szukaj
Nowy wykaz zasobów IPN może być wykorzystany do niesłusznych oskarżeń. Na miarę listy Wildsteina
Ostrożnie z inwentarzem
Równocześnie inwentarz IPN nie zawiera informacji o wielu tajnych współpracownikach, których aktywność znana jest z innych źródeł.
Przy lekturze nieuważnej bądź nieprofesjonalnej inwentarz IPN może przynieść niesłuszne sugestie i oskarżenia.
Adrian Grycuk/Wikipedia

Przy lekturze nieuważnej bądź nieprofesjonalnej inwentarz IPN może przynieść niesłuszne sugestie i oskarżenia.

Sensacja medialna, jaką stało się ujawnienie, że ambasador Przyłębski został zarejestrowany przez peerelowską bezpiekę jako jej współpracownik, przyćmiła sprawę dużo ważniejszą: kolejną wpadkę IPN.

I nie chodzi wcale o to, że pion lustracyjny Instytutu przez ponad pół roku od złożenia przez Andrzeja Przyłębskiego deklaracji lustracyjnej w związku z objęciem funkcji ambasadorskiej nie wszczął jakoś (ciekawe dlaczego, Koteczku? – zapytałby Kisiel) postępowania sprawdzającego prawdziwość oświadczenia.

Inwentarz dla każdego obywatela?

Rzecz w jakości nowego internetowego „inwentarza archiwalnego” zasobów Instytutu, w którym to właśnie dziennikarze znaleźli nazwisko dzisiejszego ambasadora. IPN reklamuje swoje nowe (bo uruchomione ledwie w miniony poniedziałek) dzieło hasłem „cyfrowe archiwum nowych możliwości”. Dyrektor Archiwum IPN Marzena Kruk ogłasza zaś w wywiadzie dla PAP, że dzięki decyzji samego prezesa Jarosława Szarka „został zmieniony dotychczasowy sposób opisu dokumentacji osobowej”.

Do tej pory inwentarz pozwalał jedynie sprawdzić, czy w archiwum są akta danej osoby czy nie – nie precyzując, czy dotyczą one funkcjonariusza lub agenta czy też ofiary inwigilacji. Teraz „do inwentarza wprowadzone zostały informacje, które pozwalają na określenie, z jakimi dokumentami mamy do czynienia”. W efekcie choć inwentarz nie zawiera treści dokumentów, to – zdaniem dyrektor Kruk – „pozwala każdemu obywatelowi sprawdzić, kto pracował w SB, kto był tajnym współpracownikiem, a kto był osobą pokrzywdzoną przez system komunistyczny”.

Tymczasem rzecz nie jest taka oczywista.

IPN zlekceważył wyroki sądów

Po pierwsze, w inwentarzu jak na razie ujęto jedynie część zawartości archiwów (co przyznaje zresztą, tyle że półgębkiem niejako, sam IPN). Już to powoduje, że trzeba zachować dalece posuniętą ostrożność w stawianiu jakichkolwiek tez.

Po drugie, ogłaszając inwentarz, IPN zlekceważył wyroki sądów RP. Jak zwrócił uwagę Maciej Gawlikowski (w PRL działacz antykomunistycznej opozycji, a w wolnej Polsce dziennikarz specjalizujący się w historii najnowszej), w inwentarzu znalazły się informacje o aktach osób zarejestrowanych wprawdzie przez SB jako „tajni współpracownicy”, lecz później werdyktem sądu wolnej Polski uniewinnionych od zarzutu kłamstwa lustracyjnego – czego już jednak w żaden sposób IPN w swoim wykazie nie raczył zaznaczyć.

„Okazuje się, że nie trzeba już żadnej lustracji, żadnych sądów. Wystarczy decyzja pani Kruk!” – komentuje na swoim profilu społecznościowym Gawlikowski.

Zauważa też, że SB jako swoje osobowe źródła informacji (tzw. OZI) zapisała m.in. śp. Marię Kaczyńską (rejestracja trwająca parę lat) i Hannę Macierewicz. Tymczasem dyrektor archiwów IPN we wspomnianym wywiadzie dla PAP jednoznacznie potraktowała OZI jako „osoby współpracujące z organami bezpieczeństwa PRL”. Gawlikowski pyta zatem: „Czy pani Kruk jest pewna, że to wszystko byli agenci?”.

Czy to na pewno byli agenci?

Zdarzają się i inne kiksy: przykładowo inwentarz powiela popełnione przez sporządzających akta SB-ków błędy w nazwiskach tajnych współpracowników – i choć historycy już dawno ustalili, jakie było prawdziwe nazwisko agenta, to jednak tego nie sprostowano. „Tak się akurat składa, że ta osoba jest ważna w dzisiejszym układzie propagandy TVP. Jakoś trudno mi uwierzyć w ponowny błąd...” – zauważa Gawlikowski (choć dodaje, że chodzi akurat o modelowy przypadek współpracy osoby zastraszonej, która „w pierwszych dniach stanu wojennego uległa, poszła na układ, złożyła dwa raporty, wzięła nawet kasę za wykonane zadanie, po czym wyplątała się ze współpracy i nigdy więcej już bezpiece się nie dała”).

Równocześnie, co podniósł z kolei przywódca podziemnej „Solidarności” Huty im. Lenina Edward Nowak, inwentarz nie zawiera informacji o wielu tajnych współpracownikach, których aktywność znana jest z innych źródeł. „To nie jest prawda, ze znajdziemy tam łatwo np. TW. Wpisywałem osoby jednoznacznie mi znane jako agenci, bo z moich odtajnionych akt. I co ? Nic. To jest tylko wykaz ułatwiający poszukiwania w samych aktach”.

Skądinąd w inwentarzu znalazły się zajawki teczek dotąd niewykazywanych (co nie dziwi), ale zniknęły niektóre z awizowanych wcześniej.

Otóż właśnie: nowy wykaz zasobów IPN zawiera dane dotyczące charakteru materiałów, daty ich opracowywania oraz sygnatury, co może być pomocne w dalszej kwerendzie. Ale sam w sobie źródłem żadnych wniosków być nie może. Co gorsza, przy lekturze nieuważnej bądź nieprofesjonalnej – a zwłaszcza wynikającej ze złej woli bądź potrzeb politycznych – znowu może przynieść niesłuszne sugestie i oskarżenia. Czyli ludzką krzywdę.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj