Nałęcz Tomasz
Mały szybki jachcik
Jeszcze niedawno widziano w nim męża opatrznościowego, który miał uzdrowić polską lewicę. Kilka politycznych wolt wykonanych w krótkim czasie osłabiło jednak znacznie jego pozycję. Czy Tomasza Nałęcza można jeszcze traktować poważnie?

Sejmowi sprawozdawcy przecierają oczy ze zdumienia: uchodzący za jednego z najbardziej wyważonych polityków wicemarszałek Tomasz Nałęcz najpierw porzuca Unię Pracy, której był wiceprzewodniczącym, następnie przyłącza się do SDPL i zostaje szefem sztabu Marka Borowskiego – kandydata tej partii na prezydenta, aby wkrótce potem ogłosić, że popierany przez niego dotąd człowiek powinien zrezygnować z rywalizacji wyborczej i ustąpić miejsca Włodzimierzowi Cimoszewiczowi – oficjalnie popieranemu przez SLD. Pozostając wciąż członkiem SDPL przyjmuje funkcję rzecznika sztabu wyborczego Cimoszewicza. Nie kryje oburzenia, gdy sąd partyjny SDPL usuwa go z szeregów organizacji.

Byłych partyjnych kolegów Nałęcza z UP i SDPL nie dziwią jego obecne polityczne wolty: – Już wcześniej wielokrotnie zmieniał barwy. Tyle że nikt mu tego nigdy publicznie nie wypominał – tłumaczą.

SDPL jest już czwartą partią, z którą się rozstał. Pierwszą była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Wstąpił do niej w 1970 r. – był wówczas studentem historii na Uniwersytecie Warszawskim. Jak wspominał później w rozmowie z dziennikarzami „Gazety Wyborczej”, wynikało to „z chęci przebywania w gronie ciekawych, sympatycznych ludzi, choć oczywiście legitymacja ułatwiała awans”. Dlaczego nie przystąpił do działającej na uczelni opozycji? „Gdy wybuchła Solidarność, a potem stan wojenny, byłem bardzo zajęty sprawami domowymi. Urodził mi się syn, który był dzieckiem alergicznym. Do polityki nie miałem głowy” – tłumaczył w tym samym wywiadzie dla „Gazety”.

W 1989 r. znalazł się za to wśród organizatorów Ruchu 8 Lipca, który miał reformować PZPR. Działali w nim m.in. Zbigniew Siemiątkowski, Sławomir Wiatr, Danuta Waniek. Gdy PZPR została rozwiązana i na jej gruzach utworzono Socjaldemokrację Rzeczpospolitej Polskiej (SdRP), większość „reformatorów” przystąpiła do nowej partii. Aleksander Kwaśniewski, który objął wówczas funkcję przewodniczącego, przeforsował na swojego zastępcę Tomasza Nałęcza. – Tomek nie ukrywał wówczas, że jest pod urokiem Kwaśniewskiego. W 1990 r. z wielkim entuzjazmem zaangażowali się obaj w kampanię wyborczą ówczesnego kandydata SdRP na prezydenta – Włodzimierza Cimoszewicza – wspomina były członek SdRP, dziś w SDPL.

Obaj znaleźli się również wśród założycieli Fundacji Kazimierza Kelles-Krauza, która miała stanowić zaplecze intelektualne SdRP. Jej zaś zapleczem finansowym miała być spółka Mitpol, której udziałowcami byli m.in. Sławomir Wiatr (były sekretarz KC PZPR, który za rządów Leszka Millera został pełnomocnikiem rządu ds. informacji europejskiej) i mecenas Mirosław Brych (na koncie dewizowym jego zespołu adwokackiego umieszczono pieniądze likwidowanej PZPR) oraz Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel – biznesmeni, którzy w 1969 r. wyjechali z Polski, prowadzili za granicą różne, nie zawsze legalne interesy (byli np. poszukiwani za hurtowy przemyt papierosów).

Do Polski wrócili na początku lat 90. i od razu zaangażowali się w duży biznes. Początkowo pod szyldem Mitpolu, a potem jako współwłaściciele spółki Billa Polska wprowadzili na polski rynek austriacką sieć handlową Billa. Z opracowanego przez MSWiA „Sprawozdania z likwidacji majątku byłej PZPR” wynika, że część pieniędzy z Mitpolu trafiała do Fundacji Kelles-Krauza, w której działał Tomasz Nałęcz, a stamtąd – do kasy SdRP.

Sprawa działalności Fundacji odżyła nieoczekiwanie podczas prac orlenowskiej komisji śledczej, gdy okazało się, że latem 2003 r. Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel uczestniczyli w nieoficjalnym wiedeńskim spotkaniu Jana Kulczyka z Władimirem Ałganowem (byłym oficerem rosyjskiego wywiadu, który miał w Polsce prowadzić szpiega o pseudonimie Olin) dotyczącym sprzedaży Rafinerii Gdańskiej rosyjskiemu koncernowi Łukoil. Roman Giertych zażądał wówczas przesłuchania Nałęcza w sprawie działalności Fundacji i wynikających z niej powiązań Kuny i Żagla z lewicowymi politykami. Marszałek zapewniał, że nie miał pojęcia, iż Fundację wspierała firma Kuny i Żagla.

Antykomunista

Po roku działalności w SdRP Nałęcz opuścił jej szeregi. Oficjalnie: bo oburzyła go sprawa tzw. moskiewskiej pożyczki, którą liderzy SdRP mieli wziąć od Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Według wicepremier Izabeli Jarugi-Nowackiej (niegdyś w UP, dziś w Unii Lewicy) prawdziwy powód był inny: – Tomek startował z listy SdRP do Sejmu i przepadł w wyborach. Uznał, że ta partia nie ma przed sobą przyszłości, że główny nurt lewicy będzie stanowić Unia Pracy. Więc przeszedł do UP.

Do Unii przystępowali wówczas zarówno byli działacze PZPR, którzy chcieli budować nową, niekomunistyczną lewicę, jak i dawni opozycjoniści z Solidarności. Nałęcz, mimo swych pezetpeerowskich korzeni, szybko stał się najbliższym współpracownikiem ówczesnego przewodniczącego Unii Ryszarda Bugaja, który zaciekle zwalczał lewicę postkomunistyczną. – Był zafascynowany Bugajem. Jego intelektem, charyzmą, medialnością – wspomina Maciej Sieczkowski, wicewojewoda mazowiecki z ramienia UP. – Ale i on miał wielki wpływ na Bugaja. Umie bardzo szybko zbliżyć się do lidera, wykazać pomysłowością, zaskarbić zaufanie – dodaje Izabela Jaruga-Nowacka. Nałęcz szybko został rzecznikiem partii. W 1993 r. dostał się z jej listy do Sejmu.

Po wyborach, gdy rządy objęła koalicja SLD-PSL, część działaczy Unii wywodzących się z PZPR zaczęła domagać się, by partia podjęła współpracę z rządem. Sprzeciwili się temu ludzie dawnej opozycji, na czele z Ryszardem Bugajem. Popierał ich wówczas Nałęcz. „Do wyborów samorządowych (w 1994 r. – przyp. aut.) poszlibyśmy już jako partia postpezetpeerowska, a za dwa lata moglibyśmy się stać np. Polską Zjednoczoną Lewicą Demokratyczną” – tłumaczył wówczas w mediach.

Dwa lata później, gdy SLD proponowało Unii koalicję wyborczą, Nałęcz oburzony przekonywał: – To niemożliwe. Dzielą nas zbyt duże różnice programowe.

W objęciach SLD

W wyborach 1997 r. Unia poniosła totalną klęskę. Ryszard Bugaj zrezygnował z funkcji przewodniczącego. Nowy szef UP – Aleksander Małachowski – wyszedł wówczas z koncepcją szerokiej koalicji lewicy. Wkrótce potem Nałęcz również stwierdził, że wobec kontrowersyjnych poczynań prawicowego rządu trzeba się zastanowić nad wspólnymi listami lewicy w wyborach samorządowych. Bugaj komentował później: – Nałęcz nie jest człowiekiem misji. Lubi władzę i zaszczyty, które władza daje.

Nałęcz odpowiadał: – Ryszard Bugaj jest zadeklarowanym antykomunistą, choć komunistów już w Polsce nie ma. Nie uważa SLD za lewicę. A to znaczy, że lekceważy przekonania 40 proc. ludzi w kraju.

Tłumaczył, że na przeszkodzie koalicji nie leżą już sprawy, które kiedyś obciążały SLD – jak choćby moskiewska pożyczka. „Te sprawy były wielokrotnie badane przez prokuraturę i sądy – i nic specjalnego nie wykryto”. Przeprosił się z Leszkiem Millerem, którego kiedyś obciążał odpowiedzialnością za grzechy lewicy.

W 2000 r., gdy Unia rozważała, czy wystawić w wyborach prezydenckich własnego kandydata (co pozwoliłoby jej zaistnieć w mediach po kilku latach nieobecności w parlamencie), Nałęcz ostro się temu sprzeciwił: – Przekonywał, że cała lewica musi poprzeć Aleksandra Kwaśniewskiego. I stanęło na jego – wspomina Bartłomiej Morzycki, były szef młodzieżówki UP, dziś członek Unii Lewicy.

Rok później było już rzeczą jasną, że Unia pójdzie do wyborów parlamentarnych z SLD. Po wyborach, dzięki poparciu Sojuszu, Nałęcz został wicemarszałkiem Sejmu (chociaż znacznie większe kluby parlamentarne niż UP swoich marszałków nie mają).

Tropem Rywina

Prawdziwą sławę przyniosła jednak Nałęczowi nie funkcja marszałka, ale przewodniczącego komisji śledczej ds. afery Rywina. Ją również objął dzięki głosom SLD. – Zastanawiałem się często, dlaczego grupa trzymająca władzę nie zablokowała mojego wyboru. Jest jedno wytłumaczenie: uważali mnie za koniunkturalistę, uważali, że ich osłonię. A ja przed powołaniem powiedziałem Millerowi: jeżeli chcecie mnie w komisji łapać za rękaw, powiedz mi to teraz – wycofam się. Później, jak do czegoś dojdę, nikt nie zdoła powstrzymać mnie przed ujawnieniem tego. Miller powiedział, że nie zamierza mnie powstrzymywać – mówi dzisiaj.

Między innymi dlatego początkowo nie wierzył, że politycy lewicy są zaangażowani w aferę, starał się ich w komisji bronić przed opozycją. Sprzeciwiał się ujawnieniu billingów premiera Leszka Millera, wezwaniu Aleksandra Kwaśniewskiego przed komisję. Jednak gdy zaczęły się odsłaniać kulisy afery, jego stosunek do dawnych kolegów z lewicy zaczął się zmieniać. Podczas przesłuchań nie zawahał się przyciskać Aleksandrę Jakubowską, u której bywał kiedyś na imieninach. O Robercie Kwiatkowskim, z którym był od lat po imieniu, mówił, że rządził TVP jak „peerelowski prezes Radiokomitetu”. Jan Rokita chwalił wówczas Nałęcza: – To przyzwoity człowiek, który zmieniał zdanie w miarę badania sprawy.

– Afera Rywina ukształtowała mnie na nowo. Straciłem zaufanie do ludzi – wzdycha Nałęcz.

Przygotowany przez Nałęcza projekt raportu komisji, z którego wynikało, że za przychodzącym do Agory po łapówkę Rywinem stała jednak grupa trzymająca władzę, część działaczy SLD uznała za ostateczny dowód zdrady marszałka.

Zdecydowana postawa przyniosła mu za to sympatię dziennikarzy. Od czasu komisji śledczej jest przez nich rozrywany. Tym bardziej że o aferze Rywina (a potem już w ogóle o każdej sprawie) jest gotów mówić o każdej porze dnia i nocy.

Praca w komisji przyniosła jednak również bardziej przykre skutki: – Była przyczyną jednego z najpoważniejszych kryzysów w moim małżeństwie. Żona obraziła się na mnie, gdy odmówiłem wyjazdu na zaplanowane od dawna wakacje w Kenii. Przez kilka dni nie odzywała się do mnie, a w końcu pojechała na urlop z przyjaciółką – wspomina Nałęcz. Do dzisiaj na półce w jego gabinecie stoi kartka pocztowa z lwem, którą mu wówczas przysłała: „Tak wygląda prawdziwy lew, ale rozumiem, że ty wolałeś oglądać Lwa Rywina więc gratuluję ci gustu” – napisała.

Odkrycie powiązań polityków SLD z aferą Rywina sprawiło, że Nałęcz zaczął przekonywać ludzi ze swojej partii do wyjścia z koalicji rządowej. Twierdził, że szef partii Marek Pol powinien zrezygnować z funkcji wicepremiera i ministra infrastruktury, bo pełni ją nader nieudolnie (gdy wcześniej dwukrotnie usiłowała go odwołać opozycja, bronił go żarliwie z trybuny sejmowej, wychwalając jego kompetencje).

– W Unii wygrała jednak wówczas opcja: skoro zawiązaliśmy koalicję z SLD, to na dobre i złe – relacjonuje poseł Ewa Kralkowska. Nałęcz postanowił wówczas po raz kolejny zmienić partię. – Unia Pracy była jak ciężki frachtowiec, który powoli dostosowuje swój kurs do aktualnych potrzeb. Nałęcz był jak mały szybki jachcik, który natychmiast reagował na zmiany wiatrów – mówi Morzycki.

– Znów przeszedł do partii, która, jak myślał, będzie tworzyć główny nurt polskiej lewicy – komentuje Izabela Jaruga-Nowacka. Usiłował pociągnąć za sobą także innych partyjnych kolegów. – Przekonywał mnie: dopóki partia się tworzy, możesz w niej zaistnieć, a potem będzie za późno – wspomina Bartłomiej Morzycki.

Nałęcz zaangażował się w działalność nowej partii z pełnym oddaniem. – Ze zdziwieniem obserwowałam go, kiedy odczytywał na konwencji SLD list Borowskiego do delegatów tej partii (Borowski nawoływał w nim do samorozwiązania Sojuszu – przyp. aut.). Nie mogłam pojąć, czemu nie powiedział Borowskiemu: byłeś tyle lat członkiem tej partii, to idź, powiedz im to w oczy – mówi Jaruga-Nowacka. Działacze Sojuszu wygwizdali posłańca.

O Borowskim mówił: – To jedyny kandydat zdolny stawić czoło prawicy. Wokół niego trzeba budować zgodę.

Wkrótce potem publicznie opowiedział się za kandydaturą Cimoszewicza. Od tej pory członkowie SDPL zarzucają Nałęczowi koniunkturalizm, uprawianie politycznej hucpy.

– Patrzę codziennie w lustro i nie mam do siebie obrzydzenia. Egzamin z niekoniunkturalizmu zdałem zasiadając w komisji śledczej – mówi Nałęcz.

– Sprawa wygląda podobnie jak z publikowaniem felietonów w tygodniku „Wprost”. Członkowie i sympatycy wielokrotnie pytali Nałęcza, czemu pisze w gazecie, która nazywała Aleksandra Małachowskiego człowiekiem chorym psychicznie, ale marszałkowi to nie przeszkadzało. To sprawa honoru – mówi polityk UP. Nałęcz pisze we „Wprost” do dziś, choć pismo nie przebierając w słowach atakuje i Cimoszewicza, i także jego samego.

Pożegnanie z polityką?

Nałęcz chce być uważany za polityka eleganckiego, z kindersztubą, wyraźnie podkreśla swój profesorski styl, dystans, pobłażliwość wobec innych, z mniejszymi zasobami intelektualnymi. Ale jednocześnie ulega tej samej gorączce władzy i nie może się przemóc. Chyba wie, że to wszystko nie wygląda dobrze, ale jest gotowy to przełknąć.

Historia zatoczyła koło: Nałęcz, jak przed 15 laty, znów jest w sztabie Cimoszewicza, znów współpracuje z Aleksandrem Kwaśniewskim. I znów chce być reformatorem lewicy.

Co będzie, jeśli koń, na którego postawił, przegra? Marszałek podkreśla, że ma dokąd wracać – jest profesorem historii na Uniwersytecie Warszawskim, a jego status materialny nie ucierpi na rozstaniu z polityką. Tymczasem w ciągu 10 miesięcy 2001 r., przed wejściem do Sejmu, Nałęcz zarobił na uczelni 25 tys. zł. W Sejmie zarabia rocznie ponad dziesięć razy tyle.

Znajomi Nałęcza nie wierzą w jego odejście z polityki, choć do Sejmu już nie kandyduje. Przypuszczają, że zaangażuje się w budowę nowej lewicowej formacji skupionej wokół Aleksandra Kwaśniewskiego. – On już nie mógłby obserwować wydarzeń z boku. Jako naukowca historyka fascynuje go, że sam może tworzyć historię – przekonuje Kralkowska.

I trzeba przyznać, że zapisał w niej już parę kartek. Tylko czy ci, którzy będą ją w przyszłości studiować, cokolwiek z jego historii zrozumieją?

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj