szukaj
Dziura po emigrantach
Polacy jadą za chlebem. Z jednej strony – Polska i polskie rodziny otrzymują właśnie finansowy zastrzyk bez precedensu, za którym idzie wzrost płac, konsumpcji oraz zatrudnienia. Z drugiej – zaczyna nam brakować ludzi. Dziury tworzą się w usługach, handlu, budownictwie, a przede wszystkim w medycynie i nauce. Gdyby zestawić pozytywne i negatywne skutki obecnej fali emigracyjnej, to jaki byłby bilans? I co to oznacza dla tych, co tu zostają?

Najmłodsza córka z trójki dzieci państwa Wysockich, mieszkańców małego Kobysewa pod Gdańskiem, pracuje w Hongkongu. Starsza – w handlu, jeździ po świecie. W tym miesiącu był Frankfurt via – tak się złożyło – Hongkong. Syn pracuje w Kartuzach na Kaszubach, ale był w Wielkiej Brytanii, Holandii i Hiszpanii. – Tyle że on spośród moich i męża dzieci najmniej się nadawał do migrowania – mówi Sylwia Wysocka, z zawodu pedagog szkolna.  I wrócił.   

Michał Garapich, badający najnowszą brytyjską Polonię, antropolog z uniwersytetu w Surrey, podkreśla specyficzną cechę tej migracji: dla nich otwarcie drzwi na Wyspy nie oznacza zamknięcia tych za Polską. Oni wciąż jeżdżą, nierzadko studiując w Polsce i pracując na Wyspach bądź odwrotnie. Kupują tani bilet do Warszawy, gdy trzeba pójść do fryzjera albo ortodonty. Bo gdyby wszyscy oni – czyli ponad 10 proc. obywateli naszego państwa w wieku produkcyjnym – naprawdę z Polski wyjechali, to byłby ubytek porównywalny ze spustoszeniem dokonanym przez II wojnę światową.

Ilu Polaków wyjechało?

W 2005 r. w Ministerstwie Pracy o pozwolenie na pracę za granicą prosiło około miliona Polaków. Zapewne chodziło o któreś z państw, które nie otworzyło rynku pracy dla przybyszów z nowych państw unijnych, jak Niemcy (gdzie od lat trwa dyskusja na ten temat, ale związki zawodowe kładą się Rejtanem, tak więc możemy się spodziewać otwarcia rynku pracy w 2011 r.). W Irlandii interesy życiowe ma jakieś 300 tys. Polaków. W Wielkiej Brytanii jest około miliona, większość przyjechała tuż po akcesji do Unii albo niewiele przed, i ciągle zjeżdżają. W brytyjskim Home Office, w urzędzie gromadzącym dane o pracownikach, zarejestrowało się 220 tys. Polaków oficjalnie pracujących, ale na jednego zarejestrowanego przypada mniej więcej trzech, którzy zapomnieli albo nie zdążyli się zarejestrować; zresztą za brak zgłoszenia nie grożą żadne sankcje, pobyt i tak jest legalny, tyle że brak rejestracji powoduje bałagan w papierach. 
 
Dziura poemigracyjna w Polsce zaczyna być bardzo widoczna. – I to nawet na ulicach – mówi prof. Krystyna Iglicka, ekonomistka i ekspert ds. demografii Centrum Stosunków Międzynarodowych. – Mój własny przykład: między podwarszawskimi Wawrem a Radością, na odcinku 15 km, w ciągu zaledwie pół roku swoje biznesy zwinęło 25 znanych mi usługodawców. Przenieśli się do Irlandii, Wielkiej Brytanii. Wyjechał chłopak, u którego zamawiałam pizzę. Potem wyjechał blacharz i zamknął warsztat, w którym naprawiałam auto. Nie ma już fryzjera. Ogrodnik, który dbał o mój ogród, też wyjechał. Ściągnął go nasz wspólny znajomy architekt krajobrazu.

Na niedobór pracowników zaczynają powoli narzekać szefowie barów i restauracji, firm budowlanych i niektórych specjalistycznych szpitali. Właściciel legendarnej gdańskiej cukierni przy Długiej w Gdańsku Zbigniew Kaliszczak mówi, że już skończyły się te czasy, gdy zatrudniał piętnaścioro młodych pracowników. Teraz za 900 zł miesięcznie nie może znaleźć chętnych, choć fakt, że za 1500 zł pewnie by ich znalazł.

W zespole zakładów neuropsychiatrycznych dla dzieci i młodzieży w Zagórzu pod Warszawą po tym, jak w ciągu dwóch lat odeszło z pracy pięciu lekarzy, dopiero po wielu miesiącach, z początkiem sierpnia 2006 r. udało się obsadzić ostatni wolny etat.

Przestała natomiast obowiązywać charakterystyczna dla migracji lat 90. prawidłowość, że wyludniają się konkretne miasteczka; kiedyś – wiadomo – całe Mońki czy Siemiatycze jechały do Belgii, a Namysłów do Niemiec. – Rodziny pakowały dobytek, sprzedawały dom, gospodarstwo albo zostawiały klucze wójtowi i jechały w nieznane – opowiada Bronisław Stoch, wójt gminy Czarny Dunajec. – Teraz jadą ludzie, którzy najpierw przez Internet szukają pracy i sprawdzają warunki. Jadą młodzi. Ruszają w przekonaniu, że sprawdzą, czy wyjdzie, i najwyżej wrócą – obserwuje wójt.

Według brytyjskiego Home Office, wśród tych, co przyjechali po 2004 r., 83 proc. nie przekroczyło jeszcze 34 roku życia, a niemal połowa nie ma 24 lat. Taka jest cała ta emigracja: głównie roczniki 1980–1986, wyż demograficzny. Wielu z nich to studenci, którzy poznali się w Warszawie czy Gdańsku, choć są z Podlasia i Podkarpacia. Służą przykładem następnym.

A gdyby wybuchła bomba demograficzna?

Część demografów jest zdania, że otwarcie europejskich rynków pracy uchroniło Polskę przed wybuchem demograficznej bomby. W 2004 r. bezrobocie wśród tych, którzy dopiero wchodzili na rynek pracy, sięgało już 40 proc. I to naprawdę była katastrofa. W dodatku o skutkach rozłożonych w czasie. Z badań na temat psychologicznych skutków bezrobocia wynika, że dla osoby, która nigdy zawodowo nie pracowała, trzy lata bezrobocia oznaczają nieodwracalne następstwa w psychice: od podatności na alkoholizm, przez problemy z prawem, utratę wiary w siebie, odkładanie na nieokreśloną przyszłość samodzielności i założenia rodziny (co się przekłada na niską dzietność), po realne kłopoty natury psychologicznej z podjęciem pracy, gdy już się taka znajdzie. – Ale nawet, gdy ci młodzi nie poznają smaku bezrobocia, to i tak nierzadko czują się oszukani. Żalą się, że nie po to latami studiowali, uczyli się języków, by teraz pracować za nędzne 1200 zł – mówi Tomasz Karoń z agencji SMG/KRC, który bada nastroje wśród młodzieży. Oszukani tym bardziej, że koledzy o 10, 15 lat starsi robili zawrotne kariery, nie będąc nawet w części tak wykształceni jak oni.

Roczniki 1980–1986, jeśli mają teraz szanse na pracę, to raczej tę za 900 zł. Ci młodzi, bez perspektyw, ruszyliby na ulice. – W badaniach oni się skarżą, że wyjeżdżają, bo w Polsce jest duszno – tłumaczy prof. Krystyna Iglicka. – I rozumieją tę duszność jako brak nadziei. A oni chcą robić plany, mieć poczucie sensu. Nie myślą w kategoriach: Zarobię i wrócę. Myślą w kategoriach: Dorobię się, ma być mały domek za miastem, rodzina, wakacje w Hiszpanii.

A więc jadą tam, gdzie jest nadzieja. Z badań uniwersytetu w Surrey wynika, że młodzi polscy emigranci nawet jeśli pracują za barem, poniżej kwalifikacji (a w barach pracuje tylko 15 proc. Polaków, większość pracuje w biurach – choć to fakt, że często na posadach sprzątaczy albo asystentów od segregowania papieru), to traktują tę pracę jednak jako awans społeczny.

Tymczasem w Polsce problem bezrobocia młodych przez jakiś czas będzie jeszcze aktualny. W 2006 r. i kilku następnych na rynek pracy będzie wchodzić po około 400 tys. absolwentów szkół wyższych i około 200 tys. tych absolwentów szkół średnich, którzy nie wybiorą studiów. Plus ponad 80 tys. absolwentów zawodówek. Razem prawie 700 tys. osób. W tym samym czasie co roku ma przybywać po około 140 tys. nowych miejsc pracy, a zważywszy efekty obecnego wzrostu gospodarczego – może nawet 170 tys. Około 300 tys. miejsc zwolnią pracownicy odchodzący na emerytury, o ile pracodawcy zdecydują się na te miejsca zatrudniać automatycznie nowych. I to tyle.

Armia młodych, pełnych energii ludzi będzie przy tym musiała stawać w szranki o pracę z ludźmi ze słabnących branż, np. z tysiącami nauczycieli, którzy będą się musieli przekwalifikować (niż demograficzny w szkołach).

Jeśli zatem młodzi wyjeżdżają, oznacza to dodatkową szansę dla tych, co zostaną. Bo bezrobocie jest zjawiskiem – rzec można – zaraźliwym. Jak wylicza Romuald Jończy, ekonomista z Uniwersytetu Opolskiego, badający skutki migracji zarobkowych dla swojego regionu, powrót jednej osoby z zagranicy na krajowe bezrobocie oznacza konieczność wpisania na listę bezrobotnych dwóch osób. Bo raz – emigranci utrzymują zazwyczaj niepracujących małżonków. Dwa – co ważniejsze – z racji braku dopływu pieniędzy na rynek spada popyt na usługi, w efekcie stanowiska pracy tracą ci, co pracują w tych usługach. Gdyby te 116 tys. mieszkańców regionu opolskiego, zarabiających aktualnie za granicą, zasiliło w Polsce szeregi bezrobotnych, to w sumie przybyłoby w Polsce co najmniej 200 tys. bezrobotnych – szacuje badacz.

Co by było, gdyby nie przysyłali pieniędzy?

W ubiegłym roku do Polski w formie prywatnych przelewów bankowych zarejestrowanych przez NBP wpłynęły 22 mld zł. Suma zawrotna, nawet jeśli w części były to spadki po zmarłych emigrantach lub zagraniczne renty i emerytury tych, którzy po latach do kraju wrócili. Tym bardziej, jeśli doliczyć jeszcze te setki milionów, jeśli nie miliardy euro, które ludzie pracujący za granicą wydali osobiście albo przywieźli w kieszeniach. (Dla porównania: w ubiegłym roku, w ramach funduszy strukturalnych, dostaliśmy możliwość wykorzystania 12 mld euro, a wykorzystaliśmy 1 mld, czyli ponad 3 mld zł).

Z koordynowanych przez OECD badań wynika, że pieniądze, które przywożą teraz w ciągu roku do kraju pracujący za granicą Polacy, równają się miesięcznym dochodom z całego polskiego eksportu. W dodatku sumy te rosną. Przez NBP przepłynęło w 2005 r. o 100 proc. więcej pieniędzy niż przed pięcioma laty. W ciągu roku, między październikiem 2004 r. a wrześniem 2005 r., jak podaje prof. Marek Okólski z Instytutu Badań nad Migracjami we wstępie do badań nad skutkami migracji dla polskiego rynku, transfery wzrosły aż do 3,5 proc. rocznej wartości całkowitej konsumpcji, w porównaniu do 1 proc. pod koniec lat 90. I to jest ekspresowa korzyść z tej migracji.

Pieniądze z emigracji to najwyraźniej odczuwalny pozytywny efekt migracji. Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, ocenia, że tylko dzięki oficjalnym transferom wzrost PKB jest o 1 do 1,5 proc. większy. Za sprawą emigrantów mamy więc – wyrażany w PKB – wzrost gospodarczy, czyli polepszanie się warunków życia, rozwój.

Na skutek emigracji nie tylko ubyło nam bezrobotnych (około 300 tys.), ale też wyrosło co najmniej 30 tys. więcej miejsc pracy. Najchętniej zatrudniają firmy produkujące sprzęt RTV, samochody i opony oraz firmy informatyczne. Mamy i wzrost płac. Średnio o 8 proc., z czego większość trafiła do inżynierów i technologów, których trudno zastąpić i których firmy postanowiły za wszelką cenę zatrzymać. I to jest też w dużej mierze efekt migracji.

Co będzie, jeśli nie będą chcieli wracać?

W perspektywie długoterminowej zależność między emigracją a rozwojem kraju nie jest taka oczywista. Romuald Jończy z Uniwersytetu Opolskiego zauważa silne powiązanie zanikania przedsiębiorczości w okolicy z wyjazdem pracowników. – Okazuje się – tłumaczy – że migracje mogą prowokować powstanie zamkniętego kręgu, utrudniającego rozwój produkcji i aktywności gospodarczej. Tak było w Opolskiem. Odpływ taniej siły roboczej zmniejszał podaż pracy. Miejscowe firmy nie mogły konkurować z tymi spoza regionu. Straciły rynek na rzecz tych z sąsiednich regionów.

Nie ma komu podejmować ryzyka, skoro ci, co mieli do tego naturalny talent, już je podjęli – po prostu wyjechali. Toteż w województwie opolskim rzecz wygląda tak: choć dochody na osobę za sprawą transferów są najwyższe (uwzględnienie 2 mld zł transferów z zagranicy lokuje województwo na pierwszym miejscu pod względem zamożności w Polsce; bez transferów zajmuje ono szóste miejsce od końca), to wartość PKB (czyli w uproszczeniu to, ile poszczególni mieszkańcy wypracowali dochodu) jest w regionie niższa od średniej krajowej. Najniższe w kraju są też wskaźniki produkcji usług; mówiąc prościej – mniej ludzi się takiej działalności gospodarczej podejmuje.

W skali kraju możemy mieć jeszcze inny problem z PKB. Żeby dogonić poziomem życia Hiszpanię czy Grecję (i żeby przestał być aktualny najważniejszy, finansowy powód migracji), powinniśmy wywindować roczny wzrost PKB do poziomu 12 proc. z dzisiejszego trochę ponad 5 proc. To oznacza, że ci, co zostali, powinni jeszcze wydajniej pracować. Nawet, jeśli wskutek różnego rodzaju reform podatkowych, dodatkowych składek i innych tego typu pomysłów, za cięższą pracę dostaną mniej pieniędzy. Kolejna sprawa: ubezpieczenia społeczne. W krótkiej perspektywie ZUS raczej nie odczuwa kłopotów związanych z migracją, bo ci, co teraz wyjeżdżają, i tak nie byli w tym systemie. Studiowali albo nie mieli pracy, a więc nie płacili. – Ale choć reforma, która polegała na przypisaniu konkretnych kont do konkretnych osób, które niejako zbierają na swoją przyszłość, pozwoliła w dużej mierze uniezależnić system emerytalny od demografii, to jednak na bieżąco świadczenia wypłacane są z tego, co się w systemie znajdzie – tłumaczy prof. Marek Góra ze Szkoły Głównej Handlowej, współtwórca systemu. – Trzeba coś włożyć, żeby coś wyjąć.

Tymczasem za około 10 lat w wiek emerytalny zaczną wchodzić roczniki powojennego wyżu demograficznego (rodziło się wtedy ok. miliona ludzi rocznie) i zderzą się z niżem wchodzącym akurat w wiek produkcyjny (w 1995 r. urodziło się 433 tys. dzieci). O ile teraz na jednego emeryta zarabia pięć osób pracujących, w 2020 r. będą to już tylko trzy osoby. A jeśli ZUS będzie miał problemy z wypłatą świadczeń, to trzeba będzie dodatkowych miliardów szukać w budżecie. A to oznacza drastyczne cięcie wydatków lub kolejną podwyżkę podatków. Co zapewne skłoniłoby kolejne rzesze Polaków do emigracji. Koło się zamyka. W dłuższej perspektywie byłoby więc lepiej dla nas wszystkich, żeby przynajmniej część Polaków zechciała powrócić do ZUS. Albo choć wejść do systemu, zakładając w Polsce swoje firmy.

– Z systemami emerytalnymi w Europie jest jeszcze jeden zasadniczy problem: zupełnie do siebie nie przystają – mówi prof. Marek Góra. – W dodatku są to systemy o niewiarygodnym stopniu skomplikowania i nie da się ich tak przebudować, żeby przystawać zaczęły. Trzeba głębokich reform. Tymczasem, żeby stworzyć jeden autentycznie wspólny rynek pracy, wszystkie państwa powinny mieć wspólny bądź kompatybilny z pozostałymi system emerytalny. W tej akurat kwestii to my jesteśmy do przodu: Polska, Szwecja i Łotwa mają bliźniacze systemy. To pozostałe kraje powinny równać do nas, reformując swoje. Lecz one się do tego nie palą. Wolą raczej, jak Wielka Brytania (której system emerytalny działa na starej zasadzie: ile młodzi wpłacą, tyle starzy wyjmą), ściągać do siebie imigrantów z Europy Wschodniej, dając im preferencje na rynku pracy: Brytyjczycy oficjalnie ogłosili, że w ciągu 20 lat chcą ściągnąć 20 mln ludzi z Europy Wschodniej. Za paredziesiąt lat ci Polacy będą musieli międzynarodowo udowadniać, czy w sumie – i w Polsce, i w Wielkiej Brytanii na przykład – przepracowali wystarczająco wiele lat, i składać emeryturę z kawałków każdego systemu.

Czy Polaków w Polsce zastąpią Ukraińcy?

Jeszcze jeden poważny problem: z dwóch sektorów ludzie wyjeżdżają masowo, a nie da się ich szybko i skutecznie zastąpić nowymi, bo trzeba ich najpierw wykształcić. – Nauka i służba zdrowia. W przypadku tych dwóch segmentów, skorodowanych już nierozwiązywanymi problemami systemowymi, dalszy odpływ, który niewątpliwie nastąpi, to będzie katastrofa – mówi dr Jacek Męcina, specjalista od rynku pracy z Instytutu Polityki Społecznej UW i organizacji pracodawców Lewiatan.

Posłanka Małgorzata Sadurska nawoływała niedawno w Sejmie, żeby nie robić z igły wideł, skoro pracą za granicą zainteresowanych okazało się tylko średnio 3,5 proc. lekarzy, w niektórych specjalnościach – 10 proc. A jednak trzeba pamiętać, od czego się te ułamki odejmuje. Spośród krajów europejskich tylko w Wielkiej Brytanii na tysiąc pacjentów przypada podobna liczba lekarzy co w Polsce. Jeśli chodzi o liczbę pielęgniarek, zamykamy listę: średnio w krajach Europy jest ich 8 na 1 tys. pacjentów, a u nas – 4. W Hiszpanii, drugiej od końca – 7. Jeśli rząd konsekwentnie omijać będzie problem reformy finansowej w tym sektorze, pozostaje ściągnięcie pracowników ze Wschodu. Rząd ogłosił, że te 61 tys. posad pielęgniarek, które za cztery lata – według szacunków – pozostaną puste, obejmą siostry z Ukrainy. Rząd nie wie jednak być może, że Ukraińcy – wbrew pozorom – wcale się aż tak bardzo nie garną do pracy w naszym kraju. Z prowadzonych przez ukraińskich socjologów badań wynika, że Polska traci na atrakcyjności – w kilka lat spadła z pierwszego miejsca na szóste wśród państw wymienianych jako cel migracji zarobkowych. Ukraińskie pielęgniarki znają angielski wcale nie gorzej od polskich.

W dodatku pierwsze oficjalne rozmowy ze stroną ukraińską na temat pomarańczowej wizy, jak się miało nazywać udzielane zbiorowo pozwolenie na pracę w Polsce, zawieszono. Miało to wyglądać tak, jak od lat ćwiczymy z Niemcami: zapotrzebowanie na pracowników zgłaszamy ukraińskim urzędom, tam załatwiane są formalności. Polskie związki zawodowe stawiają jednak weto, uznając, że Ukraińcy obniżą płace Polakom.

Popyt na ukraińskich pracowników byłby także w innych sektorach. Na przykład budowlanym i rolnym. – Jeszcze w ubiegłym roku najwyżej jedna, góra dwie firmy w ciągu miesiąca sygnalizowały zamiar oficjalnego zatrudnienia Ukraińców – mówi dyrektor powiatowego urzędu pracy w Opolu Antoni Duda. – Teraz takie sygnały trafiają do mnie kilka razy w tygodniu. Jedna z nich chce ściągnąć aż 400 osób.O wakatach w rolnictwie ostatnio zrobiło się głośno za sprawą Samoobrony, walczącej o prawo do zatrudniania ukraińskich pracowników przez polskich rolników.

Co się stanie, kiedy zabraknie nam naukowców?

Z nauką rzecz też ma się kiepsko. Przykład z życia dr. Jacka Męciny: spośród tych sześciu osób, które wyjechały z Polski na stypendium von Humboldta, wrócił tylko on. Reszta jest teraz w Stanach. Ludzie z jednego rocznika biochemii w Krakowie spotykają się dziś w Internecie na forum polskich naukowców. Są tam też neurobiolodzy, specjaliści medycyny molekularnej, chemicy, immunolog, archeolodzy. Około 50 osób, które siebie nazywają postdocami, od angielskiego skrótu „staż po doktoracie”. Żaden nie pisze z Polski. Gdy na początku czerwca na internetowym forum naukowców polskich poruszono wątek o zapowiadanym w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego projekcie ściągania na powrót tych wybranych naukowców za dwukrotną profesorską pensję (6 tys. brutto, plus drugie tyle za kierowanie projektem badawczym), większość forumowiczów pisała o tym bez entuzjazmu. Że pensja może wystarczająca, ale pytanie zasadnicze – czy na samą naukę też coś przewidzieli? Na komputery, odczynniki, enzymy i tym podobne sprawy. Na badania. Bo, pisali młodzi naukowcy, raczej nie da się robić porządnych badań za dostępny na polskich uniwersytetach budżet. Pytali też, czy przewidziana jest zmiana stosunków w polskich instytutach, to znaczy, czy ludzie zamiast głupio rywalizować i podkładać świnie, będą sobie pomagać. – Niedoinwestowanie nauki to jest prosta droga, żeby – jak kraje Trzeciego Świata – stać się rezerwuarem taniej siły roboczej – mówi ekonomista, reprezentant Polski w Radzie Europy prof. Jerzy Regulski. – W tamtych krajach istnieje bezpośredni, oczywisty związek między migracją a brakiem rozwoju, bo wskutek uwarunkowań geopolitycznych nie ma tam kto tworzyć szans na szybszy rozwój. Ale przecież Polska jest członkiem Unii Europejskiej, a nie krajem Trzeciego Świata. My powinniśmy prowadzić jednak jakąś politykę gospodarczą i ludnościową, i jeśli eksportować mózgi, to w tym nowoczesnym stylu, wedle którego naukowcy ruszają za granicę po to, by się kształcić, a nie zarabiać na życie.

Zresztą rządowe plany ściągania mózgów z powrotem nie okazują się specjalnie konsekwentne. Zaraz po tym, jak Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło, że chce zachęcać naukowców do powrotu, rząd zdradził, że ma plany zakazać naukowcom pracy na więcej niż dwóch uczelniach, bijąc tych pracujących w Polsce mocno po kieszeni, a w większości wypadków – ograniczając im rozwój. Bo tak to teraz jest w wysoko rozwiniętej nauce, że się trochę pracuje w Kalifornii, a trochę w Genewie.

Ile płacić, żeby ludzie wracali?

Wiadomo, że dodatkowym kosztem wyjazdu jest rozłąka z rodziną, przyjaciółmi. Życie poza sferą własnego języka. Romuald Jończy sprawdził, przy jakiej wysokości dostępnych w Polsce zarobków ci, którzy już wyjechali, mogą uznać, że jednak opłaca się wrócić.

Tą kwotą jest średnio 2150 zł netto (2230 zł dla mężczyzn i tylko niewiele ponad 1500 zł dla kobiet). To nie tak znów dużo, jeśli pamiętać, że dziś najniższa płaca wynosi 900 zł. Lecz pracodawcę pracownik kosztuje prawie dwa razy tyle. – Od lat wiadomo, że w interesie całej gospodarki należy jak najszybciej obniżać podatki, by ludzie mieli więcej pieniędzy w portfelach – mówi prof. Regulski. – Że trzeba obniżać narzuty na płace. Jacek Męcina jest autorem symulacji, z której wynika, że wyciągnięcie najniższych pensji do poziomu 1200 zł netto byłoby korzystne dla całej gospodarki. Nie chodzi, broń Boże, o to, żeby majstrować w ustawach, każąc pracodawcy płacić ludziom więcej. Idzie o to, by zdjąć tak zwany klin podatkowy: pozwolić, by pensje wzrosły o część tych obowiązkowych składek, które pracodawca i tak musi odprowadzać. To pozwoliłoby część ludzi wyciągnąć z szarej strefy, gdzie zarabiają te 1200 na rękę. Kłopot w tym, mówi dr Jacek Męcina, że w początkowej fazie państwo by traciło, operacja przyniosłaby korzyści dopiero po trzech latach, tymczasem kolejni ministrowie finansów operują perspektywą jednoroczną, w której – istotnie – nic konstruktywnego nie da się zaplanować. – Mamy błędne koło: im bardziej obciążamy pracę dodatkowymi kosztami, tym więcej mamy powodów, żeby ją obciążać – tłumaczy. – W tej chwili to nie bezrobocie jest głównym problemem naszej gospodarki, lecz przerażająco niskie wskaźniki zatrudnienia. Całe rzesze aktywnych zawodowo trzeba utrzymać na wcześniejszych emeryturach albo z pomocy społecznej. I to tych ludzi w pierwszej kolejności należy aktywizować. Wprowadzać elastyczne formy zatrudnienia, rezygnować z pracy subsydiowanej, czyli na przykład robót interwencyjnych na rzecz wspierania tworzenia stanowisk pracy.

Weźmy 50-, 60-latków: w Europie pracuje ponad 40 proc. osób w tym wieku, w Polsce tylko ponad 20 proc. Reszta utrzymuje się ze świadczeń finansowanych przez tych pracujących i z tego, co dadzą dzieci. Życie bez pracy na wyłudzanych zasiłkach stało się stylem życia bardzo wielu Polaków z enklaw biedy. Marnowanie życia jest dziedziczone z pokolenia na pokolenie.

Czy emigracja szkodzi emigrantom?

A ci, co wyjechali? Wśród polskich psychiatrów jest wielu, którzy – jak prof. Bogdan Wasilewski, specjalista od tematyki emigracyjnej – hołdują teorii, że Polacy mogą się zmarnować. Prof. Wasilewski przytacza badania, z których wynika, że Polacy gorzej niż inne nacje znoszą emigrację. Że aż cztery razy częściej niż rodowici mieszkańcy trafiają do szpitali psychiatrycznych. – Wszystko, co możemy zrobić, to ich wspierać – mówi profesor. – Oraz wspierać rodziny, które zostają w kraju. Milion dzieci, które wyjechały, oznacza milion rodzin z potencjalnym kłopotem. Trzeba uczulać pracowników społecznych, że takie osoby będą potrzebowały wsparcia, i uczyć ich, jak mają pracować z takimi rodzinami. W samym Zakopanem i okolicach takich opuszczonych jedno- lub dwuosobowych rodzicielskich gospodarstw jest prawie sto. Fakt, że większość to ofiary jeszcze tej starszej, zamorskiej emigracji – do Stanów.

Inna rzecz, że psychiatria, podobnie jak inne nauki, wciąż jeszcze pod pojęciem emigracji rozumie ten dawny, trudny model, gdy ludzie wyjeżdżali, a potem najwyżej słali koperty z pieniędzmi. – Tymczasem ci młodzi, którzy dziś od nas wyjeżdżają, unikają upokorzenia, zachowują godność – opowiada wójt Poronina Bronisław Stoch.

Wyjazd ojca czy matki na jedną rodzinę wpływa w sensie psychicznym rujnująco, drugą wręcz spaja. Jadą wszak zarabiać. Przeciągające się kłopoty finansowe są na pierwszych miejscach powodów, dla których ludzie się rozstają. A ponadto jadą przede wszystkim osoby, które jeszcze nie założyły rodzin. Sylwia Wysocka, druga mama emigrantki w Hongkongu, podkreśla, że przypadku drugiej córki, która tak ułożyła sobie zawodowe życie, że ciągle jest w podróżach, martwi się, czy aby na pewno córka znajdzie dość czasu, by nawiązać z kimś więzi. – Plusy są oczywiste – mówi. – Języki, wzmacnianie przebojowości, co się objawiało tym, że i w Polsce nasze dzieci nie miały poważnych problemów ze znalezieniem pracy. A minus jeden: brak sposobności do zakładania rodziny.

Jak podkreśla prof. Krystyna Iglicka, jeśli już gdzieś ludzie osiądą, to w kwestii warunków do założenia rodziny i wychowania dzieci kraje zachodnie mają więcej do zaoferowania niż Polska. Mimo naszego becikowego.

Niewątpliwą, choć trudną do zmierzenia, korzyścią z emigracji jest też napływ do Polski nowoczesnego stylu życia. Jak wynika z badań uniwersytetu w Surrey, aż 80 proc. Polaków w Wielkiej Brytanii czuje się przede wszystkim Europejczykami, a są tam rok, dwa. Tylko 10 proc. szuka kontaktu z Polską w tym specyficznym wydaniu: życie polonijne, działacze, zespoły folklorystyczne. Ci Polacy, tak samo jak ich brytyjscy sąsiedzi, dziwią się albo irytują, gdy czytają w „Financial Times”, że na wiceprezesa telewizji wybrano w Polsce młodego neonazistę bez większego zawodowego doświadczenia. Albo że polski Sejm wyraził oburzenie, że nam Unia wytyka nietolerancję (jak wynika z badań uniwersytetu w Surrey, 80 proc. mieszkających na Wyspach Polaków uważa krajanów nad Wisłą za nietolerancyjnych). Ta Polska, Anno Domini 2006, nie zachęca ich wcale do powrotu.

A co będzie, jeśli naprawdę wrócą?

Zanim zaczniemy bić na alarm, zastanówmy się jeszcze, co będzie, jeśli oni sami zechcą wrócić już teraz, za sprawą rządzących rynkiem mechanizmów?

To też jest realne. Z badań Trade Union Congress, brytyjskiej centrali związkowej, i z badań uniwersytetu w Surrey wynika, że średnia płaca, jaką dostają polscy emigranci pracujący w Londynie, radykalnie się obniża. W ciągu 10 lat – prawie o połowę. Jeśli sprawdzić, jaka kwota sprawia, że Polacy decydują się pracować tam, okaże się, że dla ludzi z wyższym wykształceniem pracujących w Niemczech to będzie 6946 zł, a dla pracowników z podstawowym o 1000 zł mniej. Dla Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii – zważywszy na wyższe niż w Niemczech koszty utrzymania – byłoby to pewnie około 8–9 tys. zł. Przy aktualnej typowej dla Polaków stawce za godzinę – 5,40 funta, oznacza to, że aby to minimum zarobić, trzeba pracować po 10 godzin dziennie 5 dni w tygodniu. Dużo. Jeśli trend obniżania płac i zwiększania się dostępnej ilości miejsc pracy się utrzyma, to ten polski zryw odwagi w układaniu życia, który należy docenić, może się okazać pułapką: tam się mało zarabia, tu wcale nie ma pracy. Co wówczas? Armia na garnuszku pomocy społecznej? Podwójnie rozczarowanych.

A może powinni zostać?

Jeśli chodzi o stosunek polityków do najnowszej fali emigracyjnej, jest on właściwie trudny do rozszyfrowania. Wszyscy leją łzy, ale raczej krokodyle. Lewica ma wygodny argument: oto do czego prowadzą rządy prawicy! Prawica gra po swojemu na patriotycznych nutach, że skoro młodzieży w miłości do ojczyzny nie wychowaliśmy, to – proszę bardzo – uciekają. Jest tu pewien paradoks, z którego rząd być może zdaje sobie sprawę. Ta część sceny politycznej, która najgłośniej nawołuje, że emigracja to upuszczanie krwi i marnowanie ziarna, ma w tym najmniejszy interes. Bo jeśli oni wrócą, to – jak zauważa politolog dr Marek Migalski – po powrocie nie będą raczej elektoratem PiS czy LPR, lecz liberałów. W końcu tam, gdzie teraz są, akurat słowo liberał świetnie brzmi.

Niemniej mają sporo racji ci, którzy nawołują Polaków do powrotu bez politycznych intencji, a mając na uwadze po prostu własne bezpieczeństwo. Za 10 lat na emerytury pójdzie wyż demograficzny i nie będzie komu na te emerytury pracować. Jeśli ci z niżu zostaną dodatkowo przetrzebieni emigracją, dziury w budżecie systemu ubezpieczeń będziemy łatać z podatków.

10 lat to dużo czasu, żeby coś wymyślić. Związać z krajem tych, którzy wyjechali. Albo nakłonić, by mieszkając tam – w Polsce założyli firmę. Oczywiście, niechby to robili z patriotyzmu, ale przede wszystkim z rozsądku.

Martyna Bunda, współpraca Paweł Wrabec


W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj