Pianista do zadań specjalnych. Kim jest Andrzej Urbański
Kiedyś pianista, imprezowicz, dziennikarz, krytyk literacki z misją, by zmieniać Polskę, poseł i doradca premiera z AWS, w końcu – wiceprezydent stolicy i prawa ręka Lecha Kaczyńskiego.

[Artykuł ukazał się w POLITYCE 10 grudnia 2005 r.]

Jego szef właśnie zamienia gabinet w warszawskim ratuszu na Pałac Prezydencki. Jaki będzie napis na drzwiach nowego gabinetu Urbańskiego: doradca prezydenta RP, sekretarz stanu, szef kancelarii, a może prezes TVP?

Andrzej Urbański jest wiceprezydentem Warszawy od 3 lat.

Mało ze śmiechu nie umarłem, kiedy Andrzeja mianowano odpowiedzialnym za warszawską infrastrukturę drogową i komunikację – wspomina wysoko postawiony urzędnik miejski z poprzedniej kadencji. – Znam go od lat, ma wiele przymiotów, ale jest ostatnią osobą, która powinna się zajmować akurat tym.

Już 3 lata temu nie było tajemnicą, że Andrzej Urbański – architekt sukcesu Lecha Kaczyńskiego w warszawskich wyborach – przyjmowany jest do ratusza raczej na stanowisko człowieka do zadań specjalnych. Urbański słynie z inteligencji i umiejętności dogadywania się z ludźmi.  Andrzeja znam od 35 lat, zawsze dobrze żył ze wszystkimi, obojętnie, jaką kto reprezentował opcję polityczną i jaką miał reputację – mówi Julia Pitera, długoletnia radna warszawska, teraz posłanka PO. – Dla mnie to postawa asekurancka.

Dla poprzedników ekipy Kaczyńskiego w ratuszu nie ulega wątpliwości, że Urbański, sam pozostając w cieniu, ustawiał kampanię prezydencką swojego szefa i teraz może się spodziewać spłacenia długu wdzięczności.

Początki

Jest z pokolenia, o którym jeszcze nie napisano powieści. Urodzony w Warszawie w 1954 r., w rodzinie chłopsko-robotniczej, w której czytywało się robotniczą gazetę „Express Wieczorny”  a więc pochodzenie słuszne, potencjalnie niegroźne dla ustroju ludowej Polski. Niestety (dla ustroju), Andrzej Urbański poszedł na polonistykę, zaraził się na uniwerku szkodliwymi ideami, literaturą i opozycją. Zaczął nawet palić fajkę  przydało mu to dostojeństwa, ale znajomi nadal mówili o nim jowialnie: Nasz gruby kolega.

– Debiutowaliśmy pod koniec lat 70. jako zbuntowani krytycy literaccy o poglądach lewicowych – mówi Urbański.  Krytyka literacka miała być kluczem do krytyki społeczeństwa. Mieliśmy przekonanie, że kształtujemy rzeczywistość opisując establishment, a nie będąc jego częścią.

Prawdziwy wpływ na rzeczywistość mieli zyskać nieco później. Koledzy Urbańskiego z uniwerku: Michał Boni, Grzegorz Godlewski, Mirosław Pęczak, Maciej Zalewski, Piotr Stasiński  dziś politycy, eksperci, doradcy, naukowcy, dziennikarze, biznesmeni, a wówczas raczej całonocni akademiccy dyskutanci przy wódce, brydżu i muzyce – szukali swojego miejsca. Prowadzili na wydziale koło polonistów, organizowali sesje na temat wyklętych przez ustrój pisarzy, gadali o Marksie. Sam Andrzej Urbański uchodził za zdolnego pianistę z drygiem do kompozycji, grał w kabarecie literackim, opracował bluesową wersję „Liryków lozańskich” Mickiewicza. Owszem, kompan i biesiadnik, lecz jasno oddzielał robotę od zabawy. Nikt nie pamięta, żeby zapalił marihuanę (kolegom, którzy hodowali ją w doniczkach, mawiał: Ta Azja was wykończy).

Ale są także opowieści imprezowe mrożące krew, chętnie przez niego przytaczane, jak ta: pewnego wieczora spieszył się do domu na urodziny żony, ale zasiedział się u Mirasa (Mirosława Pęczaka, dziś dziennikarza „Polityki” i wykładowcy socjologii) na Saskiej Kępie. Koło północy złapał taksówkę, kierowca, podobnie jak pasażer, był lekko wypity i na pierwszym zakręcie zderzyli się z ciężarówką. Przyjechało pogotowie zabrać poturbowanego Urbańskiego do szpitala, jednak załoga karetki również niedawno piła wódkę, więc polonista zapłacił, aby odwieźli go do bliższego szpitala. Tak zrobili, ale w tym bliższym akurat nieobecny był lekarz (może wypił?). Urbański, jedynie pobieżnie otarty z krwi, zjawił się na urodzinach żony o drugiej w nocy.

Nawet kiedy pod koniec lat 70. Urbański z kolegami weszli w opozycję, w świat bibuły i powielaczy, nie mieli wizji, co będą robić w wolnej Polsce. Józef Orzeł, rocznik 1946 (dziś publicysta, prezes stowarzyszenia Miasta w Internecie), wspomina, że nie widzieli się w roli ministrów ani ludzi kariery.  Już prędzej liczyliśmy się z pierdlem niż z karierą – potwierdza Miras.

Opornictwo

Pierwszy raz dostrzegli, że historia dzieje się na ich oczach w czasie strajków robotniczych 1976 r. Starsi koledzy z uniwerku działali w Komitecie Obrony Robotników, a polonistyka miała dostęp do podziemnej literatury. Dwa lata później Karol Wojtyła został papieżem, a lewicowi studenci poszli z tego powodu na mszę. Trzeba się było zadeklarować – dalej dyskutujemy czy zaczynamy wreszcie coś robić. Urbański chciał działać poważnie. Od końca lat 70. szukał kontaktów ze starą opozycją. W 1980 r. rozpoczął się, jak to nazywają, festiwal Solidarności.

Poznaliśmy się z Andrzejem na tajnym spotkaniu, przyszedł z Maćkiem Zalewskim – wspomina Józef Orzeł, wtedy działacz Międzyzakładowego Komitetu Robotniczego. – Powiedziałem potem kolegom, że poznałem fajnych ludzi – jeden inteligentny robol, a drugi profesorek. Pomyliłem się: za robotnika wziąłem Maćka, który jest przecież profesorskim synem, a profesorkiem nazwałem Andrzeja, który pochodzi z rodziny robotniczej.

Maciej Zalewski (kulturoznawca) odbywa właśnie karę 2,5 roku więzienia, bo  jak mówią znajomi  dostał odłamkiem afery Art-B, prowadząc spółkę Telegraf założoną w 1990 r. jako finansową przybudówkę Porozumienia Centrum (PC). Telegraf miał być prawicową, medialną odpowiedzią na Agorę, stał się biznesową spółką obracającą wielkimi pieniędzmi. Urbański, który współzakładał Telegraf, teraz twierdzi, że to był błąd i że on nigdy w to przedsięwzięcie nie wierzył. Kryminał w Białołęce i Pałac Prezydencki  tak dramatyczne zróżnicowanie losów to kolejny powód, aby napisać powieść o pokoleniu.

W latach 80. Urbański z Zalewskim prowadzili „Wolę”, legendarne pismo drugiego obiegu. Mówi: wielkie przedsiębiorstwo w warunkach niedoboru, wiecznie cierpiące na głód papieru i pieniędzy. Żonę Urbańskiego stan wojenny złapał za granicą, odmówiła powrotu do Polski, on całkiem poświęcił się pracy. Znajomi twierdzą, że Urbański traktował „Wolę” ambicjonalnie, chciał wypełnić lukę w podziemnej polityce, miał żal do starszych oporników, że załapują się na więcej uczestnictwa w historii.

W środowiskach opozycyjnych była silna rywalizacja, zabiegi o pieniądze od wujka Reagana – mówi dawny dziennikarz „Woli”. – Andrzej wyraźnie chciał stworzyć kontrę wobec KOR i „Tygodnika Mazowsze”.

Kiedy internowano starszych braci, ze złości stworzyliśmy „Wolę” – przyznaje Urbański. – Bo starsi nie przygotowali nas do prowadzenia wojny, tylko do interpretacji klasyków. Między myślowym przygotowaniem a rzeczywistością istnieje wcale niesubtelna różnica.

Zalewski umówił się z Michałem Bonim, kolegą Urbańskiego z wydziału (później posłem, ministrem pracy i polityki socjalnej w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, dziś ekspertem rynku pracy), że w razie aresztowania Boni przejmuje interes. Urbańskiego internowano na 3 miesiące w 1983 r. i już do „Woli” na stałe nie wrócił. Boni był naczelnym do 1989 r. i dziwi się, dlaczego Andrzej jakoś nigdy o tym nie wspomina, tylko rezerwuje całość sławy dla siebie:  Andrzej to bardzo fajny kolega, ma niebywałą energię i inteligencję. Ale zawsze się trochę podkreowywał.

Przemiana

W tamtych czasach wyraźnie było widać, kogo polityka wciąga, a dla kogo to tylko fason – opowiada Grzegorz Godlewski, kolega Urbańskiego z wydziału i z kabaretu, dziś kulturoznawca na UW. – Ja wiedziałem, że polityka nie jest dla mnie, ale Andrzej na pewno się w niej odnalazł. Przy tym zawsze miałem wrażenie, że jemu chodzi o coś więcej niż samo bycie w polityce.

Wciąż mają ze sobą dobry kontakt, kiedy się ostatnio spotkali, gadali o tym, co wnosi ich pokolenie do polityki i że tożsamość tego pokolenia widać wyraźnie, a wciąż nie znajduje to świadectwa w powieści lub filmie.

Światopogląd Andrzeja Urbańskiego zaczął ewoluować około 30 roku jego życia i od 24 lat już się właściwie nie zmienił. Lewicowość odchodziła wraz z młodością. Jak mówi: zaczął się kontakt z ideami liberalnymi i konserwatywnymi. Przemiana zaświtała na tajnym spotkaniu zachodnioeuropejskich trockistów z narodowo nastawionymi robolami (robole mówi się z szacunkiem) z duszpasterstwa przy ul. Karolkowej w Warszawie. Najedzeni trockiści z Zachodu tłumaczyli biednym Polakom, dlaczego szlachetnie jest być głodnym, rewolucyjnym kosmopolitą. Urbański zawsze miał świetny kontakt z robotnikami. Po latach mówi, że wpływali na inteligentów prawicowo, a inteligenci na nich lewicowo.

Innym etapem przejścia w kierunku prawicy był robotniczy opłatek z biskupem Władysławem Miziołkiem.  Nastąpiło jakieś odkrycie innego świata – wspomina Urbański. – Wtedy pierwszy raz widziałem biskupa. Robotnicy nas uczyli, że proboszcz spełnia wobec ludzi podobnie użytkową rolę jak hydraulik – obaj mają o nich dbać i pomagać na swój sposób.

Andrzej Urbański mówi, że wiele ważnych rzeczy w jego życiu stało się niechcący. Przypadkiem spotkał braci Kaczyńskich, a po 1989 r. Jarosław ściągnął go na szefa działu politycznego w „Tygodniku Solidarność”. W tygodniku, zwanym w środowisku „Tysolem”, znaleźli się także Michał Boni i Józef Orzeł. Po latach Urbański miał przyznać, że Jarosław Kaczyński nauczył go prawdziwej polityki, wyjaśnił mu technologię władzy.

Wolną Polskę środowisko starych i młodszych oporników zaczęło od kłótni: poszło o Okrągły Stół, wybór Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta, reklamówkę wyborczą, w której Lech Wałęsa siekierką rąbał grubą kreskę Tadeusza Mazowieckiego. „Tysol” chciał kontynuować rewolucję bez dogadywania się z wrogiem, ale sam był podzielony. Michał Boni odszedł z redakcji.

Ja mówiłem, że trzeba budować związek zawodowy, Andrzej twierdził, że trzeba iść w politykę, ale nie za bardzo miał dokąd, więc obaj działaliśmy w „S” – mówi Boni. – W 1990 r. rozdzieliliśmy się: ja byłem poglądami bliżej Tadeusza Mazowieckiego, Andrzej z braćmi Kaczyńskimi zakładał Porozumienie Centrum.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj