szukaj
Ungier Marek
Cień pana prezydenta
Przez wiele lat starał się nie rzucać w oczy. Stał zawsze pół kroku za Aleksandrem Kwaśniewskim, ale blisko jego ucha. Marek Ungier, szef gabinetu prezydenta, twórca modelu polityki dyskretnej, zakulisowej, odszedł ze stanowiska, bo zrobiło się o nim głośno, a prezydent już nie dał rady go obronić.

Dla Marka Ungiera komunikat o treści: „Minister złożył rezygnację. Prezydent rezygnację przyjął”, musiał brzmieć jak nekrolog. I nie ma znaczenia, że ozdobiły go uprzejmości o dobrym urzędniku i uczciwym człowieku. Ukazał się w poświąteczny poniedziałek, w kilka godzin po tym, gdy opinia publiczna dowiedziała się z „Rzeczpospolitej”, że kłopoty z prawem ma nie tylko szef gabinetu prezydenta, ale także jego syn. I w równie dziwnych okolicznościach udaje mu się uniknąć wymiaru sprawiedliwości.

Jednak zainteresowanie prezydenckim ministrem rosło już od wiosny. Od czasu, gdy były minister skarbu Wiesław Kaczmarek zdetonował bombę Orlenową. Kiedy powiedział, że to Marek Ungier w Pałacu Prezydenckim wręczył mu listę zawierającą skład rady nadzorczej Orlenu. W opowieści Kaczmarka nazwisko prezydenckiego szefa gabinetu pojawiło się raz jeszcze. Gdy przyznał, że to od niego dowiedział się, że ma założony podsłuch.

Mariusz Łapiński, były minister zdrowia, zeznał z kolei, że to Marek Ungier nakłaniał go do tuszowania sprawy Laboratorium Frakcjonowania Osocza, „bo tak życzy sobie księżniczka”. W LFO Skarb Państwa poręczał interesy Włodzimierza Wapińskiego, przyjaciela prezydenckiej pary. W końcu prasa sięgnęła do szafy z przeszłością. A tam znalazły się jakieś mumie. Od sześciu lat w warszawskiej prokuraturze na Żoliborzu toczy się śledztwo w sprawie niegospodarności szefów Juventuru, w tym Ungiera, a prokuratura, choć zdecydowała o postawieniu zarzutów, do tej pory nie była w stanie powiadomić o tym prezydenckiego ministra. „Gazeta Wyborcza” wyciągnęła na światło dzienne także to, że Ungier jako szef Juventuru nie zapłacił 90 tys. zł podatków, a sąd dwa lata temu umorzył sprawę.

Czego jeszcze mieliśmy się dowiedzieć o Marku Ungierze? – Jestem przekonany, że działa jakaś grupa hakowa, która szykuje nowe polityczne rozdanie. Żeby dotrzeć do tych rewelacji, trzeba było o nich wiedzieć. Dziennikarze przez tyle lat nie wiedzieli. A teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to się zmieniło – mówi Dariusz Szymczycha, minister w Kancelarii Prezydenta. W Pałacu Prezydenckim wszyscy są zgodni: uderzenie w Marka Ungiera to uderzenie w prezydenta. Że było czym uderzać, to osobna sprawa. Cel był tym łatwiejszy, że Ungier od ośmiu lat nie wypowiadał się dla prasy (tę zasadę naruszył dla „Polityki”).

Zausznik

Jego olbrzymi gabinet w Pałacu Prezydenckim wystrojem przypominał pokoje Stanisława Augusta na Zamku Królewskim. Ten sam błysk antycznych mebli, alegoryczne posągi i drzwi z klamką na wysokości głowy. Przekraczając je petent czuł panujący wokół majestat. Tu uprawiało się politykę.

Mówi o sobie: – Nie chciałem być żołnierzem ani strażakiem. Chciałem być kimś. Te marzenia zdolnego chłopaka ze Skarżyska-Kamiennej, rocznik 1953, wcale nie musiały się ziścić. Najpierw był w ZMS, później w ZSMP. Ukończył nauki polityczne na Uniwersytecie Warszawskim. Z taką biografią wielu sfrustrowanych siedzi dziś w urzędach. Miał jednak sporo szczęścia, że na początku lat 80. poznał młodego redaktora „ITD” Aleksandra Kwaśniewskiego.

W 1987 r. Kwaśniewski stanął na czele Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej i na stanowisko dyrektora departamentu polityki młodzieżowej ściągnął do siebie Ungiera. Choć nie połączyła ich pasja do sportu – Ungier do dziś ostentacyjnie lansuje hasło: „Przez sport do kalectwa” i ma zwyczaj żartować z ludzi, którzy widzą sens w uganianiu się po korcie za żółtą piłeczką – Kwaśniewskiemu podobała się jego błyskotliwość i ironiczne poczucie humoru. – Dlaczego się mną nie znudził, sam nie wiem – żartuje dziś.

Często ze sobą przebywali. Tym chętniej, że Ungier miał inną wizję politycznej kariery. Nie chciał być człowiekiem z pierwszego szeregu, lecz funkcjonować w elitach, rozdawać karty, trzymać straż przy wejściu do głównego salonu.

Po wyborach prezydenckich w 1995 r. było naturalne, że funkcja szefa gabinetu czeka na Ungiera. Przyszedł tu z fotela podsekretarza stanu w URM. Był drugą osobą w Pałacu. I tak pozostało do końca. Gdy na spotkaniu stronę prezydencką reprezentowali równocześnie on i Jolanta Szymanek-Deresz, szefowa Kancelarii, wystarczały sekundy, by zorientować się, kto był decydentem, a kto osobą towarzyszącą. – Rozmówcy instynktownie zwracali się ku niemu – mówi osoba zbliżona do Pałacu.

– Z formalnego punktu widzenia to szef Kancelarii hierarchicznie był zaraz po prezydencie. Ale charakter pracy pana Ungiera powodował, że w wielu sprawach był z Aleksandrem Kwaśniewskim bliżej niż ja – przyznaje Szymanek-Deresz.

Tę bliskość doskonale oddawało położenie gabinetów prezydenta i szefa jego gabinetu: drzwi w drzwi, ze wspólnym sekretariatem. – Miałem praktycznie nieograniczony dostęp do prezydenta – mówi Ungier.

Selekcjoner

W początkach urzędowania nazywano go „Wachowskim Kwaśniewskiego”. Dariusz Szymczycha, minister w Kancelarii Prezydenta, twierdzi, że to porównanie wyjątkowo krzywdzące. – Ungier po Wachowskim pozostawił jedynie krzyżyk nad drzwiami gabinetu. Styl urzędowania wypracował sam. Z kołków w szatni zniknęły generalskie czapki, od których wcześniej aż się mrowiło. Zdaniem Szymczychy, Ungier nie budował własnego systemu kontroli w służbach specjalnych i resortach mundurowych – tak jak robił to wcześniej Wachowski, by zyskać przewagę informacyjną nad prezydentem Wałęsą. To Kwaśniewski decydował o tym, czego dowie się Ungier. A ten uczynił ze swojego stanowiska funkcję usługową: dysponował wiedzą prezydenta i ją odpowiednio wybrańcom dozował.

Oficjalnie do jego obowiązków należało przede wszystkim organizowanie pracy głowy państwa. Przygotowywał oficjalne imprezy, listy osób, które podróżowały z prezydentem. – Rozmawiałem z osobami, które starają się o wizytę u Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby się dowiedzieć, czy mają coś do powiedzenia – tłumaczy. Ale gdyby na tym kończyła się jego rola, nie różniłby się od selekcjonerów stojących przed młodzieżowymi klubami i decydujących o tym, których gości wpuścić.

Ungier jest mistrzem w zdobywaniu zaufania. W połączeniu z ogromną wiedzą czyniło to z szefa gabinetu osobę niezwykle wpływową. Skąd wiedział to, czego inni nawet się nie domyślali? Plotki o tym, że pracuje dla Wojskowych Służb Informacyjnych, pojawiały się od lat. Zwracano uwagę na fakt, że po studiach przeszedł przeszkolenie wojskowe „ze specjalną rekomendacją”.

Potem brał udział w szkoleniach na czas wojny i po Sztabie Generalnym chadzał w mundurze. W wypowiedzi dla „Przekroju” Danuta Waniek uprawdopodobniła plotki. Była szefowa Kancelarii powiedziała: „Tego wykluczyć nie można. Każdy prezydent musi mieć taką osobę, ale my w Kancelarii na takie tematy nie rozmawialiśmy”. Ungier kwituje to krótko: – Danka oszalała! Nigdy nie byłem i nie jestem współpracownikiem WSI. Jednak zaraz dodaje: – To nie oznacza, że zgodną z prawem współpracę z organami bezpieczeństwa państwa należy uznać za coś wstydliwego.

Należał do najlepiej poinformowanych osób w państwie i umiejętnie dysponował tą wiedzą. Na jego biurku nie było stosów papierów, dokumentów, notatek. Rozmowy w cztery oczy, za zamkniętymi drzwiami, to jego specjalność. Nawet głos ma dostrojony do kameralnych spotkań. Mówi cicho, ale wyraźnie. Nie okazuje emocji. Raz się spoufala, by po chwili przybrać oficjalny ton.

Szafka w rogu, przy drzwiach, wypełniona była trunkami z różnych stron świata. Pomagała gościom się otworzyć. Czasem poprawiała napiętą atmosferę. – To nie był barek służbowy, on poświęcał swoje osobiste zasoby alkoholowe – Szymczycha mówi o tym z uznaniem, jak o artyście, który sam przygotowuje płótno, by po chwili namalować na nim pejzaż. Waldemar Dubaniowski, były dyrektor gabinetu prezydenta, przypomina sobie, że Ungier czasem rezygnował z markowych trunków i częstował domowej roboty nalewką. – Są tacy, którzy piją tylko wodę Perrier. A on przebywając w Pałacu wiele lat, przez kilkanaście godzin na dobę, nigdy nie stracił kontaktu z rzeczywistością. Jego mocną stroną była dyskrecja i słowność. Czuło się, że ma prawdziwe „przełożenie”.

Spinacz

Miał doświadczenie w przeprowadzaniu rozmów. Już na początku lat dziewięćdziesiątych, jako doradca szefa SdRP Kwaśniewskiego, w siedzibie przy Rozbrat pełnił rolę konfesjonału. W SdRP zaznaczały się dwie frakcje: ta z dawnego studenckiego SZSP i ta z ZSMP. Ungier – choć człowiek wywodzącego się z SZSP Kwaśniewskiego, to jednak z rodowodem z ZSMP – miał dobry kontakt z działaczami. Wysłuchiwał i tłumaczył. Z tamtych czasów została mu wiedza o kolegach. Zna ich dylematy, charakter, sposób działania, co w prowadzeniu polityki z lekkiego oddalenia od Sejmu okazało się bezcenne.

Na szczerości ukrytej w zaciszu gabinetu budował także kontakty z Kościołem i opozycją. Nie przeszkadzała mu ideologia. Od zawsze był pragmatyczny.

– Pamiętam wielu działaczy żarliwych w mowie, którzy w ten sposób robili sobie wstęp do wielkich karier. Ungier wyróżniał się na ich tle zdrowym rozsądkiem. Nawet w czasach PRL nie używał ideologicznych wytrychów ani nowomowy – opowiada Szymczycha, który jako dziennikarz „Sztandaru Młodych” w 1988 r. przeprowadził chyba jedyny wywiad z Markiem Ungierem, wówczas dyrektorem departamentu polityki młodzieżowej w Komitecie Młodzieży i Kultury Fizycznej. Wywiad nosi tytuł: „Nie czekajcie na Janosika”, a przepytywany dał się poznać jako zwolennik brania spraw we własne ręce i nieoglądania się na system osłon państwa.


To dzięki gabinetowej polityce swego szefa gabinetu prezydent ma obecnie znakomite kontakty z Kościołem. Ungier, wychowany w katolickiej rodzinie, były ministrant, choć sam mówi, że nie dostąpił łaski wiary, zrobił naprawdę wiele, by przełamać lody, które dzieliły Kościół od otoczenia prezydenta. Od 1997 r. przygotowywał wszystkie pielgrzymki papieskie. Uczestniczył w uroczystościach. Tyle że nie klękał.

Dyskrecją, szczerością i słownością zjednywał opozycję. Mógłby pewnie napisać podręcznik o tym, jak być lubianym. Gdy w gazetach zaczęły się pojawiać kolejne teksty na jego temat, w sejmowych kuluarach wielu polityków okazywało współczucie. Z ust posłów opozycji można było usłyszeć, że choć nie wiadomo, jak to z Juventurem było, do Marka nic nie mają.

Miarą skrywanej i niewygodnej dla wielu sympatii jest choćby to, że żadna z partii po zarzutach prasowych nie zwołała konferencji prasowej i nie wezwała prezydenta Kwaśniewskiego do usunięcia „skompromitowanego” ministra. A pomysł delegalizacji SLD znalazł przecież wielu wyznawców.

– Współpracę z nim wspominam bardzo dobrze. Był trudnym negocjatorem. Ale raz poczynionych ustaleń nigdy nie zmieniał – mówi Teresa Kamińska, szefowa Kancelarii Premiera w rządzie Jerzego Buzka. Przez sprawę odszkodowań niemieckich czy sztabu kryzysowego po 11 września 2001 r. dzięki jego urzędniczej kompetencji udawało się przejść bez problemu.

Przy czym zawsze potrafił przypilnować swego interesu. I wiedział, jak określić ramy tej współpracy. Jedna z osób zatrudnionych w Kancelarii Premiera za czasów Buzka opowiada, że gdy na zaproszenie wystosowane przez Kancelarię Prezydenta do Polski przyjechał George Bush, otoczenie premiera chciało, by Buzek ogrzał się trochę popularnością prezydenta USA. Wbrew woli Ungiera współpracownicy zaprosili mieszkańców stolicy na spotkanie Buzka z prezydentem USA w warszawskich Łazienkach. Ci, którzy postanowili z zaproszenia skorzystać, srodze się jednak zawiedli. Pod zamkniętą bramą natknęli się na oddział BOR generała Gawora. Bo Ungier umiał postawić na swoim.

Kompan

Ten sam rodzaj polityki gabinetowej, zamkniętej za potężnymi drzwiami przed opinią publiczną, prowadził wobec biznesu. Sam miał słabość do kolekcjonowania rad nadzorczych. Po wejściu do Pałacu zrezygnował ze wszystkich. Zostawił sobie tylko Bank Gospodarstwa Krajowego. Mieszka w bloku w stumetrowym mieszkaniu, do którego świat biznesu nie pasuje. Mówi jednak: – Nie mam zaufania do ludzi, którzy chodzą w jednych butach i w jednym krawacie.

Roman Giertych w raporcie o aferze Orlenu napisał: „Chciano sprzedać polski sektor naftowy w ręce rosyjskich przedsiębiorców”. W „Gazecie Wyborczej” doprecyzował, że mózgiem grupy jest jego zdaniem jedna osoba. Wskazał na Ungiera i doradził prezydentowi, aby ten odciął się od swego doradcy.

Były minister uznaje sprawę za nonsens. – W III Rzeczpospolitej jestem rekordzistą. Ponad 10 lat byłem ministrem. To dość doświadczenia, aby mieć prawo przestrzec, że walka przez pomówienia nie może być jedynym celem. Wyborca jest zbyt mądry, by przyjąć to za program. W ten sposób zostaje się politykiem jednego sezonu. I tylko szkoda Polski. Ale też od lat uchodził za człowieka, który bez problemu potrafił zorganizować pieniądze na kampanię wyborczą.

Dziś protestuje: – Nigdy nie byłem w sztabie wyborczym! O każdym z przedsiębiorców ma jednak coś do powiedzenia. A wyraża się o nich ciepło. Aleksander Gudzowaty to według niego „biznesowy romantyk”. Michał Sołowow, właściciel Echo Investment, to znakomity kompan, Kulczyk ma poczucie humoru i jest ogólnie „uroczy”, a Wapiński – „pan, który w Pałacu bywał okazjonalnie”, lubi otaczać się towarzystwem pięknych kobiet. Otaczanie się biznesem i tajemniczość tych kontaktów powodowały spekulacje, że Ungier jest „kasjerem” rodziny Kwaśniewskich. – Nigdy i w najmniejszym stopniu! – zaprzecza. – Od kilku lat nie byłem nawet w mieszkaniu prezydenta na górze w Pałacu.

Tłumaczy, że biznes przyjmował w celach wymiany opinii. – Nie rozróżniałem, kiedy jestem w pracy, a kiedy nie – tłumaczy.

Afera Rywina rzuciła podejrzenia na ten, zakulisowy, sposób uprawiania polityki, a sprawa Orlenu jeszcze te podejrzenia wzmocniła.

Zaczęła się niewinnie wiosną, od wywiadu udzielonego przez Wiesława Kaczmarka „Gazecie Wyborczej”. To właśnie Marka Ungiera były minister skarbu wskazał jako osobę, która wręczyła mu listę z propozycjami nowej rady nadzorczej Orlenu, z nazwiskiem Jana Kulczyka na czele. Były szef gabinetu nie przypomina sobie żadnej listy. Potwierdza jedynie, że rozmowa na temat składu rady nadzorczej Orlenu się odbyła: – Nie widzę nic zdrożnego w tym, by w przypadku firm o czołowym znaczeniu dla polskiej gospodarki prezydent mógł formułować własne opinie. To były tylko sugestie. Każda władza musi to robić. O Kulczyku jako szefie rady nadzorczej w ogóle nie było mowy.

Z pewnością jednak władza nie powinna informować zainteresowanych o założonych podsłuchach. Dziś Ungier twierdzi, że po mieście krążyły dowcipy w stylu: Wiesiu, ten krawat to za Stoen? – Dlaczego miałbym Wieśka ostrzec w tej sprawie?

Kaczmarek teraz równie stanowczo zaprzecza, by Ungier go ostrzegał. Obaj wiedzą, że przed sądem w Kielcach toczy się właśnie sprawa starachowickiego przecieku, a były wiceminister Zbigniew Sobotka odpowiada za ujawnienie tajemnicy państwowej. Los byłego szefa gabinetu jest w dużej mierze w rękach byłego ministra skarbu. Nie dziwi więc, że tej jesieni byli razem na polowaniu. To druga, poza strzelaniem sportowym, pasja Ungiera, dla której czasem w piątki znikał z Kancelarii.

– Dzień w dzień dostawaliśmy raporty służb i co drugi był ściśle tajny – broni kolegi Marek Siwiec. Ale gdy publikacje na temat szefa prezydenckiego gabinetu zaczęły się mnożyć, coraz mniej było osób, które chciały się o nim wypowiadać. – No, chlaliśmy wódkę, chodziliśmy na panienki, no, ale pani chyba tego nie napisze? – Andrzej Kozłowski, prezes Polskiej Organizacji Turystycznej, w 1992 r. szef Biura Podróży Juventur, na więcej wspomnień nie dał się namówić. Spotkanie odwołał. Na kolejne nie znalazł czasu. I tylko poseł Zbigniew Firak, skonfliktowany z Ungierem dawny przyjaciel z ZSMP, ze spokojem mówi dziś: – Teraz rozumiem, dlaczego Marek nie chciał, bym został wiceszefem Juventuru.

Ungier sprawę niezapłacenia 90 tys. zł podatków za pracowników Juventuru tłumaczy tak: – Były zabezpieczone na hipotekę, zostały spłacone. I sięga po artykuł „Rzeczpospolitej” z 1994 r., który podaje długą listę dłużników. – Czy ktoś do tych firm ma o to dziś pretensje?

Sprawę niegospodarności, którą dziś bada prokuratura, komentuje: – Gdy przychodziłem do Juventuru 13 lat temu, firma miała w bilansie 3,5 mld st. zł strat. Izba skarbowa miała 3 lata na zakwestionowanie wyceny sprzedawanych budynków. Nigdy tego nie zrobiła. Kto i jak mnie przeprosi, jeśli okaże się, że nie popełniliśmy przestępstwa? Przedawnienie w tej sprawie będę uważał za rodzaj zemsty, bo nie pozwoli mi to oczyścić się w oczach opinii publicznej.

Pretorianin

Kiedyś zadeklarował, że nie spisze żadnych pamiętników. Tajemnice zabierze ze sobą do grobu. W czasach wzajemnego zbierania na siebie haków i trzymania się w klinczu, wysyłał sygnał, że nie da się wciągnąć w walki buldogów pod dywanem. Mówi: – Skutkiem dążenia do polaryzacji polityki jest brak dyskrecji. Na światło dzienne wyciąga się coraz to nowe jednoźródłowe sprawy, które mogą inspirować wrogów Polski. Nieustanne śledztwa i komisje powodują, że w państwie nie podejmuje się decyzji. Skuteczną blokadą jest strach. To będzie nas drogo kosztować. Taka konstatacja to w gruncie rzeczy przyznanie się do klęski stylu, który wypracował: poufne kontakty, które miały dowartościować rozmówców, wciągać ich w świat wielkiej władzy, dawać poczucie bezpieczeństwa, a może też swego rodzaju bezkarności. To metoda zapewne skuteczna, ale ryzykowna. Tak robiona polityka pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą i odpowiedzialnością. Formalnie nie istnieje.

Ungier sam dzisiaj przyznaje, że maski urzędnika lub polityka przywdziewał w zależności od tego, gdzie i z kim rozmawiał. Mówi, że zajmował się wszystkim. Przecież nigdzie nie jest napisane, że ministrowi prezydenta nie wolno tego robić. Polityka ogarnia wszystko, a szef państwa może interesować się każdą sprawą. A Ungier po prostu lubił „pogadać”.

A że od rana do nocy przesiadywał w Pałacu, to na rozmowy zapraszał tam, bo gdzie? I tak konsultował się towarzysko kilka metrów od gabinetu prezydenta. Nadal nie sądzi, iż mogło mieć to wpływ na rozmówców, sugerować, że jego opinia to również zdanie szefa. Nic podobnego.

Łatwość, z jaką przyszło mu rozstać się w urzędem po dziewięciu latach, jest pozorna, choć w pewnym sensie elegancka. Tak jak elegancki był styl i ubiór, w jakim się prezentował. Po pożegnalnej rozmowie z prezydentem powiedział: – Nie wiem jeszcze, co będę robił. Wszystkim się wydaje, że mam jakieś plany na przyszłość. Ale tak nie jest. Z pewnością z niektórymi, którzy wiedzą lepiej niż ja, co robiłem w życiu, spotkam się w sądzie. Nie tylko w imię sprawiedliwości, ale także dla higieny życia politycznego.

Czas i okoliczności odejścia sprawiają, że nie jest pewne, czy Aleksander Kwaśniewski złoży mu kiedykolwiek jakąś propozycję. Taki bywa los pretorian. Są cieniem.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj