szukaj
Wielki odjazd
Za granicą – według rozmaitych szacunków – przebywa obecnie od 1 mln do nawet 20 mln Polaków. Nasza diaspora co do liczebności jest już piąta na świecie. Kogo teraz odsysa z Polski świat? Owszem, hydraulików z Siemiatycz, cieśli z Podhala, pielęgniarki do Szwecji. Jadą, pracują na czarno albo legalnie, zarabiają, wracają. Ale jest też inny rodzaj emigracji: wielka ucieczka młodych i wykształconych.

Poprzednia taka fala emigrantów, dzisiejszych mniej więcej 40-latków, odpłynęła po stanie wojennym w latach 80. Co roku pakowało wtedy walizki 15 tys. magistrów i inżynierów. To tak, jakby jeden na czterech z każdego rocznika studentów zostawał emigrantem. Teraz wyjeżdża rocznie nawet po 30 tys. I z roku na rok coraz więcej. Czy to źle dla Polski? Badacze społeczni przekonują, że wręcz przeciwnie.

Robert Sławiński: rocznik 1962, wyjechał w 1991 r. Kierunek: Nowy Jork.

Paulina Mistarz: rocznik 1980, wyjechała w 2005 r. Kierunek: Londyn.

Robert nie decydował się na emigrację, po prostu po studiach wyruszył na wakacje do miasta, gdzie było już trochę ludzi z uczelni (politechnika, specjalność: wysokie napięcia, oświetlenia). I tak się zasiedział 15 lat. Już wie, że nie wróci.

Paulina kupiła w promocji bilet lotniczy w dwie strony i ten powrotny przepadł. Nie wie, czy zostanie w Londynie. Bo może za parę lat ruszy dalej. Na przykład do Nowego Jorku.

Dwie fale

Nad tamtymi, co wyjechali w latach 80., płakano, że to drenaż mózgów. Zaczęło się tuż po stanie wojennym i trwało przez 10 lat. W 1989 r. wyjechało nawet więcej magistrów, niż skończyło studia. W 1990 r. w klubie na nowojorskim Greenpoincie, gdzie w soboty zbierali się najświeżsi emigranci, można było odnieść wrażenie, że wszyscy najładniejsi, najmądrzejsi i najbardziej udani uciekli z Polski. Co ich wygnało? Owszem, stan wojenny. Ale jeszcze bardziej brak perspektyw, krach socjalistycznej gospodarki, bieda, szarość, kartki na wszystko.

To drugie pokolenie ruszyło w 1997 r. bez specjalnych politycznych przyczyn. Odtąd co roku liczba magistrów emigrantów rośnie o jakieś 10 proc. i trend się zapewne utrzyma. W badaniach przeprowadzanych wśród studentów renomowanych warszawskich uczelni w 2002 i 2003 r., niezależnie przez Student News i Instytut Socjologii UW, przez firmę Pricewaterhouse i Pentor, wynika, że od 40 do 68 proc. z nich poważnie myśli o emigracji. Stałej lub czasowej.

Dziś młodzi jeżdżą głównie do Londynu, bo tam już mają znajomych ze studiów. Na oko w tym mieście Polaków jest więcej niż Anglików. Co prawda, ta polska masa wydaje się nieładna, głośna oraz brudna, bo szybciej niż liczba emigrantów inteligentów rośnie liczba wyjeżdżających desperatów. Ale też ci piękni, młodzi i wykształceni po prostu udają nie-Polaków. Jak Paulina, która na ulicy celowo nie używa polskiego. Decyzję wyjazdu podjęła, gdy do niej dotarło, że – jak mówi – w życiu nic już jej nie czeka. Miała 24 lata, dyplom z zarządzania, dwa lata na muzykologii i dwie prace, co pozwalało się utrzymać. Ale w tej jednej, gdzie od trzech lat z powodu redukcji spadały na nią obowiązki kolejnych zwalnianych kolegów, po raz kolejny z rzędu nie dali umowy na czas nieokreślony, choć prosiła, że jeśli już nie podwyżka, to chociaż ta stała umowa, bo wówczas można wziąć kredyt na mieszkanie. Paulina zabrała chłopaka, magistra filozofii i anglistę. Pół roku przed nimi pojechali znajomi.

Jeszcze pod koniec lat 90. polscy socjologowie wróżyli zmierzch emigracyjnych wyjazdów Polaków. Im bardziej równaliśmy poziomem cen i płac oraz stylem życia do Europy, tym mniej miało się to opłacać. Wyjazd przestawał kojarzyć się z sukcesem. Tak wynikało z badań socjologicznych. Był moment, gdy młodzi ludzie nie wymieniali emigracji jako życiowej strategii.

Skąd więc ta zmiana? Dr Paweł Kaczmarczyk z Ośrodka Badań nad Migracjami mówi, że zagranica zaczęła się przybliżać. Bo tanie linie, tani operatorzy telefoniczni i tak dalej. Zanikać zaczęły granice formalne, bo w trzech krajach (Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja), a od maja tego roku zapewne także w pięciu kolejnych (Finlandia, Dania, Belgia, Włochy, Portugalia), Polacy nie potrzebują już zezwoleń na pracę.

Dr Tomasz Marciniak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu dodaje, że dzięki telewizji satelitarnej oraz Internetowi znikają granice mentalne. Dziś z jednej strony, łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej można być Turkiem, żyć turecką kulturą i mówić tylko w tym języku, nawet gdy urodziło się w Berlinie, z drugiej zaś – ujednolica się styl życia. Tyle że następuje to – by tak powiedzieć – warstwami społecznymi. Toteż dzisiejszemu studentowi z Wrocławia bliżej do studenta z Berlina niż do swojego krajana hydraulika.

Obecnie zatem socjologowie przekonują raczej, że XXI w. będzie wielkim wiekiem migracji, a młodzi będą ruszać do Londynu, tak jak kiedyś ruszali z Kaszub do Warszawy.

Ilu nas na świecie?

Polska zaczęła ten wiek awansem na piąte miejsce wśród krajów z najliczniej rozsianą diasporą. Według organizacji polonijnych jesteśmy na tej liście tuż po Irlandczykach, Żydach, Ormianach i Albańczykach, ale już przed Portugalczykami.

Cała polska diaspora według tychże organizacji polonijnych liczy ponad 20 mln osób. Ale z liczbami jest problem. Główny Urząd Statystyczny podaje zupełnie inne – 1 mln 400 tys. emigrantów czasowych (także tych, którzy za granicą przebywają 12 lat i dłużej) i trochę ponad 20 tys. wyjeżdżających rokrocznie na stałe.

Organizacje polonijne liczą bardzo elastycznie; wliczają np. do puli także polskie dzieci urodzone już na obczyźnie, ale czujące się Polakami. GUS tylko te osoby, które są wciąż zameldowane w Polsce i – albo zostały w czasie Narodowego Spisu Powszechnego wskazane jako przebywające za granicą przez kogoś z domowników, albo też się wymeldowały z polskiego adresu i zameldowały pod nowym poza Polską. Gdzieś pomiędzy tymi dwoma szacunkami są obliczenia Ośrodka Badań nad Migracjami UW.

Tak czy inaczej Polaków na świecie jest co najmniej kilka milionów. Liczba migrujących co roku: 550–600 tys. osób (z czego 350 tys. legalnie). Jak zauważa ośrodek, w 2001 r. zaczęła gwałtownie rosnąć liczba krótkotrwałych emigracji. W 2004 r. takie właśnie wyjazdy stanowiły już około 70 proc. wszystkich, czyli trzy razy więcej niż w 1999 r.

Najmniej skorzy do powrotu są magistrowie. Większość Polaków jeździ do Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Portugalii i USA, a teraz także do Wielkiej Brytanii. Większość magistrów właśnie do tej ostatniej.

Najwięcej Polaków (to znów dane organizacji polonijnych) mieszka w Stanach Zjednoczonych (10 mln 600 tys.), Niemczech (2 mln), Brazylii (1 mln 600 tys.), Francji (1 mln 50 tys.), Kanadzie (850 tys.). Liczna jest też polska mniejszość na Białorusi i Ukrainie, ale to już oczywiście problem pozaemigracyjny. W ciągu ostatnich lat do listy najbardziej oblężonych dołączyła Wielka Brytania (300 tys.) oraz Belgia (około 100 tys. polskich pracowników). O emigrantach do tych krajów socjologowie mówią, że w ciągu kilku lat doprowadzili do zetnicyzowania paru zawodów. To znaczy, że jeśli powstaje jakieś nowe stanowisko pracy dla pani sprzątającej albo budowlańca, to prawie na pewno przypadnie ono Polce lub Polakowi. Pod warunkiem, że wiążą ich odpowiednie układy z grupą – polską – trzymającą miejsca pracy.

Od wejścia do Unii powoli przejmujemy też: obsługę naziemną na podlondyńskim lotnisku Heathrow (skąd Polacy wyparli Hindusów), obsługę irlandzkich promów (gdzie Polacy wymienili pół tysiąca Irlandczyków), posady kierowców publicznych autobusów miejskich w całej Anglii, praktyki lekarskie w pasie przygranicznym w Niemczech (w samej Meklemburgii pracuje ponad 80 polskich lekarzy). I kliniki dentystyczne. Jest już jedna w Sztokholmie zatrudniająca tylko polskich lekarzy. Polscy lekarze zarabiają mniej niż koledzy, ale na tyle dużo, żeby tam żyć i się utrzymać.

Dostać salary

To jest niezły wstęp do nowego rozdziału w historii polskich migracji. Bo dotychczas wyjazdy Polaków za granicę zawsze się wiązały z obniżeniem statusu społecznego. Z badań dr. Pawła Karczmarczyka z Ośrodka Badań nad Migracjami wynika, że 65 proc. imigrantów pracujących w Niemczech na zawsze utykało na posadach niewykwalifikowanych robotników (choć wśród Niemców taką pracę miało tylko 35 proc.). Status był dziedziczny, tylko 5 proc. emigranckich robotniczych dzieci znajdowało lepszą pracę niż rodzice. Ale jeśli się nawet człowiek przebił przez ten szklany sufit, to zaraz czekał następny: stawki. Polak zarabiał mniej niż Niemiec, na stanowisku wyższego urzędnika nawet o 40 proc. W Stanach było podobnie: – Ja ze swoimi studiami nawet się nie ujawniałem, bo żaden boss nie wierzył, że ktoś, kto jest specjalistą od wysokich napięć, będzie chętnie pracował jako prasowacz swetrów – opowiada Robert Sławiński. – A współpracownicy, nawet bez szkół średnich, patrzyli spode łba na inżynierka. Dłużej, powiada, nie chciał być skrytoinżynierkiem wśród roboli, sporządził więc portfolio i został przyjęty na grafikę trójwymiarową na akademię sztuk pięknych. A potem potoczyło się: w końcu trzeba było znaleźć taką pracę, żeby utrzymać się na studiach, i po trzydziestce został kimś w rodzaju detektywa sztuki. Sprawdzał na zlecenie na przykład domu aukcyjnego, czy ta i ta rzecz istotnie mogła być wyprodukowana w tym i tym miejscu, w tym i tym roku. Dziś już ma uznane nazwisko.

Właściwie wszyscy ci, którzy odnieśli za granicą jakiś sukces, przeszli podobną drogę. W grupie przyjaciół Wojciecha Wilka (rok urodzenia 1963, rok wyjazdu do Stanów 1990) są lekarze, menedżerowie i właściciel galerii. Wszyscy – utrzymując się na początku z zajęć w rodzaju wydawania kanapek w barze – robili jakieś amerykańskie studia.

Być może podobnie będzie więc z tymi z nowej emigracji, którzy też masowo na coś się zapisują. Trend widać w statystykach: liczba Polaków na zagranicznych studiach podwoiła się w cztery lata i w roku szkolnym 2005/2006 na świecie było ponad 26 tys. polskich studentów. W samej Wielkiej Brytanii jest ich teraz dwa razy więcej niż dwa lata wcześniej, ale tylko 38 osób pojechało do szkół w ramach polsko-zagranicznych programów wymiany, cała reszta – na własną rękę.

Punkt startu młodych z emigracji 2005 r. jest już inny. Od kiedy otwarto granice, coraz częściej dostają salary (pensja) zamiast wages (coś jak zapłata); w emigranckim slangu ta słowna różnica obrazuje podział na obywateli w lepszej i gorszej sytuacji życiowej, bo tylko salary oznacza bycie w oficjalnym obiegu. Kłopot w tym, że jeśli już ktoś dostaje tę salary, to czy będzie miał odwagę, by zaniedbać pracę na rzecz nowych, tym razem zagranicznych studiów?

Paulina głównie nie ma czasu. Myślała o szkole tańca, ale potem w metrze znalazła gazetę z ogłoszeniem. Zadzwoniła, i choć szef uznał, że nie będzie z niej dobra sekretarka z tym niewyraźnym angielskim, to pracę dał na próbę. A kiedy już znaleźli właściwą sekretarkę, to Paulina, żeby robić cokolwiek, zabrała się za wprowadzanie systemu przechowywania i katalogowania wielkich stosów biurowych dokumentów, które się ciągle gubiły. I tak dali jej podwyżkę oraz stałą umowę. O sobie mówi więc szczęściara, ale pracuje po sześć dni w tygodniu po kilkanaście godzin. Wykazuje się, bo skoro jej dali szansę, to musi.

Tkanie sieci

Dr Paweł Kaczmarczyk ocenia, że możliwość łatwego podjęcia legalnej pracy, rzecz jasna, zmienia sytuację emigrantów. Tych z wyższymi kwalifikacjami – na lepszą. Tych ze średnimi – na pewno na bezpieczniejszą. Legalnie zatrudnieni robotnicy oraz częściej mają odwagę protestować. W 2005 r. w Anglii polscy pracownicy magazynów zastrajkowali, domagając się respektowania czasu zatrudnienia. W irlandzkim Tesco w tej samej sprawie zorganizowali pikietę i sprawa skończyła się w sądzie, gdy polskich pracowników wsparły tamtejsze związki zawodowe.

Częściej jednak zagraniczni związkowcy protestują przeciwko zatrudnianiu Polaków, choć nieoficjalnie, bo głośno „w imię solidarności zawodowej” postulują, żeby zatrudniać gości zza granicy za te same stawki. Takie protesty miały miejsce w każdym z państw, które w 2004 r. otworzyły dla Polaków granice.

– Ale dla tych bez kwalifikacji oraz siły przebicia otwarcie rynków to katastrofa. Zaczną z nich wypadać – opowiada dr Paweł Kaczmarczyk. – Bo legalna praca oznacza wyższe koszty. Tymczasem od Polaków tańsi będą Ukraińcy.

Może to i lepiej? Niejedna europejska gospodarka uzależniła się od emigrantów robotników bez kwalifikacji i choć rządy próbowały ukrócić ich napływ, to się już nie udawało. Efekty były złe: gospodarka dalej zasysała tanich pracowników, tyle że na czarno. Gdy było za dużo chętnych, pojawiała się mordercza konkurencja. A w szarej strefie, czyli wśród ludzi przeświadczonych, że nie mogą pójść na policję czy do sądu, zawsze oznacza wzrost patologii. Sąsiad, w Polsce uczciwy i życzliwy, w tamtym drugim państwie wygryza z pracy albo nasyła zbirów za działkę od zrabowanych sąsiadowi pieniędzy. Zaczyna się handel pracą (konkretnie informacjami, gdzie jest wolne miejsce pracy, co kosztuje w Belgii średnio 1 tys. dol.). I kanciarstwa. Jak wynika z badań prowadzonych pod koniec lat 90., każdy polski emigrant został przynajmniej raz dotkliwie oszukany przez krajana.

Tymczasem to, że ktoś jedzie, bo już pojechał ktoś drugi – sąsiad, kuzyn – w socjologii nazywa się siecią. Polskie sieci w latach 90. (w czasach morderczej konkurencji) zupełnie się popsuły. A mimo to, jak wynika z badań, w tamtym czasie samo istnienie sieci zaczęło przesądzać o tym, że ktoś pakował walizkę. Przesądzało w większym stopniu niż sytuacja na polskim rynku pracy, sytuacja życiowa danej osoby czy liczba dzieci na utrzymaniu.

Weźmy jedną z polskich sieci – w Islandii. Dziś jest tam kilka tysięcy Polaków. Zaczęło się tak: dwojgu islandzkim turystom w miejscowości Stare Juchy koło Ełku zepsuło się auto. Mieszkańcy pomogli naprawić, niebawem był ślub panny ze wsi z chłopakiem z samochodu. Panna młoda do kraju męża sprowadziła swoją matkę, która znalazła w Islandii pracę dla sąsiadek. I tak na stałe wyjechało ze Starych Juch do Islandii już 40 proc. rodzin.

Jeszcze dwa lata temu Polacy jeździli do Islandii głównie do pracy w fabrykach ryb. I głównie byli to przybysze z północno-wschodniej Polski. A potem ruszyła budowa gigantycznej huty stali w Reydarfjördur we wschodniej części wyspy i firma stawiająca tę hutę zdecydowała się właśnie w Polsce przeprowadzić nabór pracowników. Pojechało 600 osób ze Śląska. Stworzyli nową odnogę sieci, już dziś prężniejszą. Samoloty, które firma czarteruje dla polskich pracowników, latają właśnie do Katowic.

Nowe oczka

Stare popsute sieci same zetleją, zapewne także z powodów finansowych. Z badań Ziemowita Hirszfelda z Ośrodka Badań nad Migracjami wynika, że średnio z jednego kilkumiesięcznego wyjazdu pod koniec lat 90. przywoziło się do Polski około 12 tys. zł. Od lat ta suma się nie zmienia. Pieniądze przeznacza się głównie na życie, ewentualnie remonty. Ale domy w podlaskich Mońkach (typowym miasteczku, które zawsze miało swą emigracyjną sieć, najpierw w USA, ostatnio głównie w Belgii) w większości zostały już wyremontowane. Tylko 9,3 proc. reemigrantów jakkolwiek zainwestowało przywiezione pieniądze, zapewne dlatego, że było ich za mało. Zbigniew Męczykowski, burmistrz Moniek, skąd jeszcze niedawno jeździło do Belgii ponad 40 proc. rodzin, nie może przypomnieć sobie nikogo, kto by pojechał akurat w ostatnim czasie. Dorastające teraz monieckie pokolenie, opowiada burmistrz, wybrało raczej wyższe studia w dużych polskich miastach.

W miejsce starych sieci powstają nowe. Tyle że używane już przez innych ludzi. Te, które właśnie powstają, mają swoje początki gdzieś tam w akademikach. Po otwarciu granic zaczęło na przykład działać na polskim rynku kilkanaście firm, które się specjalizują w wysyłaniu polskich studentów oraz magistrantów na staże do zagranicznych firm. Odpłatnie. Lecz za to po rocznym stażu można już zacząć legalną pracę w każdym z państw Unii Europejskiej, nawet tym, które formalnie nie otworzyło jeszcze swojego rynku pracy. Już wiadomo, że osiedleni stażyści tą samą drogą ściągają z kraju następnych, którzy też zaczynają od stażu.

Każda fala sobie

Ci z nowych sieci nie wchodzą w żywsze relacje z emigrantami starszych dat. Podobnie jak ich poprzednicy z emigracyjnej fali lat 80. Pracownicy budowlani, a nawet magistrowie, nie bardzo pasowali do generałów i przedwojennych aktorek, którzy prowadzili życie towarzyskie w przedwojennym stylu, z ploteczkami nad szklaneczką whiskey. Zwłaszcza że z tymi młodszymi nie dawało się rozmawiać o polityce.

A nie dawało się. Robert tłumaczy tak: owszem, jeszcze w Polsce roznosił ulotki. Ale rozpoczynanie życia na nowo jest absorbujące, człowiek ciężko pracuje intelektualnie, obserwując ludzi, odnajdując się w nowych sytuacjach oraz towarzystwach. Walczy, by zostać zaakceptowanym, a może nawet uznanym i szanowanym. By jakoś się określić jako obywatel tej nowej ojczyzny, gdzie wokół biali, czarni, skośnoocy. Z perspektywy miesiąca wydarzenia w kraju okazują się faktami bez znaczenia.

Teraz też kolejne emigracje za bardzo się nie zbliżają. Bo emigrantów 2005 r. jeszcze bardziej interesuje lokalna kultura, skoro właśnie z jej powodu przyjechali. A więc: brytyjskie kluby, koncerty zespołów, które świetnie znają, choćby z MTV, teraz mają na żywo i z tego korzystają.

A jeśli wypadło im być tam, gdzie nie mają dostępu do kultury, to sami sobie skutecznie ją organizują. Jak na przykład grupa polskich informatyków zatrudnionych w Emiratach Arabskich, do których kilka razy w roku przyjeżdżają z koncertami najmodniejsi aktualnie didżeje z Polski i Wielkiej Brytanii.

To ostatnie pokolenie też próbuje się jak najszybciej stopić z nowym miejscem, które im imponuje. Paulina była zachwycona, gdy w metrze zobaczyła panią w futrze i letnich sandałach. Nie czuła się urażona, przeciwnie, nawet jej się spodobało, gdy drugiego dnia po przyjeździe pewna Angielka ją skrzyczała w metrze, bo nie dostała odpowiedzi, czy to metro jedzie na Baker Street. Brytyjczycy, mówi Paulina, tak podchodzą do życia, jakby i ona chciała: żyć, nie przejmować się tym, czym się przejmować nie warto.

Obecność nieobecnych

Zasadnicza różnica między dwiema ostatnimi falami jest taka, że gdy odpływała tamta pod koniec lat 80., w Polsce bito na alarm, że to drenaż mózgów, a teraz wśród badaczy migracji – pełen spokój. – W tamtym sformułowaniu był bardziej element propagandy niż diagnoza rzeczywistego zagrożenia – opowiada prof. Dariusz Stola, historyk i specjalista od migracji z Collegium Civitas w Warszawie. – „Drenują” brzmiało jak „źli kapitaliści niecnie wykorzystują”. A partia w celu podgrzania atmosfery organizowała publiczne dysputy, czy by nie wprowadzić obowiązku zwrotu państwu kosztów studiów w związku z takim wyjazdem. Ale tamten lament miał w istocie podtekst polityczny. W archiwach IPN odnalazłem dziesiątki opracowań na temat załamywania się sieci kontrwywiadowczej, bo jak upilnować taką rzeszę Polaków? Prof. Stola uważa, że Polacy, którzy zostali w kraju, skorzystali na tej fali emigracji. – Komuniści bali się dalej przykręcać śrubę, żeby im wszyscy nie pouciekali.

Emigranci mieli zbawczy wpływ na polską gospodarkę oraz życie społeczne z kilku powodów. Po pierwsze – poprzez transfery finansowe. Po drugie – funkcjonowali w roli łącznika ze światem. Tak samo stać się ma podobno w wypadku tych młodszych.

Robert opowiada, że nigdy nie zapomniał, kim jest i już w 1992 r., najszybciej jak się dało, zainstalował Internet, po to, by wiedzieć, co się dzieje w kraju. Zapisał się na strony polskich grup dyskusyjnych, gdzie wówczas bywała (wirtualnie) elita, studenci, kadra akademicka, bo głównie tacy mieli dostęp do sieci. A gdy ci z list się skarżyli, że nie mają dostępu do kultury, zaczęli z żoną, Polką, organizować „polentransport”, jak to nazywają. A więc wyszukiwali najważniejsze filmy, takie, o których na świecie właśnie się mówiło, i takie, które sami uważali za istotne, kopiowali na kasety wideo, robili opisy po polsku i wsadzali w paczki do Polski. Za darmo, dla sprawy.

Emigranci z poprzedniej fali jeszcze na jeden sposób okazali się użyteczni w kraju. Zdaniem prof. Odeda Starka, ekonomisty Uniwersytetu Warszawskiego, masowa migracja ludzi z wyższym wykształceniem w krótkiej perspektywie, istotnie, obniża poziom wykształcenia całego społeczeństwa. Ale za to w dłuższej – powoduje jego wzrost. Hipoteza Starka opiera się na prostej zasadzie: wykształcenie staje się synonimem szansy, bo skoro ktoś skończył studia, znał język, to wyjechał.

Taka masowa emigracja być może ugruntowuje w ludziach poczucie, że dzięki studiom ich dzieci będą miały o jedną życiową opcję więcej do wyboru – powiada prof. Dariusz Stola. – Czterokrotne zwiększenie się liczby ludzi z wyższym wykształceniem, najważniejszy sukces polskiej transformacji, też jest w jakiś sposób pochodną tamtej emigracji. A jak to wygląda z punktu widzenia całej gospodarki? Czy to nie marnotrawstwo, że człowiek porzuca posadę nauczyciela i zostaje pomywaczem? Ekonomista odpowie: widać w ojczyźnie jego potencjał jest gorzej wykorzystywany. A jeśli spojrzeć na światową gospodarkę jak na zbiór inteligentnych trybików, to emigracja okaże się sposobem autonaprawy systemu: kiepsko wykorzystany trybik z pożytkiem dla całego układu wpasowuje się tam, gdzie jest najlepiej wykorzystany.

Nomadzi

Sęk w tym, że trybik płaci za to pewną cenę. Na przykład tamten zachwyt Pauliny, gdy na nią nakrzyczała pani w metrze. Psychologia umie to wytłumaczyć jako element szoku kulturowego. To jego pierwsza faza – fascynacji.

Cały cykl trwa około roku. Najpierw euforia, zachwycenie nowym, lekko podszyte stresem. Mniej więcej w szóstym miesiącu – pierwszy kryzys. Człowiek jest już zmęczony tym, że wypracowane przez lata scenariusze zawodzą. Ma dość potknięć, wpadek, gaf i tego, że im bardziej czegoś chce, tym bardziej nie wychodzi. Dość kolejnych polish jokes, w których odnajduje siebie. – W Polsce, gdy człowiek dzwonił do kogoś, że jest pod domem i chciałby wpaść na herbatę, był zapraszany na górę wśród zapewnień, jak to się gospodarze bardzo cieszą z tych odwiedzin, a kiedy kupił pani w biurze czekoladki, miał jej przychylność – opowiada Anna Podgórska, studentka psychologii stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim (od osiemnastego roku życia spędzająca dużą część roku w Stanach i krajach europejskich), która prowadzi badania nad szokiem kulturowym. – Tymczasem w takiej na przykład Holandii ci wytypowani na nowych przyjaciół wymawiają się od wizyty, a pani w okienku, co mogłaby pomóc przyspieszyć załatwianie papierów, już nic nie przyspieszy, bo za te czekoladki po prostu się obraziła.

Jeśli przetrwa się ten etap szoku, przychodzi ostatni w cyklu: dwukulturowość.

Gorzej, gdy się nie uda. Polski ksiądz Andrzej Pyka, traktowany w Dublinie jak pogotowie duchowe, regularnie jeździ do szpitali do niedoszłych samobójców. Inny polski ksiądz Dariusz Kwiatkowski, wikariusz w londyńskiej parafii NMP, słynnej wśród polskich imigrantów z tego, że pomaga w kryzysowych sytuacjach, opowiada o setkach miejscowych kloszardów, którzy się wywodzą z grupy polskich magistrów. Bo to jest jednak spory psychologiczny koszt, gdy mimo studiów trzeba stanąć do pracy ramię w ramię z kimś, kto nie ma żadnych szkół, przy tych samych kanapkach i za tę samą pensję.

A więc wracać? Niestety, szok kulturowy ma jeszcze brata bliźniaka, zwanego szokiem powrotnym. Mechanizm tego drugiego bywa nawet silniejszy.

Robert opowiada, że gdy kolportował do Polski tamte filmy, żył nadzieją, że wywoła dyskusję z Polakami w Internecie, a kierowano do niego tylko prośby o kolejne tytuły. Gdy znajdzie się teraz w Polsce i siada z Polakami do dyskusji, zawsze prowadzą one podobnym szlakiem. Nie może znieść polskiej małostkowości, rozmów, które prowadzą wyłącznie do tego, by udowodnić, że ma się rację. A już szczyt irytacji, opowiada, wywołuje u niego typowy polski popis: „Nieważne, że nie mam pojęcia o czym mówię, ważne, żeby wyszło, że to ja mam rację”.

W trakcie wizyt w kraju nieprzyjemne odczucia mają nawet fizyczny wymiar. Pojawia się coś w rodzaju klaustrofobii: ktoś, kto całe lata marzył, by wreszcie zobaczyć własne miasto Białystok, po kilku dniach brał taksówkę do Warszawy. Ktoś inny, pod pretekstem pilnej pracy, chował się przed polską rodziną i obdzwaniał z komórki wszystkich bliższych i dalszych znajomych z Manhattanu.

Paulina wierzy, że w Londynie nie będzie trudniej niż podczas próby generalnej, którą był dla niej wyjazd do Warszawy na studia. Wtedy rodzinne Kaszuby okazały się uroczym, ale jednak końcem świata. Przestała tam jeździć po kilka razy w miesiącu, gdy w Warszawie zbudowało się jakieś życie: przyjaciele, mieszkanie, chłopak. Z perspektywy Londynu Warszawa nie nadaje się już do mieszkania, tak jak kiedyś Kaszuby. – Ale z badań wiadomo, że części z nas nigdy nie uda się pogodzić z tym, że nie da się żyć w dwóch kulturach naraz – mówi Anna Podgórska – i już zawsze będziemy żyli na walizkach. Tak jak mój przyjaciel, od którego się zaczęły moje badania, gdy zaczęłam szukać, co to jest, skoro i on, i ja przechodzimy to samo. On jest dobrze wykształcony, bardzo inteligentny, znalazł pracę w instytucjach unijnych. Ale tam coś nie tak, tu coś nie tak. Ciągły brak albo nadmiar. Więc co kilkanaście miesięcy zmienia miasto zamieszkania.

A zatem może takie właśnie jest przeznaczenie najnowszej emigracji: nowoczesny, panświatowy, pankulturowy nomadyzm?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj