Niesprawny wymiar sprawiedliwości
Nader niezależni i hiperpoprawni
Niektórzy prokuratorzy i sędziowie, zwłaszcza w nośnych społecznie sprawach, próbują do bólu literalnie interpretować przepisy. Tyle że jeśli narusza to zdrowy rozsądek, efektem jest zamęt w głowach obywateli. I ośmieszanie prawa.
Hans-J rg Nisch/PantherMedia

Oto stołeczny sąd rejonowy nakazuje wznowić śledztwo dotyczące odpowiedzialności „instytucji cywilnych” państwa za organizację lotów do Smoleńska – w tym tego z 10 kwietnia 2010 r. Sędzia tłumaczy, że prokuratura umorzyła postępowanie, nie dokonując oceny istniejących dowodów ani nie ustalając wielu okoliczności – chociażby tego, jaki formalnie charakter miała feralna podróż prezydenta RP.

Kilkakrotnie zastrzega też, że nie kieruje się żadnymi względami politycznymi, a tylko analizą faktów (cytuje przy tym starą prawniczą paremię, że „gdy polityka wkracza na salę rozpraw, oknem wylatuje z niej sprawiedliwość”). Rzecz w tym, że musi przecież zdawać sobie sprawę z tego, że swoją decyzją skutki polityczne i tak wywoła – od razu zaczęli ją dyskontować np. prawnicy niektórych rodzin ofiar katastrofy.

Jeszcze bardziej znamienne jest, że od dwóch lat w tychże warszawskich sądach czeka na rozpatrzenie akt oskarżenia przeciwko ówczesnemu wiceszefowi Biura Ochrony Rządu, który odpowiadał za zabezpieczenie owych lotów. Pułkownikowi Pawłowi Bielawnemu (nie przyznaje się do winy i zgodził się na podawanie swych pełnych danych) zarzuca się niedopełnienie obowiązków i poświadczenie nieprawdy. Biura prasowe sądów pytania o długie losy tej sprawy – celowo wyłączonej ze wspomnianego zasadniczego śledztwa związanego z organizacją smoleńskich lotów – wekslują frazą: „Czeka na wyznaczenie terminu w swojej kolejności”.

Cóż można w tej sytuacji sądzić o organizacji pracy wymiaru sprawiedliwości?

Kolejny przykład: formalnie w reakcji na kilka zawiadomień (m.in. obywateli Ziobry i Aleksandrzaka, skądinąd polityków opozycji, a także obywatela Nowaka, szefa Ogólnopolskiego Komitetu Obrony Przed Sektami) prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie „domniemanego przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych”, a konkretnie przez premiera, szefa MSW i prezesa NBP. Dowodem mają być tzw. taśmy „Wprost”, czyli podsłuchana (nielegalnie!) rozmowa Bartłomieja Sienkiewicza z Markiem Belką. Prokuratura tłumaczy, że musi rozpocząć śledztwo, bo niektórych czynności „weryfikujących fakty” nie sposób przeprowadzić w ramach tzw. postępowania sprawdzającego (ma ono w praktyce usprawniać pracę organów państwa, eliminując choćby sądowych pieniaczy, bo pozwala odmówić śledztwa jako bezzasadnego). Rzecz w tym, że istota tego akurat problemu należy do biegłych konstytucjonalistów – to oni powinni zdefiniować niezależność banku centralnego, pozycję jego prezesa oraz określić relacje między nim a rządem.

Decyzja prokuratury tymczasem – ze znamiennym, bo siłą rzeczy stygmatyzującym zwrotem „wszcząć śledztwo” i, co kluczowe, niejasno wyjaśniona – wywołuje sugestię, że jednak coś podejrzanego jest na rzeczy. A przecież jeszcze niedawno sam Prokurator Generalny mówił, że w treści nagranych rozmów nie dostrzega znamion przestępstwa!

Nie sposób ocenić, czy obecna sędziowska i prokuratorska ostentacja w nośnych medialnie, a więc i społecznie, sprawach wynika z prawniczej rutyny czy też z chęci zamanifestowania niezależności organów ścigania i sprawiedliwości. W tym nie byłoby wiele złego. Lecz może – co gorsza – jest przeciwnie: ma być sygnałem dla potencjalnych następców obecnej władzy wykonawczej?

Ale jeśli nawet prokuratorzy i sędziowie w najlepszej wierze chcą tylko pozostać wierni przepisom obowiązującej procedury, to winni pamiętać, że ich decyzje idą w lud. Ten zaś czyta je po swojemu. Dlatego trzeba je lepiej, a przynajmniej precyzyjniej, tłumaczyć.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj