Debata o uchodźcach zaczęła się nieźle. Ale to Kaczyński popsuł Platformie show
Nie ma zmiłuj
Konstruktywna debata na tak ważny temat bardzo by się przydała, choćby dla rozładowania części obaw i lęków w społeczeństwie. Ewa Kopacz próbowała to czynić. Ale Jarosław Kaczyński ponownie rozpalił złe emocje.
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Zaczęło się nieźle, skończyło jak zwykle. Niezłe momenty miało wprowadzenie do debaty wygłoszone przez nieźle panującą nad emocjami premier Kopacz. Temat debaty zdefiniowała jako wspólny, ponad podziałami frakcyjnymi, namysł nad „największym kryzysem humanitarnym” w Europie ostatnich lat.

Słusznie, ale nie do końca. To jest kryzys humanitarny, ale coraz bardziej także polityczny, dotyczący przyszłości Europy. Kiedy nasi posłowie wygłaszali swe mowy, media światowe zaczęły informować o starciach sił policyjnych z uchodźcami na granicy serbsko-węgierskiej. Użyto armatek wodnych i gazu łzawiącego. To kolejny sygnał, jak poważna jest sprawa.

Konstruktywna debata na tak ważny temat bardzo by się przydała, choćby dla rozładowania części obaw i lęków w społeczeństwie związanych z uchodźcami. Ewa Kopacz próbowała to czynić, zapewniając, że państwo polskie jest gotowe na kontrolowane przyjęcie pewnej, nawet większej grupy uchodźców, i nie uchyla się zarazem od solidarnego działania w tej sprawie w ramach Unii Europejskiej.

Wysłała dwa komunikaty naraz: do Polaków, żeby się nie lękali, i do Unii, żeby nie traciła w Polskę wiary. A opozycję zaprosiła do poważnej rozmowy na temat kryzysu uchodźczego. Najpierw głos zabrali jednak przedstawiciele rządu, ministrowie Schetyna i Piotrowska. Zgodnie z charakterem spotkania udzielili dość szczegółowej informacji parlamentowi. Oba wystąpienia były rzeczowe i konkretne na tyle, na ile to możliwe w debacie publicznej zahaczającej także o tajemnice państwowe.

Minister Schetyna przypomniał, że po nadchodzących wyborach problem uchodźczy pozostanie bez względu na to, kto je wygra. Schetyna, a później jego zastępca Rafał Trzaskowski, zarysowali linię polityczną obecnego rządu: nie dopuścić do podziału na tle uchodźców w Unii Europejskiej, iść drogą środkową, między odmową wszelkiej współpracy z Unią a zgodą bezwarunkową. Po partii centrowej trudno się spodziewać czegoś innego, ale zabrzmiało przekonująco. Tak, solidarność – odpowiedzialna i wiarygodna, racjonalnie realizowana.

Wejście na mównicę skrzywionego prezesa Kaczyńskiego nie wróżyło jednak niczego dobrego. Szef PiS wygłosił krótkie przemówienie wiecowe i prawdopodobnie wygrał nim już nadchodzące wybory. Futurologa strachu połączona z atakiem na fundamenty demokracji parlamentarnej były przemówieniem godnym Orbána i Putina. Kaczyński odmówił demokratycznie wybranemu rządowi polskiemu prawa do prowadzenia polityki przez podejmowanie decyzji dotyczących kryzysu uchodźczego. To kolejny sygnał, że PiS zlikwiduje w Polsce demokrację parlamentarną i wprowadzi na jej miejsce demokrację suwerennościowo-narodową w stylu autorytarnych rządów na Węgrzech i w Rosji. Zero solidarności w ojczyźnie Solidarności: to problem Niemiec, a nie Polski. Taki komunikat wysłał PiS do Europy.    

Demagogii Kaczyńskiego nikt w tym parlamencie nie przebije. Racjonalne, konstruktywne, kooperatywne podejście, o jakie apelowała początkowo szefowa rządu, to są rzeczy, których PiS boi się jak diabeł święconej wody. Bo wtedy trzeba na argumenty odpowiadać argumentami. Tego PiS nie potrafi i nie chce.

Kaczyński zorientował się, że na strachu Polaków przed uchodźcami może wygrać wybory i w swojej mowie je podsycił. Premier nie mogła tej demagogii przelicytować. Mowy parlamentarne w stylu filozofujących wystąpień posła Grupińskiego, a nawet posła Gowina, który tym razem skupił się na meritum, zawsze wypadną blado na tle przemówień rozpalających złe emocje. Kaczyński popsuł show Platformie. Gorzej, że znowu popchnął Polskę ku peryferiom Europy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj