Polityka ­Kapuścińskiego
Po raz pierwszy usłyszałem o Kapuścińskim (to już dokładnie 10 lat od jego śmierci), kiedy nie był jeszcze dziennikarzem, tylko studentem historii na UW.

Opowiadała mi o nim moja kuzynka Ditta, która studiowała z nim i wzdychała do niego, jak wiele dziewczyn. Kapuściński bowiem łamał serca jak opłatki. Zawsze cieszył się powodzeniem wśród pań. Podobało im się, że pisał wiersze i miał niepospolity wdzięk. Znał Nową Hutę i afrykańską dżunglę. Imponowało im, że podróżował po kraju, po świecie, po literaturze, koło Nagrody Nobla. (W żartach planowaliśmy, że wynajmiemy samolot do Sztokholmu). Roztaczał wokół siebie tajemniczy urok, którego zagadkę niejedna usiłowała rozwikłać.

Z czasem wiersze zarzucił (był o nich kiepskiego zdania), ale powodzenia nie stracił (był o tym dobrego zdania). Wywierał na kobietach, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, „porażające” wrażenie. Pewnego dnia, po latach, już w POLITYCE (1960 r.?), kiedy przyszliśmy do redakcji, zamiast sekretarki znaleźliśmy na jej biurku kartkę, że odchodzi ze skutkiem natychmiastowym. Pierwsza myśl: Rysiek rzucił na nią swój urok.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną