Pożar w resorcie
Przyznaję bez bicia, przez chwilę miałem złudzenia co do kandydata Andrzeja Dudy. Nie ja jeden zresztą.

Myśleliśmy: młody, wykształcony, Uniwersytet Jagielloński, żona efektowna, z dobrej rodziny, elegancka, córka u boku, dobra krawcowa, a przede wszystkim człowiek pojednawczy, uspokajający, bez tego ZOMO w oku i zamachu na ustach.

Niestety, szybko zostaliśmy wybudzeni ze snu. Po zwycięskich wyborach dżentelmen z Krakowa gdzieś zniknął, sukmana poszła w kąt, a prezydent wystąpił w uniformie generała armii marszałka Jarosława Kaczyńskiego. Armia ta, przy entuzjazmie większości wyborców, zaczęła wyzwalać nasz kraj z panującego zła: rzekomego upadku, ruin, nędzy, zgliszcz, kondominium, korupcji, złodziejstwa, a także realnej pazerności, jaką był na przykład wybór przez koalicję PO-PSL dwóch sędziów Trybunału Konstytucyjnego „na zapas”, żeby te stanowiska nie stały się łupem PiS.

Moje pierwsze wątpliwości wobec prezydenta pojawiły się, kiedy ten zaczął ostentacyjnie lekceważyć i upokarzać ówczesną premier naszego kraju, nie obdarzając jej łaską spotkania i rozmowy.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj