Naukowcy wyszli na ulice w Czarnej Procesji. Ten wybuch wisiał w powietrzu
Czarna bezradność
Pracownicy nauki mają zrozumiałe postulaty: mniej biurokracji, więcej pieniędzy. Mają też do kogo je skierować: do prezydenta elekta. Pewnie i jedno, i drugie obieca. Z nawiązką.
Dominika Wróblewska/Twitter

Można było się spodziewać, że kiedyś system szkolnictwa wyższego w Polsce pęknie. Wiadomo było, że katalizatorem krachu stanie się niż demograficzny. Musi po prostu pęknąć mydlana bańka byle jakich, masowo produkowanych dyplomów. Niepaństwowych uczelni, dających pozór wykształcenia (ale będących przez lata źródłem utrzymania licznych naukowców). Niemoralny podział na studia bezpłatne i płatne na uczelniach państwowych (tolerowany, bo to ważny finansowy filar nawet dla najznakomitszych szkół). System studiów doktoranckich, który po cichu zakłada darmową robotę dydaktyczną doktorantów. Tu feudalizm, tam nepotyzm, ówdzie gerontokracja, ustawianie konkursów na granty, tu przypadkowe kariery, tam blokowanie rozwoju…

O tych i innych zmorach i absurdach systemowych mówiło się w środowisku naukowym i poza nim od lat. Jednocześnie ostrzegano przed iluzją, że jeśli tylko naukę poddać zasadom rynku, zaprowadzić jakieś jednolite parametry wyceny efektów badawczych, to wszystko zacznie działać jak w zegarku. Taki wszak zamysł przyświecał reformom, jakie w ostatnich latach wprowadzał rząd. Nie zadziałało – środowisko tak pomyślanym regulacjom stawiało solidarny opór.

Jakiś wybuch wisiał więc w powietrzu, kwestią było tylko to, kto i kiedy go zdetonuje. Może absolwenci, na których dokonano swoistego edukacyjnego oszustwa? Może studenci, z natury wieku skłonni do buntu? Na ulicę wychodzą jednak w dzisiejszej Czarnej Procesji sami naukowcy. Mają w sumie zrozumiałe postulaty: mniej biurokracji, więcej pieniędzy. Mają też do kogo je skierować: do prezydenta elekta. Pewnie i jedno, i drugie obieca. Z nawiązką.

Jest jakiś smutny paradoks w tym, że środowisko, przy którego walnym udziale zreformowano państwo, prawo, gospodarkę, przez ćwierćwiecze nie było w stanie wygenerować skutecznej, racjonalnej i zgodnej koncepcji reformy samego siebie. I w bezradności sięga dziś po metodę, do której przyzwyczaili nas górnicy czy zbulwersowani aktywnością dzików rolnicy.

Nauka w Polsce – państwie aspirującym do cywilizacyjnej czołówki – z pewnością zasługuje na większy procent ze wspólnego budżetu. Problem, jak nie wpompować tych pieniędzy w mydlaną bańkę. Jak wyeliminować narastające przez lata absurdy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj