekst tej rozmowy. Okazuje się, że ani razu nie zacytowano pełnego zdania.

Dlaczego stała się szkoda? Bo przecież w tej rozmowie padały różne rzeczy, które mogły zostać zinterpretowane w sposób paskudny. Jak ktoś powie, że jesteś nosorożcem, to nim jesteś.

Mleko się jednak rozlało…
I stąd ta szkoda.

Tego, co pan w dyskrecji – jak pan sądził – omawiał z ministrem Sienkiewiczem i z panem Cytryckim, publicznie by pan nie powiedział.
Powiedziałbym. Oczywiście nie tym samym językiem. Mogę z goryczą powiedzieć: dopiero jak człowieka podsłuchają, to zaczynają go słuchać. Wiele z tych spraw, którymi się dzisiaj ekscytujemy, mówiłem publicznie.

Nawiązywanie do podsłuchów, do rzeczy nielegalnie opublikowanej i zebranej, nie jest całkiem fair. Ale z drugiej strony – rzecz stała się publiczna, wszyscy o niej wiedzą, dwaj członkowie najwyższych władz państwowych omawiają sprawy, które wydają się niedopuszczalne: żeby wyeliminować ministra finansów, żeby może wesprzeć rząd przed wyborami… Nie możemy milczeć w tej sprawie.
To ta szczególna i fałszywa narracja, którą zbudowano na podstawie tej rozmowy, nie próbując jej zrozumieć. Oczywiście, że minister urzędującego rządu jest zainteresowany, żeby ten rząd trwał przy władzy. Pyta więc, co się dzieje w sytuacji, gdy gospodarka zaczyna wpadać w duże turbulencje. On nawet nie wie, co to znaczy drukowanie pieniędzy i dlaczego jest ono w Polsce niemożliwe. To nie była rozmowa o rzeczach takich jak wspomaganie budżetu państwa przez NBP, ale o tym, co się dzieje w sytuacji zagrożenia stabilności finansowej. Po polsku mówiąc: zagrożenia banków.

Wyraził się pan o bankach komercyjnych dosyć surowo: że jest pan zwolennikiem udomowienia banków, że już 75 proc. banków jest w obcych rękach…
W tej sprawie wypowiadałem się wielokrotnie i publicznie. Wcale nie krytykuję prywatyzacji ani tego, że banki zostały sprywatyzowane przy udziale zagranicznych grup finansowych. Tylko że dzisiaj wiele z tych zagranicznych banków przeżywa trudności. Bez pomocy państwa pewnie by nie przetrwały. Mieć takich patronów to nic atrakcyjnego. Powinniśmy się starać, żeby te banki miały swoją kwaterę główną w Warszawie.

Mam wrażenie, że miał Pan dla ministra Sienkiewicza „życzliwe ucho”...
Oczywiście jeśli mój interlokutor przypadkiem należy do jakiejś partii i reprezentuje jakieś interesy, to powinienem wstać, odwrócić się i powiedzieć: precz z tymi ośmiorniczkami, nie będę rozmawiał z jakimś partyjniakiem. Ale przecież nie o to chodzi. Większość z moich rozmówców to – przynajmniej w życiu publicznym – ludzie partyjni. A ja z drewna nie jestem i rozmawiam.

Chodzi o coś innego. W sytuacji normalnej jest kilka bezpieczników, które uniemożliwiają finansowanie budżetu państwa przez NBP. Po pierwsze: jest ustawa budżetowa, która wyraźnie mówi, w jaki sposób wydatki państwa i jego potrzeby pożyczkowe mają być finansowane. Po drugie: co miesiąc, albo częściej, pokazujemy – także Radzie Polityki Pieniężnej – jaki jest bilans NBP. Nie ma w nim żadnych obligacji Skarbu Państwa. Natomiast w przypadku Węgier jest ich np. 15 proc.

Jak pana potraktował prezydent po tym incydencie?
Szczęśliwy nie był. Ale wysłuchał, co miałem do powiedzenia. Bardzo istotne było dla niego to, jak ułożę sobie pracę z Radą Polityki Pieniężnej.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj