4 czerwca: ważne święto „gorszego sortu”
Politycy PiS gardzą tym świętem, bo niewielu z nich miało znaczący udział w opozycji solidarnościowej i demokratycznej.
Politycy PiS gardzą tym świętem, bo niewielu z nich miało znaczący udział w opozycji solidarnościowej i demokratycznej.
Flickr CC by 2.0

Politycy PiS gardzą tym świętem, bo niewielu z nich miało znaczący udział w opozycji solidarnościowej i demokratycznej.

PiS nie uważa Dnia Wolności i Praw Obywatelskich za swoje święto. Gdy doszedł do władzy, przedstawiciele obozu rządzącego nie świętują wraz z obywatelami 4 czerwca, w rocznicę pamiętnych wyborów w 1989 r., które zmusiły PZPR do podzielenia się władzą z „Solidarnością” na mocy tzw. porozumienia Okrągłego Stołu.

Rok temu prezydent Duda wyjechał w Dniu Wolności ustanowionym przez Sejm w 2013 r. do Włoch na urlop. W tym roku będzie wizytował w Dniu Wolności Nowe Miasto nad Pilicą. To nie jego święto, nie jego wybory, jak ogłosił na swym oficjalnym portalu rok temu: „To nie były w pełni wolne wybory’” Tak, nie były. Duda powinien sobie przypomnieć, że jego mentor Lech Kaczyński powiedział w 2009 r. w Gdańsku podczas obchodów 4 czerwca, że wybory były zwycięskim kompromisem, od którego możemy liczyć wolną Polskę.

Prezydent, premierka, ministrowie z PiS nie mają obowiązku uczestniczyć w święcie. Mogliby się jednak poczuwać do tego, by z racji swych wysokich funkcji w naszym wspólnym państwie wznieść się ponad swoje uprzedzenia. Gardzą tym świętem, bo niewielu z nich miało znaczący udział w opozycji solidarnościowej i demokratycznej. Dopiero po 1989 r. ujawniła się awangarda antykomunistycznej bezkompromisowości, bo wtedy niczym to już nie groziło.

Propaganda prawicy od czasu upadku rządu Jana Olszewskiego, który nastąpił 5 czerwca 1992 r., eksponuje w swoim przekazie ten dzień, a nie dzień pierwszych częściowo wolnych wyborów, wydarzenia bez precedensu nie tylko w powojennej historii Polski po roku 1948, lecz całego bloku sowieckiego.

Wybory do Senatu były całkowicie wolne

Przypomnijmy dla młodszych: wybory do Sejmu były limitowane. Pula mandatów dla kandydatów z list Solidarności wynosiła 35 proc. Ale wybory do przywróconego Senatu, zlikwidowanego przez komunistów po sfałszowanym powojennym referendum, były już całkowicie wolne: fotel w stuosobowej izbie wyższej brał zdobywca największej liczby głosów oddanych w okręgu. Kandydaci Solidarności zdobyli 99. I to był moment triumfu pomieszanego z niedowierzaniem, że to się stało! Stąd radość i świętowanie toastem dla wolności pod słynnym plakatem z kowbojem bez kolta, idącym do urny oddać głos na Solidarność.

Dzień Wolności nabrał nowej treści po podwójnych wyborach w 2015 r. Zgodnie z oficjalną nazwą jest okazją dla obywateli, by zamanifestowali poparcie dla demokracji, praw człowieka i obywatela. Oraz sprzeciw wobec polityki obecnej władzy, którą część społeczeństwa odrzuca, bo widzi w niej demontaż demokratycznego państwa prawa. Ta część obywateli chętnie i słusznie wzniesie toast dla wolności w wielu miastach i miasteczkach Polski. Bo jest z kim i jest za co. Obrona niezawisłości sędziów i pomoc poturbowanym cudzoziemcom to hasła tegorocznych obchodów Warszawie i Gdańsku.

4 czerwca pamiętnego roku 1989 towarzyszyłem jako rzecznik krakowskiego sztabu wyborczego Solidarności amerykańskim wysłannikom organizacji Freedom House, którzy przyjechali do Krakowa obserwować przebieg wyborów. Byli przyjęci naszym optymizmem co do przyszłości. W pewnym momencie nadeszła wiadomość o rozpoczęciu pacyfikacji prodemokratycznej młodzieży studenckiej na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. Cały świat oglądał w telewizji samotnego chłopaka blokującego kolumnę czołgów. W mojej pamięci już tak zostanie: nasze zwycięstwo, ich tragedia. Świat jest jeden. Wszędzie trzeba walczyć o wolność i bronić demokracji.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj