My, normalsi…
Nie od dziś wiadomo, że normalizacja to siła potężna, choć działająca podskórnie i długofalowo.

W czasach zamętu i aksjologicznej dezorientacji na czoło wszech wartości wysuwa się normalność. Już nie o wolności, równości, demokracji marzy dziś filister, nie o miłości i braterstwie, lecz o świętej normalności, siostrze świętego spokoju. A przyjrzeć by się temu przewrotnemu marzeniu naszej epoki... Za czym tak tęsknimy, powtarzając, że niczego wielkiego nie chcemy, jeno „odrobiny normalności”, „życia w normalnym kraju”? Nie uszło to marzenie uwadze polityków. Dziś i oni łowią nas w swoje sieci tą chłodną i minimalną ideą. „Aby w Polsce nareszcie zapanowała normalność!” – słyszymy z prawa i z lewa.

W polityce rzecz nie jest zbytnio tajemnicza. Rozczarowani wielkimi ideami, boimy się władzy gorącej, epatującej nas fanatyzmem i moralnymi uniesieniami, tak samo tandetnymi i obłudnymi jak wszelkie inne egzaltacje, religijne albo artystyczne. Doceniamy przeto filisterską nieczułość i oportunizm, gotowi pochlebiać sobie, że są wyrazem roztropności.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj