Kampania na finiszu: pewniki i znaki zapytania
Jakie wnioski można wyciągnąć z kampanii? I jaka będzie waga jej rozstrzygnięcia?
Flickr CC by 2.0

W maju wydawało się, że kampania Bronisława Komorowskiego ustanowiła jakiś kosmiczny i nieosiągalny dla współczesnych rekord nieudolności, ale już jesienią grupa dzielnych ludzi z Platformy podjęła rękawicę. I chyba się udało, bo partia, która kilka miesięcy temu prowadziła w sondażach, sprawia wrażenie martwej, a sztabowcy PO wyglądają na przedsiębiorców, którzy nie sprzedaliby wody na pustyni.
 
Internet jest za mały, żeby wyliczyć wszystkie błędy Platformy, od strategicznych – jak niezdolność do powiedzenia, o co jej chodzi w tych wyborach – po drobiazgi, jak urządzenie ostatniej konwencji w piątek wieczorem, gdy nikt jej już nie obejrzy. Dlaczego PO tak uparcie straszyła PiS, skoro od dawna wiadomo, że to nie działa?
 
Tuż przed ciszą wyborczą warto się jednak zastanowić nad kwestiami zasadniczymi, a nie taką czy inną wpadką sztabowców.
 
Co wiemy dziś? PiS wygra i zdobędzie władzę, być może samodzielnie, PO zapadła na ciężką, być może nieuleczalną chorobę, a w okolicy progu wyborczego tłoczy się pięć ugrupowań, z których w najlepszej formie wydaje się być Kukiz'15, na samym dole rośnie partia Razem, wzmocniona występem Adriana Zandberga w debacie liderów ośmiu ugrupowań, ale może zabraknąć jej sił, by dobić 5 proc.
 
Jakie wnioski można wyciągnąć z kampanii? I jaka będzie waga jej rozstrzygnięcia?
 
Rywalizacja o Sejm dorzuciła co nieco do niekończącej się dyskusji o roli przypadku i jednostki w historii. Gdyby Jarosław Kaczyński nie wystawił w wyborach prezydenckich Andrzeja Dudy, lecz np. Janusza Wojciechowskiego? Komorowski wygrałby, a PO nie byłaby dziś grupą rozbitków, lecz zwycięską armią. Gdyby w wyborach prezydenckich nie wystartował Paweł Kukiz, to nie mówilibyśmy dziś pewnie o antysystemowej rewolucji i toczyłaby się normalna walka PO-PiS.
 
Podobnie jest w skali mikro – debata ośmiu ugrupowań zahamowała trend wzrostowy Zjednoczonej Lewicy. Wielu ludzi – byłem świadkiem takich dyskusji – waha się dziś: Lewica czy Razem? A gdyby Zandberg miał gorszy dzień? Gdyby wysypał się na pierwszym pytaniu?
 
Małe wydarzenia mają wpływ na wielkie procesy. Kilkadziesiąt minut Zandberga może nie zmienić nic, ale może odebrać kilkadziesiąt tysięcy głosów Lewicy, co może zepchnąć ją pod próg, co dałoby pewnie samodzielną większość PiS...
 
Z badań fokusowych, ale i z wielu rozmów ze znajomymi wnoszę, że stopień niepewności jest większy niż przed poprzednimi wyborami. Polacy czują, że kończy się jakaś epoka i poszukują nowych rozwiązań – i będą ich poszukiwali do niedzieli, co oznacza, że wyniki wyborów mogą się nieco różnić od najnowszych nawet sondaży.
 
Nie wpłynie to jednak na zasadnicze rozstrzygnięcie wyborów. Pragnienie zmiany jest na tyle przemożne, że PiS weźmie władzę, choć jej kształt wyrzeźbi dopiero niedzielne głosowanie. Czy będą to rządy samodzielne, czy z garstką posłów przyciągniętych z innych partii, czy może w koalicji rządowej lub parlamentarnej?
 
Zupełnie nie wiadomo zaś, co się stanie po stronie niepisowskiej. Te wybory kończą chyba epokę wojny PO z PiS; Platforma potrzebuje cudu – a nie milionowych subwencji – by wymyślić się na nowo i ożyć. Na początek wybory zmiotą zapewne Ewę Kopacz, ale dziś nie widać, kto mógłby przejąć po niej partię (Grzegorz Schetyna? Rafał Trzaskowski? Tomasz Siemoniak?).
Stawką niedzielnych wyborów – najważniejszą z punktu widzenia tzw. centrolewu – jest przetarg na to, kto stworzy dla niego ofertę i jaki będzie miała odcień – bardziej liberalny czy bardziej socjalny? Odnowiona PO? Zjednoczona Lewica? Nowoczesna? I czy te siły będą na tyle silne, by zablokować zmianę konstytucji?
 
Dawno już nie było tak pasjonujących wyborów.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj