Od Smoleńska do Berlina
Na szczęście dobry prezes, chcąc zrozumieć i ukoić troski swojego ludu, przygotował mu nowy obiekt pretensji i nienawiści.

Minęły lata i stało się, co stać się musiało. Religia smoleńska zaczęła się zgrywać i murszeć. W Kościele rzymskokatolickim nawet przy kanonizacji (a jest przecież świętych na pęczki) wymagany jest cud dokonany przez lub za wstawiennictwem kandydata na ołtarze. A tutaj nic nadprzyrodzonego. Nawet źródełko nie wytrysło. O przyrzeczonych przez Antoniego Macierewicza rzekomo uratowanych z katastrofy prezydenckiego samolotu ani słychu, zresztą o tej sensacji dawno już zapomniano. Sztuczna mgła rozwiała się po przestworzach.

Jeśli chodzi o „specjalistów” powołanych przez speckomisję, każde dziecko w Rzeczpospolitej wie, iż żadna to sztuka znaleźć paru durniów i pseudoekspertów, którzy ukują każdą bujdę w zamian za chwileczkę zaistnienia w mediach (honorariów nie znamy). Nawet na Putina i Tuska pluje się teraz, czas szybko leci, z całkiem innych powodów. Najbliżsi prawdy mogą być tylko archeologowie, którzy odkopawszy za parę tysięcy lat kadłub aeroplanu, dziwować się będą, jakie to przesłanki kazały starożytnym (czyli nam) przechowywać pieczołowicie kupę pogiętego żelastwa i węsząc jakowyś dziwny kult, okażą się bodaj najbliżsi rzeczywistości.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj