szukaj
Chcesz wykreować w Polsce bohatera? Wsadź go za kraty. To przypadek Tuska
Wysiadka na Dworcu Centralnym, skąd nie sposób wydostać się żadnym dyskretnym kanałem, a następnie pieszy przemarsz przez miasto – były środkami służącymi wywołaniu zamierzonego efektu.
Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, w drodze na przesłuchanie w warszawskiej prokuraturze wojskowej.
Dominik Werner/Agencja Gazeta

Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, w drodze na przesłuchanie w warszawskiej prokuraturze wojskowej.

Gdy Piłsudski w 1914 r. próbował wzniecić powstanie w kongresówce, witano go z obojętnością, a nawet wrogością. Cztery lata później zwolniony z twierdzy magdeburskiej wracał do Warszawy w glorii niemalże monarchy.

W październiku 1956 r. na placu Defilad pół miliona rodaków śpiewało Gomułce „sto lat”. Nikt już mu wtedy nie pamiętał, że dziesięć lat wcześniej na czele partii komunistycznej instalował narzucony przemocą system, a w stalinowskim więzieniu znalazł się jako ofiara walk frakcyjnych. Wystarczyło, że był ofiarą.

Podobnie Wałęsa w pełni rozgościł się w panteonie narodowych bohaterów dopiero w stanie wojennym, kiedy to trzymany w odosobnieniu i opierający się pokusie zgniłego kompromisu wyrastał na główny symbol oporu. A że każdy z nich – choć naturalnie w różnym stopniu – sprawując już władzę, zawodził później pokładane w nich nadzieje? Mitom to nie zaszkodziło.

Tusk naprawdę uważa celebrację jego wizyty za niestosowną?

Donald Tusk jest historykiem i z pewnością miał świadomość tych analogii. Nie dajmy się zwieść dobiegającym z Brukseli w ostatnich dniach oznakom krygowania się ze strony przewodniczącego Rady Europejskiej, że niby to uważa celebrację jego wizyty w prokuraturze za niestosowną. Gdyby naprawdę tak było, odwiedziłby Warszawę w mniej ostentacyjny sposób.

Wysiadka na Dworcu Centralnym, skąd nie sposób wydostać się żadnym dyskretnym kanałem, a następnie pieszy przemarsz przez miasto, były środkami służącymi wywołaniu zamierzonego efektu. Co zresztą udało się uczynić wręcz z nawiązką. Potwierdziła się stara prawda, że większego niż Tusk speca od stymulowania społecznego nastroju III RP nie widziała. A jeśli ktoś przespał ostatnie trzy lata i pamięta jedynie narastającą irytację towarzyszącą gnuśnej końcówce rządów PO, ani chybi przeciera teraz oczy ze zdziwienia.

Antypisowska Polska od kilkunastu miesięcy poszukuje swego bohatera. Wiadomo już, że – mimo ostatnich sukcesów sondażowych – Grzegorz Schetyna nim nie zostanie. Ani tym bardziej jego pozostali polityczni rywale. Takiego bohatera wykreować może dziś tylko jeden człowiek. Ten, którego Polacy uważają za jedynego mającego wpływ na nasze sprawy. Czyli Jarosław Kaczyński. I tak się właśnie dzieje; idiotyczną szarżą polskiej dyplomacji na brukselskim szczycie oraz ciąganiem Tuska po prokuratorach i komisjach śledczych prezes PiS pieczołowicie tuczy jedynego potencjalnie równego sobie rywala do polskiego rządu dusz.

PiS odświeża wizerunek Tuska

Represją, a może jedynie pozorem represji na Tusku, czyści mu kartę i odświeża wizerunek. Osobiście dając swym przeciwnikom pretekst do kolejnych mobilizacji – choć oni sami mieli z tym ostatnio narastający problem.

Dzięki Kaczyńskiemu ten sezon polityczny upłynie więc pod hasłem „obrońmy Tuska”. Każde kolejne zaproszenie na spotkanie z polskim wymiarem sprawiedliwości, które z założenia miało byłego premiera upokarzać, będzie teraz okazją do wielkiej fety na jego cześć. I postępującym źródłem stresu dla władzy.

Tym bardziej że „obrońmy Tuska” nieuchronnie będzie przecież prowadzić do ostatecznej rewitalizacji tyle już razy wykpionego w przeszłości „Tusku musisz”. W starciu choćby i prominentnej jednostki z aparatem państwowym Polacy w swej masie zawsze wcześniej czy później kibicować będą bowiem jednostce.

I aż dziw bierze, że obdarzony świadomością historyczną Kaczyński tego nie kalkuluje.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj