Trzy powody, dla których referendum ws. euro jest ryzykowne
Pomysł rozpisania referendum w sprawie wejścia Polski do strefy euro jest ryzykowny z politycznego i wątpliwy z prawnego punktu widzenia.
Marek Sobczak/Polityka

kiki99/Flickr CC by 2.0

Były prezydent Aleksander Kwaśniewski, a zaraz potem Bronisław Komorowski zasugerowali oddanie kwestii zamiany złotówki na euro pod głosowanie ludowe.

Przynajmniej z kilku powodów pomysł to dyskusyjny.

1. Można uznać, że o przyjęciu euro zdecydowaliśmy, podpisując traktat akcesyjny do Unii i zatwierdzając to w ówczesnym referendum. Nie ma więc kwestii „czy”, tylko „kiedy”. W tej sytuacji planowane głosowanie dotyczyłoby rzeczy już przesądzonej. To i absurdalne, i szkodliwe dla wizerunku Polski w oczach unijnych partnerów.

2. Nawet jednak jeśli uznalibyśmy zobowiązania (choćby i dorozumiane) z czasów negocjacji akcesyjnych za niewiążące, to nie jest jasne, jak miałoby brzmieć referendalne pytanie – a w związku z tym jakiego rodzaju głosowanie wchodziłoby w grę.

Przypomnijmy: ustawa zasadnicza przewiduje dwa typy referendum. Pierwsze (opisane w art. 125) dotyczyć może spraw o szczególnym znaczeniu dla państwa. Oczywiście kwestię euro da się do nich zaliczyć. Kłopot w tym, że ten tryb przewiduje barierę frekwencyjną: aby wynik był wiążący, w referendum musi wziąć udział więcej niż połowa uprawnionych. To trudno wyobrażalne, sądząc choćby po ostatnich doświadczeniach wyborczych, a także kłopotach z frekwencją w przełomowym przecież referendum unijnym.

Tryb drugi (art.235) przewidziany jest do zatwierdzenia zmian konstytucji (wedle niektórych są one niezbędne do wprowadzenia euro). Tu wymogu frekwencyjnego nie ma, ale najpierw trzeba przeforsować owe zmiany w parlamencie. Co więcej, przepis o euro musiałby wtedy trafić do rozdziału I konstytucji, określającego podstawowe zasady ustrojowe państwa. Taka sekwencja też wydaje się mało prawdopodobna i z punktu widzenia autorów inicjatywy politycznie bezproduktywna.

3. Co więcej, jeśli referendum zostałoby przeprowadzone, to problemem byłby… każdy jego wynik.

Gdyby bowiem głosujący odrzucili euro, to oczywiście pojawiłaby się kwestia niedotrzymania zobowiązań wspólnotowych – znowu: ze wszystkimi konsekwencjami wizerunkowymi. Naturalnie dyplomatyczno-prawno-propagandowymi łamańcami można próbować wyjść z każdej sytuacji, ale złe wrażenie zawsze zostaje.

Ale ambaras pojawiłby się nawet, gdyby obywatele uznali sprawę za na tyle istotną dla siebie, by w większości – jak wymaga wspomniany tryb referendum o sprawach ważnych dla kraju – pójść do urn i powiedzieli euro „tak”. Bo jak wtedy miałoby wyglądać wykonanie tej woli?

Naturalnie można użyć takiego wyniku referendum jako narzędzia presji na eurosceptyków (tym razem w rozumieniu przeciwników tej waluty). Lecz trudno sobie wyobrazić, by parlamentarzyści z ugrupowań wyklinających dziś euro jako instrument zniewolenia (ale czasem równocześnie pobierający w nim pensje) łatwo zgodzili się zagłosować na jego rzecz. A nie ma żadnego ustrojowego sposobu, by wymusić na nich wykonanie nawet ogólnokrajowego referendum. W obecnej atmosferze wojny politycznej pojawiłyby się za to zarzuty o kolejnym fałszerstwie – tym razem referendum.

Chyba więc euroreferendalne sugestie są stratą czasu. Lepiej zacząć tłumaczyć ludziom, że euro to nie tylko nowa waluta, ale i na przykład korzyści polityczne. Bo kiedy już Polska, co najważniejsze, spełni w końcu ekonomiczne warunki dołączenia do eurolandu, pomysł sięgnięcia po „wolę narodu” mogą przejąć jego przeciwnicy. Ze wszystkimi tego skutkami.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj