Po marszu Kaczyńskiego: PiS panuje nad zwolennikami, ale jest oderwany od rzeczywistości
Średnio na jeża
Jakie są polityczne efekty tego marszu? Pół na pół, jak się wydaje. Nic nowego, że potwierdza się silne i autentycznie społeczne poparcie dla Kaczyńskiego, że fani i zwolennicy idą za nim w ciemno. Ale są i minusy.
Agencja Gazeta

To nie Jarosław Kaczyński, a aktor Jerzy Zelnik stał się głównym ideologiem marszu PiS, przeprowadzonym w Warszawie 13 grudnia „w obronie demokracji i wolności mediów”. Odczytał mianowicie deklarację ideową tego marszu, która w pewnej syntezie i z artystyczną wyrazistością powtórzyła litanię krytyk, oskarżeń, epitetów skierowanych przeciwko władzy, przeciwko panującemu systemowi oraz mediom tzw. głównego nurtu.

Między innymi można było usłyszeć, że ktokolwiek przeciwstawi się Platformie Obywatelskiej czy rządowi, traci natychmiast prawo do pracy i opieki. I, oczywiście, na koniec pojawiło się aktualne politycznie oskarżenie o fałszerstwo wyborcze, o niszczenie w Polsce demokracji.

Jarosław Kaczyński nie musiał zatem na początku wykładać filozofii marszu, podkreślił tylko, że ma on dwie niejako części, dwa przesłania. Pierwsze to uczczenie pamięci ofiar przede wszystkim stanu wojennego, ale też Grudnia 70' czy pierwszych lat po 1945 r. Rzeczywiście, na początku manifestacji zadbano o to, by – jak to powiedział Jarosław Kaczyński – w tym łańcuchu pamięci osadzić drugie przesłanie, jak najbardziej współczesne, a nazwane „obywatelskim”.

Czyli zgodnie z głównym hasłem marszu – w obronie demokracji i wolności mediów, wolności człowieka i obywatela. Prezes PiS był wstrzemięźliwy na początku, bardziej rozwinął się na koniec, gdy bardzo mocno mówił o fałszerstwie wyborów samorządowych oraz rysował perspektywę przejęcia władzy na gruzowisku Platformy Obywatelskiej i jej rządów. Lista win Tuska i jego kolegów jest znana od dawna, Kaczyński niektóre z nich przypomniał, by się utrwaliły.

W każdym razie intencja PiS po raz kolejny objawiła się w pełnej jasności – dzisiejsza Polska jest niejako przedłużeniem Polski stanu wojennego, jest kolejnym wcieleniem komunizmu, dzisiejsi rządzący są sukcesorami generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka. W tej figurze mogą zmieścić się wszelkie fakty, zdarzenia i stwierdzenia jakiekolwiek przyjdą do głowy, a więc – można to było usłyszeć na manifestacji – że Polacy zmuszani są do emigracji, że media kłamią i manipulują, a te, które próbują mówić prawdę, są tępione, że rządy wcześniej Tuska, a obecnie Kopacz obciążone są winą za „zbrodnię smoleńską”, za biedę i niesprawiedliwość społeczną.

Fakt, że marsz przeszedł akurat 13 grudnia, sprawiał, że ten przekaz, te prawdy zostały silnie zaakcentowane, przetworzone w kolejny stereotyp propagandowy PiS, a rocznica wprowadzenia stanu wojennego okazała się kolejnym, sprywatyzowanym i zawłaszczonym partyjnie przez Kaczyńskiego świętem polskim.

Organizatorzy marszu szczycili się, że będzie on spokojny, zdyscyplinowany, taki „z różami”, estetyczny i dobrze chroniony. I tak, można powiedzieć, było, nie licząc jakichś drobnych incydentów. Mniej łagodny i mniej estetyczny był w sferze słów i rzucanych do mikrofonów okrzyków, tak jak gdyby chciano jednocześnie pokazać, że PiS panuje nad swoimi zwolennikami, że potrafi pokazać swoją sprawność organizacyjną, że potrafi ograniczyć swoją agresję oraz że jednak ma na zapleczu wszystko to, co już wielokrotnie pokazywano – swoją bezkompromisowość, swoją nienawiść, po prostu swoją IV RP. Takie dwie twarze (pamiętamy, pamiętamy), tę łagodną i tę twardą jak pięść.

Jakie są polityczne efekty tego marszu? Pół na pół, jak się wydaje. Widać nic to nowego, że znowu potwierdza się silne i autentycznie społeczne poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego, że fani i zwolennicy idą za nim w ciemno, że znowu udało się liderowi PiS narzucić swoją opowieść opinii publicznej, że nawet krytycy tej opowieści jednak ciągle się z nią kontaktują, pozostają w jej kręgu. To są zapewne plusy dla PiS.

Minusy to jednak postępująca alienacja idei i tez stawianych przez Kaczyńskiego i jego oficerów oraz propagandzistów, oderwanie od rzeczywistości, aberracyjny radykalizm, który skazuje PiS na samotność polityczną, zniechęca do niego ludzi spokojnej i zrównoważonej refleksji.

Jest też może najważniejsze pytanie: czy manifestacja przybliża Kaczyńskiego do władzy, czy tzw. kryterium uliczne ma szansę zastąpić walkę wyborczą bądź przynajmniej ją wydatnie wspomóc na rzecz PiS. A takie marzenia czy wręcz wezwania znaleźć można na łamach prasy „niepokornej”, w wielu wpisach internetowych, gdy mówi się o polskim Majdanie, o użyciu siły i potrzebie rewolucji, czy nawet o daninie krwi. Z tego punktu widzenia marsz wypadł średnio na jeża.

Ale prezes zapowiadał, że marsz grudniowy będzie pierwszym z wielu, że manifestacje uliczne PiS będą tworzyły nieustanną presję na władzę, staną się niezbywalnym elementem polskiego krajobrazu politycznego. Prezesowi na pewno sił nie zabraknie. Pytanie, czy starczy ich manifestantom.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj