Widok z tronu
Polacy w głębi duszy są monarchistami.

Chcieliby mieć swojego króla, którego majestat wyrażałby dumę narodu i potęgę państwa. Króla tak wywyższonego i uwielbionego, aby w swym uniżeniu wobec niego mogli poczuć się naprawdę równi. Ten król powinien być, rzecz jasna, „z bożej łaski”, panując w doskonałej harmonii z papieżem i książętami Kościoła. Lud polski byłby wówczas spokojny i szczęśliwy. Jego sprawy doczesne spoczywałyby wszak w równie pewnych rękach, co jego byt pośmiertny.

Niestety, z braku pretendentów do tronu zostaliśmy z republiką. W miejsce króla mamy jego namiastkę – głowę państwa, czyli prezydenta. Odrobinę władzy, odrobinę królewskiego majestatu, łyk uwielbienia ludu, gram dworskiej etykiety. A wszystko to dziś na głowie (bezkoronnej) sympatycznego niewątpliwie, młodego, przystojnego i jaśnie oświeconego w jurysprudencji mieszczanina krakowskiego Andrzeja Dudy.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj