Nowe przepisy dotyczące położnictwa są oderwane od rzeczywistości
Znieczulenie na zamówienie
Znieczulenia przy porodach są już refundowane. Ale czy właściwa opieka okołoporodowa polega tylko na likwidacji bólu?
Randy Faris/Corbis

Szykują się zmiany w rozporządzeniu ministra zdrowia dotyczącego porodu fizjologicznego. To zdaniem wielu ekspertów nie najszczęśliwszy akt prawny, w którym według starszej wersji każde podanie środka znieczulającego sprawia, że poród przestaje być fizjologiczny. Nowe zapisy być może inaczej będą regulowały tę kwestię, choć wiceminister zdrowia przestrzegł, że znieczulenie „nie może być czynnością wykonywaną na zamówienie kobiety” i jest to decyzja, która powinna pozostawać w gestii lekarza.

Od dziesiątków lat dzieci przychodzą na świat niezależnie od rozporządzeń. Fakt, że można dziś rodzić, uśmierzając ból, jest zdobyczą medycyny, a nie premią dla kobiet za znalezienie empatycznego położnika.

W Polsce wciąż pokutuje pogląd, że kobiety powinny się bać ginekologów, sal porodowych, bo można na nich – bez znieczulenia – stracić dziecko i własne życie. Przy takim podejściu nawet najlepsze prawo nie wpłynie na poprawę opieki, bo nie da się za pomocą paragrafów nauczyć dobrego wychowania lekarzy i położnych, ani nie można zadekretować obniżenia poziomu strachu.

W przeciwieństwie do medialnych doniesień, a czasem wręcz nagonki, mamy na tle innych krajów jeden z najniższych wskaźników śmiertelności okołoporodowej matek (w Europie 6,8 na 100 tys., w Polsce – 3,1). Ale wszystkim wydaje się, że poród to rzecz, która „zawsze musi się udać”, bo to przecież najzwyklejsza fizjologia – stąd rosnąca moda na rzekomo bezpieczniejsze porody domowe i oczekiwania niektórych środowisk, aby ciąże mogły być prowadzone przez same położne.

Na coś trzeba się zdecydować: na poczucie jak największego bezpieczeństwa (które według mnie zapewnia mimo wszystko oddział położniczy, jeśli są w nim przestrzegane właściwe standardy) lub na traktowanie porodu jako dzieła matki natury. W drugim wypadku nie mam nic przeciwko – co planuje ministerstwo w nowych standardach – uczynieniu z porodów domowych „świadczeń finansowanych w ramach opieki publicznej”.

Tylko czy nie warto uczulić jednocześnie przyszłych rodziców, że propagowanie takiej mody to godzenie się na nieprzewidziane sytuacje, którym nie zawsze można zaradzić w warunkach domowych? Być może wielu kobietom zdecydowanym urodzić w domu w obecności samej położnej brakuje wyobraźni, ale niech chociaż dostaną informację, że pielęgniarka przyjmująca poród nie może jak na razie przepisać żadnych leków ani nie wyda skierowania na badania. Pomocne monitorowanie porodu za pomocą aparatu KTG też bywa często w takim wypadku niemożliwe.

Gdy na początku lipca podanie znieczulenia rodzącym przestało być przywilejem i NFZ zgodził się płacić za nie szpitalom dodatkowe 400 zł, okazało się, że nowy przepis i tak oderwany jest od rzeczywistości, ponieważ na salach porodowych brakuje anestezjologów.

Teraz więc ministerstwo zamierza pozwolić lekarzom tej specjalności na jednoczesną opiekę nad kilkoma rodzącymi przy wsparciu pielęgniarek anestezjologicznych. Kiedy jednak doczekamy się tego, by rodzące nie skarżyły się na złe traktowanie i mogły oczekiwać od personelu respektowania swoich praw? O przebiegu porodu powinien decydować lekarz, ale niech robi to na tyle taktownie, aby rodząca miała poczucie, że liczy się również z jej zdaniem.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj