Dubaniowski Waldemar
Młodszy brat prezydenta
Nowy szef gabinetu Aleksandra Kwaśniewskiego do Pałacu Prezydenckiego wnosi energię, brak obciążających politycznych i biznesowych powiązań, otwarcie na środowiska dawnej opozycji. Nie pomoże prezydentowi w jednoczeniu lewicy. Ale może spróbować stworzyć nowe ugrupowanie.

Tuż po informacji, że prezydent rozważa powierzenie mu funkcji szefa gabinetu, zaczęły napływać pierwsze gratulacje. Wtedy przestał odbierać telefon. – Nigdy nie uprzedzam faktów – tłumaczy.

Tym razem jednak wydarzenia potoczyły się zgodnie z planem i w czwartek, 20 stycznia, choć jeszcze nie pożegnał się do końca w Exatelu, swojej dawnej firmie, oficjalnie przekroczył progi przepastnego gabinetu w Pałacu Prezydenckim. Tym samym przecięte zostały spekulacje wokół kandydatur na następców Marka Ungiera, wśród których pojawiały się nazwiska Sergiusza Najara i Dariusza Szymczychy. Nominacją Dubaniowskiego prezydent dał do zrozumienia, że bierze pod uwagę pomysł wicepremiera Jerzego Hausnera – aby zacząć przekazywać pałeczkę młodszym w sztafecie pokoleń.

Nowy szef gabinetu jest w istocie człowiekiem spoza środowiska lewicy, więc dla jej najtwardszych działaczy trudnym do zaakceptowania. Jednak tkwi w nim potencjał. Od dawna nazywano go „młodszym bratem Kwaśniewskiego” lub jego nową wersją, modelem na lepsze czasy. Bez peerelowskiego ogona, a z podobną zdolnością do zjednywania ludzi.

Piękni czterdziestoletni

Jego znajomi są jednomyślni: To druga, po ukraińskiej ofensywie dyplomatycznej, trafna decyzja prezydenta w ostatnim czasie. Maciej Strzembosz, producent filmowy, w latach osiemdziesiątych działacz opozycji, choć nieskory do pochwał dla głowy państwa, uważa, że objęcie tak ważnej funkcji przez Dubaniowskiego jest, mówiąc patetycznie, dobre dla Polski.

Dubaniowski, rocznik 1964 (wciąż jednak dostaje role „młodych zdolnych”), był i jest bezpartyjny. Poglądy polityczne woli zastępować słowami: „zdrowy rozsądek”. Należy do obecnych „pięknych czterdziestoletnich”, których podobnie jak środowisko Ordynackiej łączy pokoleniowa więź. Tyle że historyczno-kombatancka, a nie partyjno-biznesowa. Młodzieńczy bunt przeżywali wraz z Solidarnością. Studiowali, gdy generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Ich postrzeganie świata do dziś nie uwolniło się od historycznego kontekstu. Słuchali Jacka Kaczmarskiego, obalali mury. Dubaniowski mówi: – Moje pokolenie nie miało jednego momentu swego powstania. Ale najnowsza historia nas naznaczyła.

Warszawiak, którego matka działała w Solidarności, w latach 80. udzielał się w parlamencie studenckim. Był delegatem z Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji (obecnie Instytut Stosowanych Nauk Społecznych), gdzie rząd dusz sprawowała prof. Hanna Świda-Ziemba. Resocjalizacja należała do silnych ogniw uczelnianej opozycji. – Musiał być aktywny, skoro go zapamiętałem – Maciej Strzembosz, wówczas szef samorządu studenckiego na Uniwersytecie Warszawskim, poznał Dubaniowskiego właśnie wtedy.

Samorząd był dobrą szkołą. Z tej szkoły wyszły osoby aktywne publicznie, tyle że częściej lokujące się po prawej niż po lewej strony politycznej: Robert Gwiazdowski, prawnik i ekonomista, ekspert Centrum im. Adama Smitha, Tomasz Konecki, fizyk, współreżyser filmu „Ciało”, Jarosław Gugała, prezenter telewizyjny, Wojciech Maziarski i Piotr Zaremba, publicyści „Newsweeka”.

On sam sprawia wrażenie człowieka, któremu sukces przychodzi z łatwością. Nie stara się, nie walczy, nie zabiega. A i tak osiąga, co chce. Do tej pory jednak wciąż z lekkim dystansem do polityki. Niektórzy znajomi żartują, że Waldemar politycznie jest jak dziewczyna-kumpel, którą wszyscy lubią, ale żenić się nikt nie chce, a i ona nie nalega.

Krawężniki w Norwegii

W 1991 r. prawdziwym wydarzeniem był pierwszy nabór do nowej elitarnej Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, tworzonej na wzór francuskiej kuźni kadr Ecole Nationale d’Administration. Słowo „apolityczny” politycy powtarzali przy tej okazji bez opamiętania. Wielu młodych, ambitnych ludzi, bez sprecyzowanego pomysłu na życie, im uwierzyło. KSAP przeżyła oblężenie. Gdy ówczesny premier Jan Krzysztof Bielecki otwierając szkołę mówił o jej przyszłych wychowankach, że zbudują „profesjonalne państwo polskie”, Dubaniowski, świeżo upieczony student KSAP, kładł właśnie bruk i krawężniki na ulicach Norwegii. – Budowałem dom pod Warszawą, musiałem jakoś zarabiać – tłumaczy. W bliźniaku wzniesionym wspólnie z przyjacielem z podstawówki mieszka z rodziną do dziś.

Spóźnił się na rozpoczęcie roku, ale szybko objął przywództwo w grupie. Rocznik podzielił się na frakcje, a on był ponad podziałami. Lubili go wszyscy. Został starostą roku. – Ma naturalny urok osobisty. Nie zabiega o sympatię ani się nie narzuca – opowiada kolega z KSAP. – To on się uparł, by nasz rocznik nazywał się zwyczajnie „pierwszą promocją”, podczas gdy inni przywoływali Schumana – opowiada Jakub Skiba, teraz dyrektor biura administracji w warszawskim urzędzie miasta.

– W moim pokoleniu o ludziach takich jak on mówi się „biały człowiek”. Biały – bez podtekstów rasowych – znaczy po prostu porządny, niesprzedajny, nie chodzący na kompromisy. W odróżnieniu od czerwonego – ocenia Strzembosz.

Po skończeniu Szkoły, jako dyplomowany „ksaper”, przez dwa lata tułał się po Ministerstwie Przemysłu, Urzędzie Pełnomocnika ds. Integracji Europejskiej i Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów. Jego los odwrócił się, gdy w URM spotkał potężnego protektora – Marka Ungiera. To Ungier sprowadził Dubaniowskiego do Pałacu Prezydenckiego. – Obaj byliśmy sprawnymi urzędnikami, mieliśmy podobne poczucie humoru, więc porozumiewaliśmy się bez zbędnych słów – mówi Dubaniowski. Jego koledzy z pierwszej promocji poszli tą samą drogą. Władysław Stasiak jest zastępcą prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, Dagmir Długosz był wiceministrem w resorcie premiera Hausnera, Wojciech Kruszyński, wcześniej w Polcomtelu, obecnie w Exatelu, uchodzi za człowieka Wiesława Kaczmarka. Dubaniowski, jak zresztą i inni „ksaperzy”, ma żal do klasy politycznej: – Nie potrafili KSAP wykorzystać. Zagospodarować profesjonalnej elity – mówi.

Kwaśniewski umiał jednak docenić profesjonalizm. W 1996 r. Dubaniowski trafił do Pałacu; dwa lata pracy na stanowisku dyrektora biura gabinetu uważa za najlepsze doświadczenie w życiu. – Bez wątpienia była to jedna z większych przygód. Uczestniczyłem w wydarzeniach rangi historycznej.

Kwaśniewski to dla niego „prezydent” – a nie „Kwach” czy „prezio”. Zawsze i wszędzie, nawet w luźnych sytuacjach towarzyskich. Jako jedyny urzędnik po KSAP nosił w lewym uchu ostentacyjnie lśniący kolczyk. I zdjął dopiero przed wejściem do Pałacu Prezydenckiego. – Uznałem, że urzędnikowi prezydenckiemu on nie pasuje.

Siłę charakteru trenował w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. W białym pałacyku na Mokotowie znalazł się w 1998 r. z nominacji prezydenta. Ponoć to Bolesław Sulik, ówczesny przewodniczący Rady, wybłagał u Kwaśniewskiego, by przysłał wreszcie kogoś kompetentnego, nie polityka. Wybór 34-letniego urzędnika spoza układów był zwycięstwem frakcji Ungiera nad frakcją Siwca. Dubaniowski wygrał z zasłużonym dla lewicy Antonim Draganem.

W politycznej zamrażarce

Awans do KRRiTV dał mu profity – pensję ok. 10 tys. zł, prawo do kierowcy-asystenta, służbową Lancię i grzecznościowy tytuł ministra. Zajmował się nowymi technologiami i kontaktami z Unią Europejską. Dziedzinami, którymi starsi, doświadczeni politycznie medialni gracze nie chcieli zaprzątać sobie głowy. I miał czas na tenisa, pasję, która pochłaniała go od dziecka i zbliżyła z prezydentem.

W KRRiTV, gremium uchodzącym za jedno z najbardziej upolitycznionych, zachował sporą wewnętrzną niezależność. Umiał głosować przeciw wszystkim, czym dawał wyraz swoistej donkiszoterii. Jako jedyny podniósł rękę za wnioskiem na koncesję dla rozgłośni, którą chcieli stworzyć uciekinierzy z Radia Zet, z Krzysztofem Skowrońskim na czele. – Było osiem do jednego, ale wiedziałem, że w tej sprawie mam rację.

Mediom tłumaczył się: – Nie jest tak, że chodzę do Pałacu Prezydenckiego i pytam, jakie są wytyczne na najbliższe dwa tygodnie. To komfort pracy z prezydentem.

Dziennikarka prawicowego pisma wspomina, że pisząc tekst o Krajowej Radzie umówiła się z nim „z dziennikarskiego obowiązku”. Spodziewała się zastać partyjnego aparatczyka, który będzie przekonywał, że wybranie ludzi z pezetpeerowską przeszłością do regionalnych rozgłośni jest mitem. – Tymczasem on zgadzał się z zarzutem upolitycznienia mediów. Zapytałam wobec tego, dlaczego tak głosuje. Odpowiedział: – A sprawdzała pani, jak głosowałem? Okazało się, że albo nie brał udziału w tych głosowaniach, albo wstrzymywał się od głosu.

Taka postawa musiała doprowadzić do konfliktu z głównym rozgrywającym lewicy w mediach, ówczesnym sekretarzem KRRiTV Włodzimierzem Czarzastym. – Iskrzyło między nimi bez przerwy – wspomina Jarosław Sellin, członek Rady kojarzony z prawicą. Kulminacja nastąpiła w czasie przesłuchania przed komisją śledczą w aferze Rywina. Dubaniowski przyznał, że procedowanie nad ustawą o mediach miało przebieg „dziwny”. Gdy zaś Rada zebrała się po apelu prezydenta, by jej członkowie podali się do dymisji, Dubaniowski nie wahał się powiedzieć, że to wraz z Czarzastym do Krajowej Rady zawitał styl siłowego rozwiązywania problemów, zamiast szukania porozumienia.

Konflikt z ekipą skupioną wokół Włodzimierza Czarzastego przyczynił się zresztą do porażki w konkursie na prezesa TVP.

Wydawało się, że ta przegrana podetnie mu skrzydła. Będzie kresem kariery, która nabierała tempa od kilku lat. Gdy w 2003 r. Aleksander Kwaśniewski ogłosił nowe otwarcie w mediach, było jasne, że z Woronicza musi odejść skompromitowany aferą Rywina Robert Kwiatkowski, prezes TVP. Kilka miesięcy wcześniej Waldemar Dubaniowski, urzędnik prezydenta, zakończył sześcioletnią kadencję w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Fotel prezesa TVP wydawał się jak na jego miarę. Mógł spełnić ambicje, wykorzystać umiejętności.

I wtedy właśnie, ku osłupieniu mediów, jego kandydaturę storpedowała Ordynacka. Danuta Waniek, uchodząca za człowieka prezydenta, przewodnicząca KRRiTV, reżyserka „nowego otwarcia”, z własnej inicjatywy zamówiła ekspertyzę prawną, z której wynikało, że były członek KRRiTV przez rok od odejścia z Rady nie może ubiegać się o stanowisko w publicznych mediach. Gdy inni prawnicy podważyli treść tego dokumentu, w głosowaniu Dubaniowskiemu zabrakło jednego głosu – członka rady nadzorczej rekomendowanego przez Włodzimierza Czarzastego.

Lewica wolała oddać telewizję, niż wybrać Dubaniowskiego. Ale Czarzasty nadal się upiera, że to nie był dobry kandydat do TVP. Brakowało mu doświadczenia w biznesie.

Człowiek, który w opinii swych znajomych nie startuje w konkursach, w których nie wygrywa, odniósł spektakularną porażkę. – Od początku wiedziałem, że nie mogę liczyć na partyjne czy okołopartyjne zaplecze. Wręcz przeciwnie – mówi. I spróbował swych sił w biznesie. Był doradcą medialnym w Polskich Sieciach Energetycznych. Potem trafił do Exatela. Chociaż to zajęcie dobrze płatne, pokoik dwa na dwa metry w budynku na warszawskiej Pradze, wyglądał raczej jak miejsce zesłania niż trampolina do kariery. „Wiceprezes spółki Exatel” to brzmiało anonimowo, jedynie nieliczni wiedzieli, że to nowe wcielenie firmy Tel-Energo, zależnej od Polskich Sieci Energetycznych.

Dla wielu, którzy obserwowali Dubaniowskiego w Krajowej Radzie, takie lądowanie zaufanego urzędnika Kwaśniewskiego było dowodem słabnących wpływów głowy państwa. Jednak Michał Strąk, dawny kolega z Rady, w karierze Dubaniowskiego widzi element przemyślanej strategii: – Zdobywał doświadczenie biznesowe, którego mu brakowało – uważa. Powielał drogę kariery Tomasza Tywonka, który z rzecznika rządu stał się wiceprezesem Telekomunikacji Polskiej, czy Stanisława Dobrzańskiego, byłego ministra obrony, który postanowił sprawdzić się w biznesie i został prezesem PSE. Michał Strąk ubolewa, że z młodymi, co zajdą za wysoko, przy odchodzeniu z funkcji zawsze są problemy. – Waldemar Pawlak, gdy przestał być premierem, długo nie mógł przecież znaleźć sobie miejsca. Dubaniowski przeciwnie. Bardzo szybko wrócił do gry.

Polityk ostatniej szansy

Objęcie stanowiska szefa gabinetu prezydenta oznacza, że wreszcie postanowił sprawdzić się w polityce. Teraz w jego apolityczność już nikt nie uwierzy. Pytanie, jak odnajdzie się w majestatycznym gabinecie, w którym do głównych zajęć należy przyjmowanie gości? Salonową konwersacją z łatwością zjednuje rozmówcę. Uśmiecha się często, z tematu na temat przeskakuje z lekkością tenisowej piłeczki. Ma celne uwagi, trafne spostrzeżenia. A mówi tylko to, co chce powiedzieć. Na pytanie, kiedy ostatnio grał z prezydentem w tenisa, odpowiada zręcznie: – Nie pamiętam, kiedy w ogóle grałem.

Jednak polityka, w przeciwieństwie do białego sportu, pozbawiona jest jasnych reguł. Po Marku Ungierze chce zachować dyskrecję, skuteczność i szafkę alkoholi. Poza tym chce otworzyć Kancelarię na nowych ludzi: – Będę się starał, by w Pałacu pojawiały się środowiska ludzi młodych, którzy chcą funkcjonować w życiu publicznym. To piękne deklaracje, ale trudno uwierzyć, by nawet absolwent KSAP był w stanie przekształcić gabinet prezydenta w inkubator dla początkujących „działaczy publicznych”. Pytanie za 10 punktów brzmi: Jakie zadania dla następcy Ungiera przewidział Kwaśniewski?

Na pewno nie przeznaczy go do kontaktów z SLD – dla polityków Sojuszu Dubaniowski zawsze będzie obcy i politycznie podejrzany. Nowy szef gabinetu jest jednak chyba w stanie pomóc Kwaśniewskiemu otworzyć się na nowe środowiska polityczne. Zwłaszcza Unii Wolności – w końcu przed rokiem listę do europarlamentu Dubaniowski próbował tworzyć wraz z Różą Thun i innymi działaczami tej partii. Czy prezydent przewidział taką rolę dla nowego szefa gabinetu, czy też powołał go tylko po to, by doczekać końca kadencji?

Działanie w dobrym stylu Dubaniowski może zagwarantować. Pytanie, czy chce i potrafi włączyć się w polityczne rozgrywki odchodzącego prezydenta, pozostaje otwarte.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij