Kaczyński chce włączenia Polski do atomowego porozumienia NATO. Czy USA na to pozwolą?
Atomowy kompleks PiS
Po raz drugi w czasie ponadrocznych rządów PiS z Polski płynie sygnał, że jej długofalowym celem jest dostęp do broni atomowej. Amerykańskiej albo europejskiej – bo na razie własna nawet dla obronnych fantastów jest poza zasięgiem.
Jeśli nawet Stany Zjednoczone w trudno wyobrażalnej, ale hipotetycznie możliwej sytuacji, zgodziłyby się na aktywny udział Polski w systemie obrony nuklearnej, obecny budżet obronny by tego nie uniósł.
SFJZ13/Flickr CC by 2.0

Jeśli nawet Stany Zjednoczone w trudno wyobrażalnej, ale hipotetycznie możliwej sytuacji, zgodziłyby się na aktywny udział Polski w systemie obrony nuklearnej, obecny budżet obronny by tego nie uniósł.

Kiedy w grudniu zeszłego roku świeżo upieczony wiceminister obrony Tomasz Szatkowski w studiu telewizyjnym wyznał w odpowiedzi na pytanie, czy rząd rozważa „konkretne kroki” w celu przystąpienia do atomowego porozumienia NATO, MON następnego dnia wydał oficjalne dementi, a werbalny eksces byłego szefa think-tanku NCSS uznano za pomylenie ról eksperta i ministra wynikające z niedawnej zmiany fotela.

Teraz wycofywać się i zaprzeczać będzie trudniej, bo słowa o broni jądrowej padają z ust samego prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Nieformalny szef państwa to wszak postać dużo ważniejsza niż podsekretarz stanu. Nie zwiększa to jednak realności tych wizji.

Po pierwsze: polityka

O ile administracja Donalda Trumpa na razie nie wysyła sygnałów, jakoby zamierzała wycofać USA z NATO i pozbawić sojuszników nuklearnego parasola, o tyle trudno przypuszczać, by zdecydowała się na tak ewidentną prowokację wobec Rosji. Co prawda po zwycięstwie Trumpa w niemieckiej prasie przetoczyła się debata o nuklearnym uniezależnieniu Europy od USA, to jednak nie wyszła poza publicystykę.

Głos zabierał w niej znany z jastrzębich poglądów polityk CDU Roderich Kiesewetter, ale nie zmienił antynuklearnego i w istocie antywojennego nastawienia Niemców. Europejska broń atomowa, o jakiej mówi Kaczyński we „Frankurter Allgemeine”, wymagałaby europejskiej armii, struktury dowodzenia, wspólnego budżetu obronnego i wyznaczenia symbolicznego palca, który miałby wciskać symboliczny atomowy guzik. Są jacyś kandydaci?

Po drugie: ryzyko

W razie prawdziwej wojny bazy uzbrojenia strategicznego będą pierwszym celem ataku, zapewne rakietowego, niewykluczone, że atomowego. W obecnym układzie to ryzyko biorą na siebie Stany Zjednoczone, posiadające i systemy obrony baz, i własny potencjał odstraszania. W dodatku NATO obiecało Rosji w 1997 r., że nie rozmieści broni jądrowej na terytorium nowych krajów członkowskich – i jak do tej pory z tej obietnicy się nie wycofało, mimo że w obliczu agresji rosyjskiej na Ukrainę wysyła rotacyjne kontyngenty na wschodnią flankę.

Polska nie posiada systemu obrony antyrakietowej, zresztą żaden system nie powstrzyma wszystkich pocisków.

Wystarczy jedna eksplozja jądrowa, by zmienić losy konfliktu. Czy ochoczo wygłaszanym deklaracjom o przystąpieniu do nuklearnego porozumienia w NATO towarzyszy budowa schronów przeciwatomowych i uświadamianie społeczeństwa o skutkach wojny jądrowej? Oczywiście nie, bo prawdopodobnie byłoby to polityczne samobójstwo. Znacznie łatwiej snuć sny o nuklearnej potędze...

Po trzecie: pieniądze

Jeśli nawet Stany Zjednoczone w trudno wyobrażalnej, ale hipotetycznie możliwej sytuacji zgodziłyby się na aktywny udział Polski w systemie obrony nuklearnej, obecny budżet obronny by tego nie uniósł. Polska nie ma instalacji niezbędnych dla składowania bomb jądrowych B61 (a tylko takie uzbrojenie USA udostępniają sojusznikom), a polskie samoloty F-16 nie są przystosowane do jej przenoszenia (ćwiczyły tylko jako asysta maszyn podwójnego zastosowania).

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj