PiS zawrócił sześciolatki. Szkołę czeka kolejny koszmarny rok
Kolejna rewolucja światopoglądowa rozpoczęta. Sześciolatki do przedszkola, pięcio- i czterolatki, za rządów PO objęte obowiązkiem przedszkolnym – do domu. A potem po 500 złotych na dziecko.
Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta

500 złotych, żeby – cytując polityków PiS – mama, która czuje, że jej miejsce jest w domu, względnie babcia, która jak nikt nadaje się do wychowywania, miała od państwa godziwą (no, powiedzmy) rekompensatę. Do wydania w całości na potrzeby dziecka. I jeszcze kuratorzy szkolni – do spowiedzi przed minister z PiS. Wybierani przez nią osobiście, a nie jak dotychczas przez wojewodów oraz samorządy. Tak oto zaczęło się „naprawianie błędów poprzedniej ekipy”.

Sprawa sześciolatków właściwie była przesądzona, kiedy zobaczyliśmy wyniki wyborcze. „Jesteśmy dumni. Nie jesteśmy poddanymi królów i panów. Jesteśmy obywatelami w tym kraju, MY jesteśmy suwerenem i państwo tutaj macie rolę służebną wobec nas, obywateli. To myśmy was wybrali nie po to, byście nam rozkazywali, byście nami rządzili, tak jak to ma miejsce w tej chwili, tylko byście nam służyli. (…) Ja się zastanawiam, dlaczego wpuszcza się do Sejmu ludzi, którzy plują w twarz obywatelom” – tak odpowiedziała posłom Karolina Elbanowska, kiedy Sejm odrzucił obywatelski projekt ustawy, cofający sześciolatki do przedszkoli.

Słowo suweren, na forach internetowych zapisywanych przez zwolenników PiS, powtarzało się potem jak refren, obok słów „buta” czy „arogancja władzy”. Na sześciolatkach właśnie – pisała Ewa Wilk w POLITYCE – na reformie, której sensu ludziom nie wytłumaczono, rząd poślizgnął się, by finalnie przegrać ostatnie wybory. Nowemu rządowi łatwo przyszło, łatwo poszło. Na efekt zapracują wszak nie oni, a dyrektorzy szkół i nauczyciele.

Szkołę czeka więc kolejny koszmarny rok – po takim, do którego w wyniku przewlekłego reformowania trafiło nawet dwukrotnie więcej dzieci, niż można było pomieścić teraz, trzeba będzie zorganizować naukę dla niewiadomej liczby dzieci w niewiadomym wieku (bo chętni rodzice będą mogli do nich sześciolatki posyłać) i w niewiadomej liczbie szkół. W niektórych miastach, jak w Krakowie, odroczono mniej więcej co drugie dziecko, sześciolatków uzbiera się więc odpowiednio dużo. W innych, jak w Gdańsku, odroczono zaledwie co dziesiąte, więc może dzieci nie wystarczyć. A przecież to do organizacji szkoły sprowadza się powodzenie lub niepowodzenie dziecka w edukacji.

Programy są niezłe, te dywany, kąciki zabaw, miejsca do odpoczynku, ławki ustawiane w koła, to już naprawdę nie te zasady, które pamiętają z własnego dzieciństwa dorośli. Szkoły też bywają niezłe, ale o ile znajdą się fachowcy, przestrzeń i czas, by to dobrze zorganizować. Teraz napocą się i dyrektorzy, walczący i z oszczędzającymi na szkołach samorządami, i z materią (karta nauczyciela nie daje im wiele swobody), a często i z rodzicami, którzy „sobie życzą”, „wymagają”, „nie przychodzą tutaj jak poddani do króla” – i sami nauczyciele, już zupełnie skołowani w sprawie tych sześciolatków. I niektórzy rodzice, którym być może przyjdzie wozić dzieci do dwóch różnych szkół, bo w ich rejonowej nie przeprowadzono naboru.

Ale choć sprawa sześciolatków oznacza głównie ogrom problemów organizacyjnych (i ogrom zmarnowanych pieniędzy oraz poszarpanych nerwów), sprawa młodszych dzieci oznaczać może poważniejsze zmiany strukturalne. Od ponad dekady kilka świetnych organizacji pozarządowych robiło bardzo wiele, by w Polsce prowincjonalnej powstawały przedszkola. Nierzadko walcząc z samorządami, które od państwa pieniędzy na przedszkolaków nie dostają. Uświadamiając im, jak wiele – zwłaszcza dla dzieci spoza ośrodków miejskich, oznacza kontakt z przedszkolem.

Sprawę przebadano na wskroś, a wyniki są jednoznaczne. Dzieci, które mają dostęp do (dobrego) przedszkola, w dziesięć lat później są w w dużo lepszej sytuacji. Polskie programy dla przedszkoli są wychwalane na świecie (np. w Skandynawii). Wiele wysiłku włożyły owe organizacje non-profit, by do tych idei przekonać rządzących i by ci wprowadzili obowiązek przedszkolny dla dzieci. Kolejnym krokiem byłaby rządowa subwencja na przedszkolaki.

Lecz przyszli nowi rządzący, a wraz z nimi pogląd, że to babcia najlepiej nadaje się do wychowywania. Zapłaci się 500 złotych na drugie dziecko i z głowy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj