Bartłomiej Misiewicz coraz większym obciążeniem dla MON. Będzie dymisja?
Dlaczego MON utrzymuje na eksponowanym stanowisku kogoś, kto przynosi ewidentne wizerunkowe straty?
Na przejażdżkę w czołgu Bartłomieja Misiewicza zapraszał osobiście generał.
9. Braniewska Brygada Kawalerii Pancernej/MON/•

Na przejażdżkę w czołgu Bartłomieja Misiewicza zapraszał osobiście generał.

Wraz z powrotem Bartłomieja Misiewicza na łamy tabloidów powróciło największe wizerunkowe obciążenie resortu obrony. Młody rzecznik nie ma jednak powodów do obaw, bo nie ma go kto zwolnić.

„Proszę nie wierzyć w wierutne bzdury tworzone na mój temat. Jest to zwyczajna nagonka” – pisze na Twitterze rzecznik MON, który znów stał się bohaterem bulwarowej prasy i internetowych memów.

Od czasu ujawnienia kulisów zakrapianej imprezy w białostockim klubie i przypomnienia historii z Elbląga, gdzie „na kogucie” miał jechać po burgery, najbliższy współpracownik Antoniego Macierewicza znów nie ma łatwego życia. Znów, bo w ubiegłym roku jego nazwisko zostało przez opozycję wykorzystane do kilkumiesięcznej kampanii wskazywania osób powoływanych z partyjnego klucza, choć nie zawsze z kompetencjami, na dobrze płatne i ważne stanowiska w państwowych firmach i urzędach.

Długa historia wpadek Misiewicza

Przypomnijmy, że Misiewicz został powołany do Rady Nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej, nie posiadając wymaganego wykształcenia i egzaminu. Przez kilka miesięcy interesowała się nim prokuratura, po zarzutach jednego z tygodników, jakoby miał oferować stanowiska lokalnym politykom w zamian za poparcie dla kandydata PiS. Śledztwo umorzono, Misiewicz po trwającym dwa miesiące zawieszeniu wrócił jako rzecznik i szef gabinetu politycznego ministra obrony.

Miał się skupić na walce z dezinformacją, którą resort dostrzega w części publikacji prasowych oraz internetowych wpisach. Swoją antydezinformacyjną kampanię uprawia głównie na Twitterze, używając specjalnego hashtagu, choć jej intensywność ostatnio wyraźnie spadła. Samemu zdarzało mu się popełniać informacyjne wpadki, jak choćby nazwanie w oficjalnym komunikacie MON pocisków JASSM-ER mianem broni antyrakietowej (to pociski manewrujące powietrze-ziemia) czy podanie niezgodnej z istniejącym prawem informacji o przyjęciu dymisji Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, gen. broni Mirosława Różańskiego (może ją przyjąć jedynie prezydent).

Te merytoryczne wpadki Misiewicza jako rzecznika nie wzbudziły jednak takiego zainteresowania jak jego wyczyny w czasie wolnym. Pytanie, czy rzecznik ma prawo iść do klubu, czy nawet podjechać służbowym wozem do fast-foodu, zostawiam na boku. To oczywiste, że rzecznicy to też ludzie: czasem jedzą, czasem piją i czasem balują. Zresztą historia „politycznych imprez” w Polsce nie takie wyskoki widziała.

Jaka jest pozycja Misiewicza w MON?

Bardziej zasadne jest pytanie, dlaczego MON utrzymuje na eksponowanym stanowisku kogoś, kto przynosi ewidentne wizerunkowe straty i kto najwyraźniej nie jest w stanie powstrzymać się od działań, które to obciążenie tylko powiększają. Odpowiedź może leżeć w traktowanych do tej pory anegdotycznie relacjach o roli, jaką odgrywa w ministerstwie, zwłaszcza w polityce kadrowej – bo to, że sam minister jest do Misiewicza niezwykle przywiązany, zostało wielokrotnie udowodnione.

Misiewicz zbudował sobie w resorcie pozycję de facto wiceministra, kto wie, czy nie ważniejszego od sekretarza i podsekretarzy stanu. Oni odpowiadają za struktury pionowe poszczególnych działów MON – on ma w zasadzie dostęp wszędzie, o każdej porze, a przede wszystkim – ma nieograniczony dostęp do samego ministra. Nic dziwnego, że gdy odwiedzał jednostki wojskowe, zdarzało się, że szpaler wojska witał go okrzykiem „czołem panie ministrze”, a na przejażdżkę w czołgu zapraszał go osobiście generał – dowódca dywizji zmechanizowanej z północy Polski. „To pierwsza jednostka, w której nie tylko zobaczyłem, ale też poczułem wojsko” – zwierzał się gospodarzom w kwietniu ubiegłego roku. A generał w sierpniu otrzymał drugą gwiazdkę, w pełni należną mu oczywiście z racji zajmowanego stanowiska służbowego.

Misiewicza nie ma więc kto zwolnić, ale nie bardzo kto ma go też zastąpić. Kadry profesjonalistów zajmujących się PR w MON silnie przetrzebiono, a stanowisko rzecznika to w istocie funkcja polityczna, gdzie kluczową rolę odgrywa osobiste zaufanie szefa. W sytuacji gdy nawet ludzie, którzy pracują po 20 godzin na dobę przy przygotowaniu największego sukcesu ministra Macierewicza – jakim był przecież szczyt NATO w Warszawie – kończą w rezerwie kadrowej lub odchodzą, trudno liczyć, by ktoś takie zaufanie po prostu sobie zdobył.

Minister ma pełne prawo dobierać sobie takich współpracowników, jakich chce – i najwyraźniej nie zamierza się Misiewicza pozbywać. Zresztą Antoni Macierewicz na pewno nie zrobiłby tego pod wpływem publikacji prasowych. Zdążył nas już przyzwyczaić do tego, że im bardziej prasa atakuje jego i jego współpracowników, tym mocniej minister utwierdza się w przekonaniu, że to on ma rację.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj