Prezydent napisał list i oczekuje wyjaśnień od Macierewicza. Czy to moment przebudzenia?
Panie Prezydencie, co dalej?
Poprzednie despekty czynione wyższym oficerom nie spotykały się z żadną reakcją zwierzchnika sił zbrojnych.
Antoni Macierewicz i Andrzej Duda
Mateusz Wlodarczyk/Forum

Antoni Macierewicz i Andrzej Duda

List z żądaniami skierowany przez Andrzeja Dudę do Antoniego Macierewicza dotyka spraw ważnych, ale nie pierwszoplanowych. Jeśli nie pójdą w ślad za nim kolejne działania zwierzchnika sił zbrojnych, trzeba go będzie uznać za kolejną polityczną zagrywkę obozu władzy.

List prezydenta nie był do ministra, był do nas. Tzw. duży Pałac chciał pokazać, że „coś robi” w obliczu pogrążania – nie tylko wizerunkowego – obszaru wojskowości przez urzędującego ministra. Sama forma upublicznienia listu poprzez TVN sugeruje, że operacja nie była skierowana do elektoratu PiS, bo ten raczej nie ma wątpliwości co do działań Antoniego Macierewicza. Ale ten manewr prezydentowi chyba się nie udał.

List dotyka spraw ważnych, ale nie najważniejszych

Bo list dotyka spraw ważnych, aczkolwiek w obecnej sytuacji nie gardłowych. Nie mówi o stanie najwyższej kadry dowódczej, nie mówi o kwestionowanym przez część generałów przemieszczaniu czołgów, nie pyta o sens Obrony Terytorialnej według wizji ministra.

Prezydent wylicza, że od roku nie mamy attaché wojskowych w kluczowych stolicach – rzecz naganna, ale da się z nią żyć – i że obiecane na szczycie NATO dywizyjne dowództwo w Elblągu nie powstało i prawdopodobnie nie powstanie przed rozmieszczeniem na wschodniej flance wielonarodowych batalionów Sojuszu.

Ta ostatnia kwestia to zresztą trochę strzał kulą w płot. Prezydent musi bowiem wiedzieć, że to nie po polskiej stronie jest w tej kwestii największy opór. I że problemy kadrowe rzeczywiście istnieją – bo nagle okazało się, że nie ma skąd brać mówiących po angielsku oficerów sztabowych z jako takim doświadczeniem – ale że te problemy istnieją nie tylko u nas. Zresztą ta kwatera szczebla dywizyjnego to w sumie wspólne zadanie całego NATO, a nie „wina Macierewicza”.

Tak więc prezydencka szarża –  o ile w ogóle tak ją rozpatrywać – następuje stępa i z witką zamiast szabli. Prezydent jest tym mniej wiarygodny, że jeszcze kilka dni temu – a jeśli wierzyć rzecznikowi: nawet po wysłaniu owego listu – jego ludzie nie widzieli żadnego problemu z ministrem Macierewiczem.

Liczne poprzednie despekty czynione wyższym oficerom nie spotykały się z żadną reakcją zwierzchnika sił zbrojnych. Prezydent zareagował ostrzej tylko raz, gdy minister plótł bzdury o Mistralach za dolara. Ale wcześniej plecione bzdury o stanie armii przeszły bez odzewu.

Czy to dobrze, że prezydent wreszcie się odezwał?

Ale to dobrze, że Andrzej Duda się odezwał. Dobrze, że w ostatnich miesiącach spotykał się z dowódcami – z których wielu jest już w cywilu. Dobrze, że wspierany przez BBN usiłuje apelować, być może do całej opinii publicznej: powstrzymajmy to szaleństwo. Z tym że to za mało.

Jeśli prezydent chce rzeczywiście wejść do gry o ratowanie wojska, musi grać ostrzej. Nie łudźmy się, Macierewicz nadal ma w ręku silniejsze karty. A Duda wie, dzięki komu jest tam, gdzie jest. Może to jest moment przebudzenia? Jeśli tak, prezydent powinien zrobić kilka następnych kroków: zwołać Radę Gabinetową na temat sytuacji w wojsku, przeprowadzić konsultacje polityczne w formule Rady Bezpieczeństwa Narodowego, przemówić do żołnierzy na zbliżającej się dorocznej odprawie kierownictwa sił zbrojnych. Formalną okazją do większego zaangażowania może być kończący się w MON Strategiczny Przegląd Obronny.

Panie Prezydencie, czekamy!

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj