Premier wspiera Macierewicza w sporze z Dudą
Beata Szydło przez kilkanaście dni nie powstrzymała konfliktu, który w efekcie wymknął się spod kontroli. Teraz nikt się nie kwapi, by pierwszy wyciągnąć rękę.
Spór Dudy z Macierewiczem umocnił podział, który obserwowaliśmy po wetach prezydenta wobec ustaw sądowniczych.
MON/Flickr CC by 2.0

Spór Dudy z Macierewiczem umocnił podział, który obserwowaliśmy po wetach prezydenta wobec ustaw sądowniczych.

Jeśli oświadczenie rzecznika rządu Rafała Bochenka miało pokazać panią premier jako troskliwą opiekunkę dialogu i współpracy na szczytach władzy, to... nie wyszło. Jest w nim oczywiście wezwanie do porozumienia, ale jest też jasno pokazane, kto komu ma się podporządkować i kto komu ustąpić. Według pani premier po stronie MON wszystko jest w porządku, a prezydent mógłby nie przeszkadzać.

„W opinii Premiera postępowanie to nie powinno mieć wpływu na procedurę dotyczącą awansów generalskich, która leży w gestii Pana Prezydenta” – to kluczowe zdanie i jasny dowód, że Beata Szydło stanęła po stronie swojego ministra. Sugeruje też, że rząd widzi wstrzymanie awansów głównie jako odwet głowy państwa za odebranie dostępu do informacji niejawnych generałowi Kraszewskiemu z BBN. Pani premier o sprawie wie, nawet ją sprawdziła i nie dopatrzyła się nieprawidłowości.

Spór o nominacje generalskie umocnił podział

Najciekawsze jednak, że Szydło przyznała, iż o konflikcie o Kraszewskiego i reformie dowodzenia wie „od kilkunastu dni”, kiedy to miała „wysłuchać wątpliwości” prezydenta i pytać o działania SKW Antoniego Macierewicza i Mariusza Kamińskiego. Fakt, że przez ten czas nie zrobiła niczego, by zapobiec zbliżającej się nieuchronnie eskalacji, świadczy nie najlepiej o jej możliwościach – lub chęci – wpływu na sytuację. Pani premier pokazała niemoc, która jednak przecież nie jest zaskoczeniem.

Spór Dudy z Macierewiczem umocnił podział, który obserwowaliśmy po wetach prezydenta wobec ustaw sądowniczych. Rząd PiS już nie postrzega prezydenta jako sojusznika, chwilami widzi w nim wręcz wroga, a przynajmniej – zawalidrogę. Rząd to reformatorzy zmieniający kraj – w tym przypadku wojsko – dla dobra „Polek i Polaków”, a w Pałacu Prezydenckim jakieś złogi ją blokują. Nawet już dokładnie wiadomo, jakie.

Jakie są źródła sporu między MON a Pałacem Prezydenckim?

Wiceminister obrony Tomasz Szatkowski udzielił resortowej „Polsce Zbrojnej” wywiadu, w którym wskazał jedno ze źródeł problemu: propozycje BBN w sprawie struktury dowodzenia są powieleniem koncepcji generała broni Mirosława Różańskiego, współtwórcy obecnej struktury, którą MON uznaje za dysfunkcjonalną. Chodzi o dowództwo sił połączonych, którego umieszczenia w nowym systemie domaga się prezydent. Szatkowski odpowiada: „utrzymanie w wojsku dużej struktury, podobnej do obecnego Dowództwa Generalnego połączonego z trzonem Dowództwa Operacyjnego (...) oznaczałoby utrzymanie dualizmu dowodzenia armią. A właśnie od tego chcemy odejść w przygotowanym przez nas projekcie". Więc, choć wiceminister za chwilę deklaruje, że „MON nie było i nie jest dogmatycznie przywiązane do swoich propozycji”, to jednak zgodę na główny postulat prezydenta zdaje się wykluczać.

Różański jest postacią, która ma wyjątkowo złe notowania u obecnego kierownictwa MON. Jego demonstracyjne odejście w proteście przeciwko polityce Macierewicza zostało potraktowane jako policzek – i zdaje się, że pozostawiło uraz wręcz osobisty. To też postać charyzmatyczna, umiejętnie budująca swój wizerunek za czasów kierowania Dowództwem Generalnym, jak i po zdjęciu munduru. Różański często i czasem ostro komentuje politykę resortu, a nawet deklaruje, że byłby gotów wrócić do służby w razie zmiany układu władzy. Ostatnio mówił o tym na Przystanku Woodstock. Jakiekolwiek podejrzenie o pozostawanie pod wpływem jego koncepcji lub osobistych poglądów przyjmowane jest alergicznie na Klonowej.

Takiego pecha ma gen. Jarosław Kraszewski, który z Różańskim dobrze się zna, mało tego – według mediów jeździ z nim razem na motocyklowe wyprawy. Ale sprawa jest poważniejsza, bo przecież sam prezydent miał przecież rozpatrywać obecnie „wyklętego” generała jako kandydata na szefa sztabu generalnego. Więc sam Andrzej Duda może być „zarażony” niewłaściwymi poglądami.

Bo jeśli nie chodzi właśnie o jakieś osobiste urazy, wydaje się, że BBN mogłoby się z MON dogadać. Szatkowski deklaruje, że on i jego ludzie są do dyspozycji w każdej chwili (sam wiceminister specjalnie wrócił z urlopu). Wylicza też konkretnie, ile razy kwestie dowodzenia i całą zawartość Strategicznego Przeglądu Obronnego omawiał z Pawłem Solochem i jego podwładnymi. To, że robocze konsultacje miały miejsce przyznaje też BBN, które dziś wydało kolejne oświadczenie w tej sprawie. Konkretne rozwiązania – to jak wbudować połączone dowództwo w nową strukturę, jak je nazwać i kim obsadzić – wymagałyby pewnie jeszcze kilku narad. Tylko jakoś nikt nie kwapi się, by wykonać pierwszy krok, wybrać w komórce numer.

Może dlatego, że z obu stron została przekroczona granica tolerancji i zaufania. Prezydent już nie jest „nasz” dla twardogłowych w rządzie, z kolei Andrzej Duda uznał, że dość ma obcesowego traktowania przez ministra obrony. Kilku komentatorów głosi wręcz tezę, że zwyczajnie odreagowuje to, co traktował jako pasmo upokorzeń. Po ludzku to zrozumiałe, choć gdy robi to osoba pełniąca najważniejszy w kraju urząd wobec innego wysokiego rangą urzędnika, tego zrozumienia jest mniej. Zupełnie niestosownie robi się, gdy ofiarą zamieszania pada wizerunek wojska – wplątanego w tryby politycznej i personalnej wojny na górze.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj