Ustawa o Trybunale Konstytucyjnym przegłosowana, posłowie na złość prawnikom
Sejm (głównie głosami PO) zdecydował, że środowiska prawnicze i naukowe nie będą mogły zgłaszać kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Po co teraz posłom taki gest? Nie wiadomo. Tyle że to nie największy błąd.
Krzysztof Białoskórski/Sejm

W medialnych ocenach pracy Trybunału Konstytucyjnego stale wracają dwie kwestie: długi czas rozpatrywania spraw oraz reguły dobierania godnych tej instytucji sędziów. Fachowcy wspominają jednak o jeszcze jednym problemie: niejasności statusu wyroków Trybunału i kłopotach, jakie mają w związku z tym choćby sądy wszystkich szczebli.

Tymczasem zakończona właśnie dyskusja nad nowelizacją ustawy o Trybunale skoncentrowała się – za sprawą polityków, prawniczych korporacji oraz mediów – nad nominacjami do sądu konstytucyjnego. Na dodatek spory w dużej mierze były albo ambicjonalne, albo nie dotykały istoty sprawy.

Przykładem kwestia umożliwienia także środowiskom prawniczym – a nie tylko posłom – zgłaszania kandydatów na sędziów TK. To wokół niej rozegrała się najostrzejsza batalia między Sejmem z jednej strony a prezydentem i Senatem – z drugiej. Lecz o co awantura, skoro w końcu wyboru i tak dokonywałby Sejm?

Chyba tylko o ambicje i chęć przypodobania się populistom, dla których prawnicza kasta jest obiektem równie atrakcyjnym, jak ta polityczna. Posłowie ostentacyjnie dali pokaz swojej władzy nad konkurencją i przegłosowali swoje, choć akurat sugerowanie przez środowisko prawnicze swoich typów na poważany urząd mogło być jedną z gwarancji jego poziomu.

Podobnie było z wyznaczaniem formalnych wymogów stawianych kandydatom. To zadanie wcale niełatwe: jak w praktyce sprawić, by sędziów faktycznie wybierać spośród – jak chce konstytucja – osób „wyróżniających się wiedzą prawniczą”? Swoje argumenty mieli i ci, którzy chcieli dać prawo startu do fotela sędziego TK nawet magistrom prawa, byleby mającym 10-letnie doświadczenie w instytucjach państwowych w jego stanowieniu lub stosowaniu, i ci, którzy poprzeczkę stawiali wyżej – a w każdym razie inaczej – bo m.in. na poziomie doktorów praw, praktykujących sędziów, adwokatów i członków innych korporacji.

Tyle że ani jedni, ani drudzy nie forsowali jakoś prostych mechanizmów uszczelnienia selekcji poprzez chociażby wprowadzenie obowiązkowych przesłuchań kandydatów z udziałem strzegących prawa organizacji społecznych.

W efekcie najważniejszym niemal okazuje się, że utrzymano wymóg granicy wieku kandydatów (od 40 lat), bo stwarza to nadzieję, że sędziowie TK w orzekaniu będą mogli uwzględniać także swoje życiowe doświadczenie.

Tymczasem zupełnie pominięta została co rusz wywołująca praktyczne problemy wśród stosujących prawo na co dzień. Chodzi o różne kategorie wydawanych przez Trybunał wyroków: jedne mówią o niekonstytucyjności przepisu, inne wskazują na luki w prawie, jeszcze inne je interpretują. Równocześnie nie ma regulacji precyzujących, jak mają działać poszczególne typy werdyktów. To wielki kłopot dla sądów i organów państwa. Jego symbolem jest to, że Izba Cywilna Sądu Najwyższego zwyczajnie odmawia respektowania tych werdyktów Trybunału, które uznaje za sprowadzające się do interpretacji prawa. Już to dowodzi skali ustrojowego chaosu.

Wreszcie w sytuacji, kiedy Trybunał Konstytucyjny z ponadpolitycznej instytucji państwa staje się coraz wyraźniejszym przedmiotem partyjnych przetargów, pojawia się znowu kluczowe pytanie: czy tak duży wpływ władzy ustawodawczej na organ władzy sądowniczej, jakim jest wybór sędziów, jest w ogóle zgodny z zasadą podziału władz?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj