PiS proponuje „kompromis” ws. Trybunału. A to tak naprawdę młot na opozycję
Czy można mieć sędziego?
Ten „kompromis” daje PiS gwarancję, że Trybunał Konstytucyjny nie podejmie wbrew rządowi żadnej istotnej decyzji.
.
Magdalena Sikorska/PantherMedia

.

Beata Szydło oskarżyła opozycję o to, że odtrąciła dłoń wyciągniętą do zgody i nie chce pracować nad kompromisem w sprawie kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego. W teorii brzmi on bardzo atrakcyjnie: PiS proponuje, by to opozycja wybierała ośmiu z 15 sędziów Trybunału, a obóz rządzący tylko siedmiu. Sęk w tym, że ten „kompromis”, który zaproponował kilka dni temu Jarosław Kaczyński, nie jest żadnym kompromisem i można to łatwo wytłumaczyć.

Parta rządząca nie potrzebuje w Trybunale Konstytucyjnym większości. A w każdym razie nie w Trybunale, który – zgodnie z pisowską nowelą – potrzebuje dwóch trzecich głosów do podjęcia decyzji i orzeka co do zasady w pełnym składzie. To nie Sejm, w którym coś się tworzy, gdzie stanowi się prawo. Partia rządząca potrzebuje gwarancji, że nikt nie będzie jej wkładał kija w szprychy, to znaczy orzekał niekonstytucyjności ustaw. A do tego nie jest potrzebna większość, tylko mniejszość blokująca.

W tej sytuacji mniejszość blokująca w Trybunale liczącym 15 sędziów to sześć osób. Tyle wystarczy, żeby zatrzymać każde orzeczenie, które będzie rządowi nie w smak. Propozycja PiS daje partii rządzącej siedmiu sędziów, czyli mniejszość blokującą plus jeszcze jednego sędziego zapasu na wszelki wypadek – a nuż się ktoś rozchoruje czy dostanie niestrawności w dniu ważnego wyroku. Ten „kompromis” daje więc PiS gwarancję, że Trybunał nie podejmie wbrew rządowi żadnej istotnej decyzji.

Po co więc budowanie napięcia przed dzisiejszym spotkaniem z szefami klubów parlamentarnych? Chodzi o to, żeby użyć tej wątpliwej propozycji kompromisu jako politycznego młota na opozycję, która – jak powiedziała premier – „dąsa się” i nie chce współpracować. Żeby rozgrzeszyć PiS z dotychczasowych i przyszłych działań w sprawie Trybunału, bo przecież „chcieliśmy zgody”.

W całej dyskusji bardzo istotny jest język, jakim Jarosław Kaczyński i PiS mówią o Trybunale Konstytucyjnym i jego sędziach. Istotny, bo zdradza ukrywane intencje. Prezes PiS mówił w kontekście sporu o nominacje do Trybunału, że jeśli Platforma ma wszystko, to jest dobrze, a jak my, czyli PiS, chcemy coś mieć, to jest źle. Z takiego ustawiania debaty wynika, że ktoś może „mieć” sędziów Trybunału. A to nieprawda: nie tylko na gruncie zasad konstytucyjnych (według ustawy zasadniczej sędziowie są niezawiśli), ale i praktyki działania Trybunału w ostatnich dekadach.

To, że sędziowie Trybunału są wybierani trybie w politycznym, nie znaczy, że są polityczni. Teresa Liszcz, która przed powołaniem do Trybunału była politykiem Porozumienia Centrum Jarosława Kaczyńskiego, orzekając, nie była „sędzią PC”. Marek Kotlinowski, który przed nominacją był jednym z liderów LPR, nie był „sędzią LPR”. Wybrany przez PiS w 2007 r. sędzia Mirosław Granat nie orzeka zgodnie z linią partii. Dziewięcioletnia kadencja i nieusuwalność to silne gwarancje niezależności sędziów Trybunału. W burzliwej historii polskiej polityki często się zdarzało, że partia (PC, UW czy LPR) już dawno nie miała swoich posłów, a wybrany przez nią sędzia orzekał jeszcze przez długie lata.

I w tym naprawdę tkwi moja nadzieja na rozwiązanie tego sporu. Że za jakiś czas sędziowie wybrani przez PiS, wbrew nadziejom Jarosława Kaczyńskiego, nie okażą „sędziami PiS”. Będą sędziami Rzeczpospolitej Polskiej, podlegającymi tylko konstytucji i własnemu sumieniu. Jeśli tylko nikt w międzyczasie nie rozmontuje gwarancji ich niezawisłości.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj