Misiewicz wraca, Macierewicz gra Kaczyńskiemu na nosie
Decyzja o powrocie z banicji jest z gatunku tych nie do obrony. Samobój do pustej bramki z połowy boiska.
Adam Chełstowski/Forum

Właściwie nie można było się tego nie spodziewać. Bartłomiej Misiewicz musiał wrócić, bo Antoni Macierewicz nie pozbywa się wiernych i oddanych towarzyszy. Nigdy. Beznadziejnie głupi jest jednak sposób, w jaki ten powrót nastąpił. Czyli bez cienia zażenowania, poczucia obciachu, na tak zwany rympał, zaledwie miesiąc po zawieszeniu Misiewicza w pełnieniu funkcji w MON (było ich sporo, m.in. rzecznika prasowego oraz szefa gabinetu politycznego).

Decyzja o powrocie z banicji jest z gatunku tych nie do obrony. Samobój do pustej bramki z połowy boiska. Człowiek, którego dotyczy, ma na koncie trochę brzydkich sprawek, łącznie z polityczną korupcją (ujawniona przez „Newsweek” próba przekupienia stanowiskami radnych PO z Bełchatowa) i mało finezyjnymi wykrętami dotyczącym wykształcenia (ma tylko maturę, ale długo zapewniał, że w najgorszym przypadku nadal studiuje, choć w rzeczywistości został skreślony z listy studentów). W dodatku dotyczy kogoś, kto ciągnąc za sobą sznur różnych osobników, z reguły nieimponujących kompetencjami, i upychając je w spółkach zbrojeniowych podległych MON, stał się symbolem zawłaszczania państwa przez ludzi PiS.

Warto zwrócić też uwagę, kiedy ten comeback nastąpił. „Oczywiście, były wpadki takie jak ten nieszczęsny Misiewicz. To się nie powinno było zdarzyć” – tak zaledwie kilka dni temu w wywiadzie dla Onetu bił się w piersi prezes PiS. Co takiego się stało, że zdarzyło się ponownie? Bo raczej Jarosław Kaczyński zdania nie zmienił. Bardziej prawdopodobna jest teza, że polityczny promotor Misiewicza, czyli minister obrony Antoni Macierewicz, jest tak pewny swej siły, że – w sposób mniej lub bardziej przemyślany – zdecydował się zagrać prezesowi na nosie. Odwaga granicząca z impertynencją.

Nie ma ministra Jackiewicza, Hoffman drży przed CBA, tymczasem Misiewicz wraca do MON witany twitterowym wpisem na oficjalnym koncie resortu. Jeśli na stałe, potwierdzi to tezę, że Macierewicz właściwie urwał się spod kontroli i jest bytem cieszącym się w PiS pełną autonomią, który może sobie pozwolić na wbijanie szpilek nawet naczelnikowi państwa. A jeśli tak, to potwierdzi to inną teorię – o słabnącym Kaczyńskim i tracącej siły partii, wewnętrznie mniej spójnej, niż próbuje nam się przedstawiać, nadwątlanej złymi decyzjami i społecznymi protestami, na czele z kobiecymi.

Kaczyński ma kłopot z Macierewiczem i to kłopot nabrzmiewający. Szef MON wywołuje kryzys za kryzysem, przede wszystkim jednak przez rok nie zrobił wiele w temacie, na którym prezesowi najbardziej zależy, czyli wskazania „przyczyn” katastrofy smoleńskiej. Kolejne „dowody” okazują się tak dęte, że wyśmiewają je już nawet prawicowi publicyści, co kompromituje nie tylko samego Macierewicza i jego komisję, ale rykoszetem bije też w PiS.

Tak czy inaczej najciekawsze jest teraz jedno pytanie: co zrobi prezes?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj