Nie ma pieniędzy na przedwyborcze obietnice. I PiS dobrze o tym wie
Rządowi PiS ciągle brakuje projektów ustaw, które umożliwią sfinansowanie przedwyborczych obietnic, nie uderzając po kieszeni wyborców.
Adam Chełstowski/Forum

Z teczki projektów ustaw, z którą w kampanii nie rozstawała się Beata Szydło, parlament uchwalił na razie tylko jedną, wprowadzającą program 500+. Wygląda na to, że teczka była pusta. Ciągle bowiem brakuje projektów ustaw, które umożliwią sfinansowanie przedwyborczych obietnic, nie uderzając po kieszeni wyborców.

Najbardziej obiecująca miała być ta, która przyniesie 50 mld zł dzięki uszczelnieniu VAT. Słuch o niej zaginął. Nie słychać nawet o przymiarkach do projektu. Rząd na razie chyba pożegnał się z tą okrągłą sumą. Chyba nie tylko w tym, ale i w następnym roku, skoro wicepremier Mateusz Morawiecki uprzedza, żebyśmy na zwiększenie kwoty wolnej od podatku w 2017 r. za bardzo nie liczyli. O podniesieniu jej do 8 tys. zł nie ma mowy, nawet 5 tys. nie jest pewne.

Kolejną obietnicą, czyli prezydenckim projektem ustawy mającej pomóc „frankowiczom”, nikt się na razie nie zajmuje. Słusznie, Andrzej Duda najwyraźniej uznał, że „odptaszkował” obietnicę bez liczenia jej skutków finansowych, co wydaje się trudne do uwierzenia. Każdy projekt ustawy powinien bowiem zawierać tzw. osr, czyli – ocenę skutków regulacji. Tym bardziej gdy zanosi się na wydatek tak potężny.

Ciągle liczy to Komisja Nadzoru Finansowego, a NBP wstępnie oszacował je na 44 mld zł. Ostrzega, że realizacja prezydenckiego pomysłu grozi katastrofą w systemie bankowym. Ciosem w naszą gospodarką i potężnym osłabieniem złotego. O cofnięciu wieku emerytalnego też więc na razie cicho.

Minister finansów nie radzi sobie z podatkiem obrotowym. Miał uderzyć po kieszeni zagranicznych właścicieli wielkich sieci handlowych, a tymczasem kolejne wersje projektu są groźne dla rodzimych sklepików i polskich dostawców. Doszło do tego, że polskie firmy, które spodziewały się poprawy własnej sytuacji, teraz wolą, żeby wszystko zostało po staremu. Ostateczny efekt może być bowiem taki, że sieci przerzucą nowy podatek na dostawców, a ofiarami nowego podatku będą polskie firmy, które miały być jego beneficjentami.

Stanie się to co z podatkiem bankowym. Klientów banków i towarzystw ubezpieczeniowych miał nie dotyczyć, co nawet zapisano w ustawie. Ale dotyczy i to coraz bardziej. Instytucje finansowe przerzucają koszty na ceny, więc różnego rodzaju opłaty i prowizje szybko rosną. Prezesi banków, choć posłowie grożą im palcem i wzywają do Sejmu, jakoś się nie przestraszyli.

Premier Beata Szydło zapewniała w kampanii, że pieniądze znajdą się na wszystko. Wystarczy tylko dobrze rządzić. Wygląda na to, że ekipa Prawa i Sprawiedliwości tego właśnie nie potrafi. Chce, ale nie umie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj