PiS chce reparacji wojennych od Niemiec. Co stoi za tym żądaniem?
Retoryka PiS nie zmieni faktu, że to demokratyczne Niemcy były adwokatem naszego członkostwa w UE, a dziś są po raz pierwszy w naszych historycznych relacjach sojusznikiem, a nie zagrożeniem.
Jarosław Kaczyński w Berlinie, październik 2006 r.
BARTOSZ BOBKOWSKI/Agencja Gazeta

Jarosław Kaczyński w Berlinie, październik 2006 r.

Gdy jest kłopot, władza w Polsce sięga po kartę antyniemiecką. To zawsze działa na znaczną część polskiego społeczeństwa. Działało w PRL i działa w III RP. Tak przynajmniej sądzą politycy pisowscy, bo wśród obecnych partii parlamentarnych tylko oni grają tą kartą, by odwrócić uwagę od czegoś innego, wysłać patriotyczny po swojemu komunikat do żelaznego elektoratu lub do Berlina i pośrednio do Brukseli Tuska.

W ostatnim czasie kartą antyniemiecką zagrali prezes Kaczyński i ministrowie Macierewicz i Kownacki. W maju pisowski poseł Mularczyk poprosił sejmowe biuro prawne o analizę, czy i w jakim trybie Polska miałaby podstawy wystąpić o reparacje wojenne od Niemiec. Minister Macierewicz już oświadczył, że z pewnością tak.

Na początku lipca w tym samym tonie wypowiedział się poseł Kaczyński. Wyjątkowo agresywna wypowiedź ministra Kownackiego o tym, że dzieci i wnuki niemieckich faszystów nie mają prawa pouczać Polaków o demokracji, też nawiązuje do słów Kaczyńskiego z lipca.

Co za tym stoi?

Co za tym stoi? Prócz bezsilności na pewno frustracja wynikająca z zainteresowania mediów niemieckich informacjami z Polski o znajomościach Macierewicza i Kownackiego z Rosjanami i ich współpracownikami w Polsce. Mentalność spiskowa podpowiada obu pisowskim dygnitarzom, że to właśnie Kreml chce przy pomocy mediów ich skompromitować, bo skutecznie bronią polskiej niepodległości w przymierzu z Waszyngtonem.

W obozie pisowskim niechęć do Niemiec Angeli Merkel jest stałym fragmentem gry politycznej. Szef Rady Europejskiej w propagandzie pisowskiej jest posłusznym wykonawcą polityki niemieckiej wobec Europy i Polski. A same Niemcy są przedstawiane jako zagrożenie dla naszych interesów.

Choćby w kontekście pisowskich deform państwa i prawa, od których Berlin i Bruksela starają się odwieść obecne władze w związku z ich charakterem, godzącym w wartości europejskie i europejskie bezpieczeństwo. Tymczasem Warszawa odmawia współpracy, tak jakby traktowała Unię jako organizm obcy i wrogi.

Tak będą też odebrane w Berlinie hasła o reparacjach: jako środek nacisku lub szantażu, by Unia nie zajmowała się deformą trójpodziału władz i innymi kwestiami praworządnościowymi w naszym kraju.

To niebezpieczne, bo sprzeczne właśnie z polskimi interesami. Godnościowa retoryka pisowskiej Warszawy nie zmieni faktu, że to demokratyczne Niemcy, nasz sąsiad i największy partner handlowy, były najpierw adwokatem naszego członkostwa w UE, a dziś są po raz pierwszy w naszych historycznych relacjach sojusznikiem, a nie zagrożeniem od zachodu, gotowym do współpracy z rosyjskim zagrożeniem od wschodu.

Prowokowanie Berlina i Brukseli nie ma sensu. Karta antyniemiecka nie jest przepustką do rozmów o reformie UE i przyszłości Europy z naszym istotnym udziałem.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj