Przechodniu, przytul Hena!

Napisałem już na pewno ponad tysiąc felietonów, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek pisał z myślą o tym, by komuś sprawić przyjemność. Nie polemizować, nie rozszarpywać na oczach czytelników, ale wesprzeć, pocieszyć, przytulić. Taką ochotę mam dopiero teraz, po przeczytaniu „Dziennika ciąg dalszy” (2008–13) Józefa Hena. Wyborna to lektura, jak wszystko, co pochodzi od tego autora, czyta się jednym tchem. Jest w niej autobiografia, są najbliżsi (w tym śmierć żony po 60 latach małżeństwa), lektury, środowisko, kawiarnia Czytelnika, jest Konwicki i Głowacki, jest wydawca Uchański, jest Michnik, są – jak zwykle u tego pisarza – kobiety, jest trochę polityki, są setki spraw i ludzi.

Ale jedno przewija się w tym tomie „Dziennika” (i poprzednich) – to jest poczucie głębokiej niesprawiedliwości, niedocenienia autora przez współczesnych, przede wszystkim przez krytykę i kręgi opiniotwórcze, zwłaszcza tak zwany salon, jego organ i jego nagrodę literacką.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj