Smoleński pomnik – może jeszcze za wcześnie?
Im bliżej piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej, tym więcej smoleńskich wątków w publicznym obiegu.
Gdzie powinien stanąć pomnik poświęcony ofiarom katastrofy smoleńskiej?
Tajchert/Flickr CC by 2.0

Gdzie powinien stanąć pomnik poświęcony ofiarom katastrofy smoleńskiej?

U prezydenta spotykają się rodziny ofiar, które chcą upamiętnienia katastrofy niekoniecznie w centralnym punkcie Krakowskiego Przedmieścia. Prezydent Warszawy przedstawia konkretną lokalizację. Na dodatek MSZ informuje, że trwają uzgodnienia w sprawie pomnika w samym Smoleńsku (miał to być stumetrowy, gigantyczny mur) i upomina się o wrak, który być może wróci do Polski nawet do końca marca, w co uwierzyć trudno. Faktem jednak jest, że jeśli Rosjanie chcieliby w Polsce porządnej politycznej awantury, to zwrot wraku tuż przed rocznicą i wyborami prezydenckimi byłby zamysłem politycznie uzasadnionym i raczej przebiegłym.

Z tego ruchu na różnych frontach wynika na razie jeden konkret – lokalizacja pomnika. Obiektywnie zupełnie zresztą niezła, u wylotu ulicy Trębackiej na plac Piłsudskiego, jak łatwo przewidzieć, zostanie szybko oprotestowana. W końcu nie o róg Trębackiej chodzi, ale o miejsce centralne, przed samym Pałacem Prezydenckim. Powiedział to wyraźnie Jarosław Kaczyński, zanim jeszcze rodziny podpisane pod listem do prezydenta (z prośbą o rozwiązanie tej kwestii) zebrały się, aby porozmawiać o lokalizacji. Pomnik w wersji Kaczyńskiego ma być położony centralnie i ma być okazały. Przy Trębackiej będzie z boku (już pogardliwie mówi się, że „w miejscu pętli autobusowej”) i ma mieć formę skromniejszą. Tak więc kontrowersję mamy na samym wstępie. Albo, jak kto woli, mamy kontrowersji ciąg dalszy – przecież w kwestii lokalizacji zgody nie będzie. Ma być Krakowskie Przedmieście i już.

Prezydent najwyraźniej u progu kampanii wyborczej próbuje dowieść, że kwestii upamiętnienia katastrofy nie zaniedbuje. Choć formuła, że inicjatorami budowy jest część rodzin bliższa ideowo prezydentowi, nie jest najzręczniejsza. Natychmiast mieliśmy bowiem przedsmak awantury – dlaczego nie zaproszono Jarosława Kaczyńskiego, dlaczego nie wszystkie rodziny zaproszono, dlaczego pozostałe mają się dopiero dołączyć?

W sprawie smoleńskiej każda okazja dobra, aby podział pokazać, i prezydent znalazł się właściwie między młotem a kowadłem. Nie robić nic? Źle. Zrobić coś? Jeszcze gorzej. Mamy więc próbę zażegnania sporu o pomnik, której główną zaletą jest to, że się pojawiła. Zaletą, a może wadą? Trudno właściwie powiedzieć. Kwestia i tak wróciłaby przed rocznicą, a więc prezydent nieco wyprzedził wydarzenia i nie musi stawać w roli tego, który wyłącznie się tłumaczy, że zaniedbał. Dobrego wyjścia z sytuacji nie było, każde w zbyt dużym stopniu skażone jest polityką. Teraz jeszcze dodatkowo kampanią wyborczą.

Być może jest tak, że na taki pomnik jest po prostu za wcześnie, bo po pięciu latach rany są zbyt świeże, a emocje, gdy temat się pojawia, gorące. Tym bardziej, że polityką podgrzewane. Szczęśliwie emocje społeczne zdają się opadać. Za kilka lat zapewne można będzie w spokoju i bez awantur zbudować stosowny i godny pomnik wszystkich ofiar, bez politycznych doraźnych potrzeb, że niby ma to być pomnik wszystkich, ale chodzi o tego jednego, najlepszego ponoć prezydenta, którego legendę trzeba budować, choć był prezydentem słabym.

Co więc dalej? Zapewne podjęta zostanie uchwała Rady Warszawy, zapewne rozpisany zostanie konkurs. Może nawet będzie rozstrzygnięty. Spór jednak będzie trwał, bo na razie mniej chodzi o pomnik, a bardziej o generalny podział w kwestii katastrofy. I nie tylko o rozmaite teorie spiskowe, które zapewne w miarę zbliżania się kolejnej rocznicy się nasilą, ale o autentyczny polityczny podział, który od dawna napędza polską politykę i będzie napędzał ją dalej. Choć już nie w takich społecznych emocjach. Nie ma się też co łudzić, że nawet jeśli pomnik powstanie, zostanie przez wszystkich uznany – że nie stanie się obiektem krytyki, że unieważni żądania budowania następnego, położonego centralnie, przy samym Krakowskim Przedmieściu.

Te żądania mają przecież charakter głównie polityczny, są elementem politycznej rozgrywki, w której zbyt często zapomina się, że to nie ma być pomnik dla rodzin (czasem takie się odnosi wrażenie), ale dla społeczeństwa. Bo pamięć o katastrofie nie jest pamięcią grupy osób, które ze smoleńskiej tragedii czynią polityczny bat na przeciwnika – jest narodową traumą i jest elementem narodowej pamięci. A przynajmniej być powinna.

Niestety, przedwyborcza atmosfera klimatowi powagi nie sprzyja. Wydaje się, że lepiej było sprawy przed wyborami nie podnosić, nawet jeśli przeciwnicy mieliby z niej kuć polityczny oręż. Wątpliwe, aby był to oręż służący zwycięstwu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj