To już rok bez Caracali. Doczekamy się śmigłowców?
W dniu kiedy Caracal zakończył z pozytywnym rezultatem testy wojskowe w Powidzu, PiS złożył dezyderat wzywający do wstrzymania postępowania.
redskin83/Flickr CC by 2.0

W dniu kiedy Caracal zakończył z pozytywnym rezultatem testy wojskowe w Powidzu, PiS złożył dezyderat wzywający do wstrzymania postępowania.

To za poprzednich rządów tej partii, po przejęciu urzędu premiera przez Jarosława Kaczyńskiego, 16 marca 2007 r., sprywatyzowano fabrykę PZL Mielec. Firmę z zasobów Agencji Rozwoju Przemysłu sprzedano solidnemu inwestorowi – amerykańskiej firmie Sikorsky Aircraft. To globalny potentat śmigłowcowy, wywodzący swoje imię od ukraińskiego konstruktora Igora Sikorskiego, który krótko po I wojnie światowej wyemigrował z Rosji do USA i ratując własne życie przed stalinowskim terrorem, zasilił technologiczną kompetencję Ameryki. Dla Mielca prywatyzacja w długim okresie okazała się bardzo korzystna, choć wówczas była ostro krytykowana m.in. przez związane z PiS środowiska prawicowe, na czele z radykalnym związkowym działaczem z Ursusa, Zygmuntem Wrzodakiem. Sprzedaż Mielca kompletnie nie współgra z obowiązującą dziś narracją o reindustrializacji, wstawaniu z kolan polskiego przemysłu i wyprzedaży majątku narodowego, jakiej rzekomo mieli się dopuszczać poprzednicy u władzy. Dlatego Mielcowi, teraz będącemu częścią jeszcze większego giganta zbrojeniowego Lockheed Martin, trzeba było obiecać deal – i to szybko. Choć fabryka i bez niego świetnie prosperuje – wykonała już ponad 300 kadłubów Black Hawków i ma pełen portfel zamówień.

Fikcyjne terminy

Ale oczywiście Świdnik też nie spał. Świetnie wypadający w mediach i zakolegowany już dobrze z posłami PiS prezes Krystowski brylował w wywiadach, na konferencjach i w telewizyjnych studiach, opowiadając o korzyściach, jakie Polsce, regionowi i jego fabryce przyniesienie nowe zamówienie. Wspierał się bogatą historią niegdyś największej fabryki śmigłowców w bloku wschodnim poza ZSRR, skwapliwie przemilczając wpadki z remontami, które skutkowały dla zakładu wielomilionowymi karami naliczanymi przez MON.

Krystowski zrobił też jednak coś, co zadziwiło konkurencję: poszedł na całość. W zerwanym przetargu startował z nowatorską, choć prototypową dopiero maszyną AW149. Przegrał między innymi przez to, że nie był w stanie zagwarantować jej dostaw w 2017 r., zresztą AW149 do dziś nie znalazł jeszcze nabywcy. Kiedy w MON zaczęła kształtować się koncepcja dzielonego zamówienia, po odrzuceniu tak zwanej wspólnej platformy postawił na stole coś, co prawdopodobnie jest najlepszym produktem w swojej klasie – AW101. Wielka, 16-tonowa, trzysilnikowa maszyna powszechnie uznawana jest za doskonały śmigłowiec morski, a jej najnowsza wersja, CAESAR, służy siłom specjalnym do akcji bojowego poszukiwania i ewakuacji. Świdnik jej oczywiście nie produkuje, AW101 powstaje w angielskim Yeovil, ale prezes zapewnia, że będzie – jeśli tylko zamówienie będzie odpowiednio duże. Dlatego zgłosił maszynę w obu rozpoczętych w lutym postępowaniach, na osiem sztuk śmigłowców dla specjalsów i cztery do ośmiu (opcja zależy od ceny) dla marynarki wojennej. W marcu zaś sprowadził wielką czarną bestię HH-101 CAESAR do Warszawy i... przewiózł samego Antoniego Macierewicza.

Po drodze fikcją okazywały się kolejne deklarowane przez MON terminy. Bez dostawy czegokolwiek minął rok 2016. Niesławny rzecznik Bartłomiej Misiewicz upierał się jeszcze, że opóźnienie jest dwu–trzymiesięczne, że śmigłowce najpóźniej wiosną nadlecą. O marcu mówił sam Antoni Macierewicz.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj