Nowi zesłańcy
Trwa łapanka na profesorów, których potem wysyła się na cztery lata jako ambasadorów.

Do Rosji zesłany zostaje kulturoznawca, do Niemiec – filozof, do Wielkiej Brytanii – politolog, a do USA – literaturoznawca. Podobno branka była konieczna, ponieważ PiS nie dysponuje własną kadrą zawodowych dyplomatów, a starych odwoływać musi, bo prezes naciska „szybciej, szybciej, szybciej!”.

Profesorowie zesłańcy, chociaż sami się godzą reprezentować IV RP, zasługują na współczucie. Jeszcze rok–dwa temu bycie polskim ambasadorem było pasmem rozkoszy, psychoterapią na koszt Rzeczpospolitej. Ekscelencje zbierały wyrazy uznania pod adresem naszego kraju – „prymus transformacji”, „lider postkomunistycznej Europy” i podobne komplementy. Wystarczyły nożyczki, wycinki wkładało się kurierom do worka i centrala była zadowolona. Niepotrzebne było samochwalstwo ani filmy z Hollywood. Polski nie trzeba było na każdym kroku stawiać za wzór, ponieważ robili to inni. Jeżeli pojawiło się jakieś oszczerstwo, w rodzaju „polskich obozów”, to sam prezydent Obama przepraszał na piśmie, a polski ambasador mógł grać w golfa.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj