Spór o aborcję najwyraźniej przestraszył partię rządzącą. Jest pierwszy głos na „nie”
Marszałek Senatu Stanisław Karczewski zastanawia się, czy to dobry moment na dyskusję o zaostrzaniu prawa aborcyjnego. Trochę na to za późno.
.
Justyna Szklarczyk/Polityka

.

„Mocno bym się zastanawiał, czy to jest najlepszy moment aby rozpoczynać dyskusję o zaostrzeniu prawa aborcyjnego” – stwierdził w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” marszałek Senatu Stanisław Karczewski.

Powiedział także, że państwo nie może zabronić możliwości decydowania kobietom, które znalazły się w dramatycznej sytuacji, noszącym dziecko poczęte w wyniku gwałtu.

Towarzyszą temu oczywiście rytualne zapewnienia, że marszałek jest „gorącym obrońcą życia”, że jest przeciwny aborcji w przypadku wykrycia zespołu Downa, że projekt obywatelski, jeśli wpłynie do parlamentu, nie zostanie odrzucony. Na koniec ostrzega, że PiS może wiele stracić przez nierozważne ruchy w kwestii zaostrzenia prawa aborcyjnego.

I chciałbym i boję się – można by podsumować te wywody. Tyle że PiS zafundował sobie tę sytuację na własne życzenie. Przez ostatnie lata flirtował intensywnie ze środowiskami „obrońców życia” i Kościołem katolickim, które domagają się całkowitego zakazu aborcji.

Takie projekty trafiały do parlamentu i PiS je popierało, ale wiadomo było, że Platforma Obywatelska nie dopuści, aby zostały przegłosowane. Po wyborach sytuacja się zmieniła. Środowiska prolife mówią „sprawdzam” i wystawiają partii rządzącej rachunek za kampanijne poparcie.

Trochę za późno, by się zastanawiać, czy to najlepszy moment, aby rozpoczynać dyskusję o zaostrzeniu prawa aborcyjnego, bo ona się już rozpoczęła. I obudziła z letargu drugą stronę sporu, zmęczoną wieloletnią dyskusją i skazanymi na porażkę próbami liberalizacji prawa. Na ulice zaczęły wychodzić tysiące wściekłych kobiet, oburzonych, że potraktowano je tak przedmiotowo; że można z tak nieznośną lekkością i dezynwolturą mówić o ich życiu i zdrowiu.

To na razie pierwszy efekt najnowszej odsłony aborcyjnego sporu, który najwyraźniej przestraszył partię rządzącą. Jaki będzie ostateczny? Całkowity zakaz usuwania ciąży zapewne nie zostanie wprowadzony, ale aby spłacić wyborcze długi, PiS prawdopodobnie doprowadzi do jakiegoś zaostrzenia i tak już drakońskiej ustawy. Będzie się to nazywało „kompromisem”. Przy czym zadowoli on jedynie właścicieli klinik ginekologicznych w Niemczech, Czechach czy Słowacji i internetowych handlarzy środkami wczesnoporonnymi.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj