Spór o liczbę demonstrujących to objaw rosnącego strachu PiS przed opozycją
Słaba musi być władza, która z pomocą policji dwa dni z rzędu zajmuje się przekonywaniem, że demonstrantów było mniej, a nie więcej.
Marsz 7 maja 2016 r.
Slawomir Kaminski/Agencja Gazeta

Marsz 7 maja 2016 r.

Ile osób wzięło udział w sobotniej manifestacji opozycji – głowią się media. 240 tysięcy (jak podają władze Warszawy)? Czy może 40 tys. (jak doliczyła się policja)? Pytanie ważne, odpowiedź również, ale nie tylko tym warto się zajmować. Równie ważne są reakcje władzy. Wiem, że zabrzmi mocno to, co za chwilę napiszę, ale tak to, niestety, wygląda – reakcje te są wyjęte żywcem z kanonów propagandy czasów minionych i świadczą o coraz większym strachu przed opozycją.

Umniejszanie jej roli i znaczenia, liczebności i siły wystąpień było ulubionym zajęciem przedstawicieli i zwolenników władzy w latach 80. Lecha Wałęsę nazywano więc „osobą prywatną” (dziś – o ironio! – „tym panem”), strajki były „czasowymi przestojami w pracy”, a demonstracje „drobnymi wybrykami”. Dziś z ust wicepremiera Morawieckiego słyszymy kuriozalne słowa o tym, że stołeczny ratusz doliczył się tak wielu demonstrantów, bo policzył również osoby obserwujące marsz opozycji.

Mateusz Morawiecki najwyraźniej uniósł się tak wysoko, że nie poczuł, jak wylądował na ugorze. Z jego słów wynika bowiem, że nie była to największa demonstracja w Polsce po 1989 roku, ale największa świecka impreza w ogóle. Jak może być inaczej, skoro wyprowadzono na ulice 40 tys. maszerujących i 200 tys. widzów? W tym kontekście słowa Mariusza Błaszczaka, obecnie szefa MSWiA, który słynie z odwracania kota ogonem, że marsz był „porażką”, zostawiam bez komentarza.

No dobrze, ale o czym to wszystko świadczy? Napisać, że PiS boi się KOD i zjednoczonej opozycji, to banał. Boi się od dawna, zresztą na własne, a raczej Jarosława Kaczyńskiego życzenie, który dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej w III RP – w ciągu pół roku rządów zjednoczył opozycję i wyprowadził dziesiątki tysięcy niechętnych sobie ludzi na ulice.

Ten strach jest już na tyle silny, że pozbawia zdolności chłodnej kalkulacji, co – jak wiadomo – jest w polityce prostą drogą do katastrofy. Tak zwykle zaczyna się erozja każdej władzy – nie wtedy, gdy jest coraz ostrzej krytykowana, ale wtedy, gdy swymi posunięciami i decyzjami zniechęca do siebie kolejne grupy społeczne, przy okazji ośmieszając własne działania. Słaba musi być władza, która z pomocą policji dwa dni z rzędu zajmuje się przekonywaniem, że demonstrantów było mniej, a nie więcej i która w dodatku sama, choć chciałaby, nie potrafi zmobilizować własnych zwolenników (pamiętacie jeszcze zapowiedzi milionowego marszu na rocznicę Smoleńska?).

I na tym właściwie mógłbym zakończyć, gdyby nie to, że właściwie nie ma się z czego cieszyć, bo w konsekwencji tracimy wszyscy, a najbardziej siła i autorytet państwa. I nie jest to wina opozycji, jak próbuje nam się wmówić.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj