Polityka i złe obyczaje
Prestiż zawodu polityka wedle sondaży społecznych sięgnął właśnie dna. Politycy za taki stan rzeczy skłonni są winić dziennikarzy. Media, przekonują, uporczywie utrwalają ich negatywny obraz, ingerują w intymność. Czy dziennikarze rzeczywiście przekraczają wyznaczoną prawem granicę prywatności człowieka publicznego? Czy kłopoty osobiste Ludwika Dorna albo Waldemara Pawlaka powinny interesować prasę? A może to politycy mylą sferę publiczną z prywatną?

W maju 2004 r. zaszczuty poczuł się poseł żywiecki Edward Płonka z PO. Sprawa dotyczyła krótkiego życia jego żółwia. Znajomy polityka, znanego dotychczas jako pomysłodawca dopisania kolejnych zwrotek do Mazurka Dąbrowskiego, zauważył w jego przydomowej sadzawce żółwia błotnego. Żółw miał przewierconą skorupę i przytwierdzony był do pobliskiego drzewa za pomocą łańcuszka. Poseł tłumaczył później, że troszczył się o żółwia i nie chciał, żeby uciekł on w nieznane. Plan posła się nie powiódł, ponieważ żółw zdechł. Informacja przedostała się do dzienników, na temat dręczenia zwierzęcia wypowiadali się oburzeni weterynarze i obrońcy przyrody, poseł miał żal do mediów o naruszenie domowej prywatności i wyolbrzymianie problemu. Czy fakt, że trzymał w domu żółwia na łańcuchu, mógł mieć wpływ na jego poselską działalność? Na jakość projektów i trzeźwość głosowań? Nie miał – zapewniał poseł Płonka. A jednak, uznali dziennikarze, społeczeństwo powinno było wiedzieć, że osoba publiczna nie jest wystarczająco rozsądna i ma inklinacje wręcz sadystyczne. Co zdecydowanie wiąże się z działalnością publiczną i wymaga ujawnienia.

To, co dziennikarz może napisać o życiu prywatnym polityka, reguluje art. 14 ust. 6 prawa prasowego. Od 1984 r. pozostaje on niezmieniony, jest raczej restrykcyjny, o dużym stopniu ogólności. W myśl artykułu media nie mogą publikować żadnych informacji dotyczących prywatnej sfery życia osoby publicznej bez jej zgody. Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy informacja wiąże się bezpośrednio z działalnością publiczną danej osoby. Opisywanie spraw domowych powinno więc być rzadkością, uzasadniać je musi ważny interes społeczny. Podczas marcowej rozprawy rozstrzygającej z kolei niejasności dotyczące ustawy o dostępie do informacji Trybunał Stanu orzekł, że ani prawo do prywatności, ani prawo do informacji nie są wartością nadrzędną. Granica chronionej prywatności polityka jest zatem płynna, prof. Marek Safjan, prezes Trybunału Konstytucyjnego, uzależniłby ją od wrażliwości społecznej i zapotrzebowania społecznego. Zasada ogólna jest następująca: im ważniejsza osoba w państwie, tym więcej o jej życiu prywatnym można dla społecznego bezpieczeństwa wiedzieć. Jednak granica musi być wyznaczana każdorazowo. Przykład żółwia pokazuje, że może przebiegać w dość nieoczekiwanych rejonach.

Osaczeni

Ludwika Dorna, wówczas szefa klubu parlamentarnego PiS, sfotografowano z zaskoczenia, półnagiego, leżącego w rządowym szpitalu MSW. Artykuł opublikował jeden z tabloidów. Ewidentną ingerencję w intymność uzasadniono komentarzem, że przewodniczący hołduje podwójnym standardom. Publicznie bowiem deklaruje potrzebę likwidacji przywilejów władzy, w tym dostępu do rządowego szpitala, a prywatnie z nich korzysta. Prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z UW, uważa, że w tym wypadku popełniono nadużycie. Gdy Dorn szedł do szpitala, likwidacja przywileju leczenia się w szpitalu MSW była jedynie przedwyborczym projektem jego partii, obowiązujące przepisy wskazywały, że niedyspozycje zdrowotne parlamentarzystów usuwane są właśnie w MSW. Według Mrozowskiego publikacja wprowadziła czytelników w błąd, wystąpił w niej nawet element zaszczuwania Ludwika Dorna. Nie chodziło o interes społeczny, lecz o sensację. Trudno też było doszukać się interesu społecznego w serii zdjęć roznegliżowanego Józefa Oleksego upolowanego na plaży w Bułgarii, czy w informacji, że Andrzej Celiński, mężczyzna stanu wolnego, spotyka się w Krakowie z młodą kobietą.

Przyjęta w 2004 r. Deklaracja Rady Europy w sprawie swobody debaty publicznej uczula, by informacje o życiu pozazawodowym polityków rozpowszechniać bez wyrządzania niepotrzebnej szkody osobom trzecim. Publikowanie zdjęć zdradzanej wielokrotnie żony Waldemara Pawlaka czy nacierającej kremem twarz męża Marii Oleksy ubranej w bikini jest zwykłym nadużyciem.

Reprezentujący na marcowej rozprawie przed Trybunałem Konstytucyjnym Sejm poseł PO Jerzy Kozdroń przypominał, że wszelkie nadużycia względem prywatności powinien jednak rozstrzygać sąd. Ponieważ do tej pory poszkodowani politycy ani ich rodziny nie składali spektakularnych pozwów, ewentualni naruszający mogą czuć się bezkarni.

Kochankowe

Faktem jest więc, że nietykalna strefa prywatna polityków kurczy się dramatycznie. Jest nieszczelna dla mediów. Wydają się one bezlitosne, zwłaszcza dla polityków z najwyższych szczebli władzy. Nominacja Ludwika Dorna na wicepremiera zbiegła się z kryzysem w jego drugim małżeństwie. Dziennikarze „Super Expressu” ujawnili, że nierozwiedziony jeszcze wicepremier widuje się z innymi kobietami w mieszkaniu służbowym, na które pobiera deputat w wysokości 1600 zł jako urzędnik niestołeczny. Zaznaczono, że wicepremier jest zameldowany w bliskiej miejscowości podwarszawskiej, jest współwłaścicielem mieszkań i domu. Zadrwiono, że pobiera „kochankowe”. Wytknięto, że był najpewniej autorem pomysłu na przedwyborcze listy agitacyjne do proboszczów polskich parafii, a sam nie spełnia chrześcijańskich standardów. W tym wypadku, zdaniem redaktorów „SE”, sensacyjna informacja mogła być uzasadniona interesem społecznym. Społeczeństwo – tłumaczyli – ma prawo wiedzieć, jak pożytkowane są publiczne pieniądze oraz jak wygląda spójność między wartościami deklarowanymi przez polityka oraz realizowanymi. Wicepremier nie odniósł się oficjalnie do powyższych informacji. I o ile może być wściekły, podobnie jak wściekły był były marszałek Włodzimierz Cimoszewicz, gdy pytano go o romans z Anną Jarucką, to jednak za dziennikarzami stoi tym razem wspomniana Deklaracja Rady Europy.

W art. 7 czytamy: „(...) informacje o życiu prywatnym i rodzinnym polityków mogą być rozpowszechniane – unikając czynienia zbędnej szkody osobom trzecim (...) – wtedy, gdy ma ono bezpośrednie znaczenie dla sposobu, w jaki wykonują swoje funkcje. Gdy politycy zwracają uwagę społeczeństwa na aspekty życia prywatnego, media mają prawo poddać te aspekty obserwacji”.

Gadzina, milczysz jak grób

Topniejąca prywatność osób publicznych jest zdaniem prof. Mrozowskiego konsekwencją co najmniej trzech czynników. Po pierwsze – próby zbudowania demokratycznego społeczeństwa otwartego. Po drugie – faktu, że od lat co najmniej 60. (Mrozowski cofnąłby się nawet do gwiazdorskiego systemu Hollywood lat 30.) prywatność osób publicznych jest atrakcyjnym dla mediów towarem i politycy o tym doskonale wiedzą. Po trzecie – rosnącej konkurencji między mediami. Można dodać i czwartą przyczynę – potrzebę odreagowania czasów, gdy jedynym właścicielem prywatności swojej i obywateli była władza. W Polsce Ludowej rządzący stanowili zamkniętą grupę społeczną, dobieraną według ideologicznego klucza, o której życiu prywatnym krążyły jedynie przekazywane ustnie towarzyskie opowieści. Rządzący mieli natomiast monopol na ujawnianie prywatnych spraw społeczeństwa oraz na dowolne nimi manipulowanie.

W okolicach 1968 r. w gazetach publikowano na przykład poprzednie nazwiska kilkuset osób pochodzenia żydowskiego, które oskarżano o rewizjonizm i niesłuszne pochodzenie. Co było elementem walki politycznej. Sprawy obyczajowe osób inwigilowanych są potężną częścią zawartości esbeckich teczek. Służyły szantażowi i pozostały zręczną polityczną tajną bronią. Po 1989 r. obowiązuje wolność słowa i prawo do informacji, natomiast życie pozasłużbowe polityków długo pozostawało dla mediów tematem tabu. Życie rozrywkowe Domu Poselskiego opisywał na przykład jedynie sporadycznie tygodnik „Nie”. Piotr Gadzinowski, poseł SLD, jednocześnie dziennikarz „Nie”, opowiadał, jak przed imprezami koledzy z partii uczulali: Gadzina, nic nie widziałeś, milczysz jak grób. Tabu na dobre złamał dopiero TVN, gdy w październiku ubiegłego roku pokazał bełkocącą posłankę SLD na powyborczej imprezie w hotelowym barze.

W 1992 r. ukazały się drukiem „Erotyczne immunitety”, efekt pracy w Sejmie  niby-dziennikarki francuskiego radia Anastazji P.  Były dość nudną oceną domniemanych zbliżeń, jakie autorka miała odbywać z parlamentarzystami. Podejrzewa się, że Marzena Domaros (prawdziwe nazwisko Anastazji) zbierała haki na świeżą polską prawicę na życzenie służb specjalnych. Pamiętniki usatysfakcjonowały związanego z „Nie” posła Piotra Gadzinowskiego. Doszukiwałby się on w nich nawet śladu interesu publicznego: – Pani P. pokazała od pasa w dół polską prawicę. I udowodniła, że nie różni się ona specjalnie od lewego politycznego skrzydła. „Pamiętniki” były więc latem  1992 r. wydarzeniem,  wywołały niesmak, ale  jedynie na chwilę przyćmiły polityczną  burzę po ujawnieniu przez Antoniego  Macierewicza listy osób publicznych podejrzanych o współpracę z  SB. Nie wywołały żadnych politycznych konsekwencji, nikt z ich powodu nie poniósł żadnych strat. Mało kto o nich pamięta. Prawdą jest jednak, uważa Gadzinowski, że casus Anastazji wymusił na politykach pewną czujność. Okazało się, że politycy i dziennikarze nie zawsze są jedną wielką wesołą rodziną, tak jak myśleli.

W grudniu 1993 r. dziennikarz polityczny Jana Olszewskiego Jacek Kurski, obecnie poseł PiS, czekał z kamerą na wychodzących w nocy po programie Moniki Olejnik z budynku Polskiego Radia Jerzego Urbana i Adama Michnika. Sfilmował, jak wsiedli do auta Urbana i, przysięgał Kurski, pojechali się bawić na urodziny do Aleksandra Kwaśniewskiego. Nocne nagranie wyemitowano, Kurski zachłystywał się zdradą okrągłostołowych elit. Dziś Andrzej Urbański zabiegający o taniec z Moniką Olejnik na karnawałowym balu dba, żeby kamery były przy nim obecne. Jest to jeden z elementów politycznej gry.

Delegaci w bagażnikach

Jednak aż do 2003 r., kiedy na rynku tabloidów zaczęła się prawdziwie ostra wojna, media nie były szczególnie wrażliwe na incydenty pozazawodowe z udziałem osób publicznych. Specjalista od wizerunku  PR  poważnych firm, z wieloletnią praktyką,  opowiada o  biznesowo-politycznym oficjalnym wyjeździe do Wiednia urzędników i biznesmenów szczebla centralnego.  Miał  on miejsce w latach 90. i  towarzyszyła mu duża atencja ze strony austriackiej. Co zostało wyrażone  między innymi zaproszeniem  do Opery Wiedeńskiej. Bilety na spektakl były towarem wybitnie deficytowym, w normalnym trybie czekało się na nie kilka miesięcy. Organizatorzy byli dumni. Niestety, pomysł na operę nie okazał się wystarczająco atrakcyjny. W tym samym czasie jeden z obecnych na delegacji lobbystów zorganizował rajd po agencjach towarzyskich. Nad ranem, kiedy delegacja wracała do hoteli, pasażerkami służbowych aut były prostytutki, natomiast goście, polscy gentlemani, jechali zwinięci w bagażniku. Organizator rajdu jest szeroko w sferach rządzących znanym oferentem pozamałżeńskiego życia erotycznego, fundatorem wyjazdów narciarskich, obiadów w najlepszych restauracjach (Dyspensa, Osteria zamiast mdłego sejmowego barku) czy kolacji z konsumpcją najdroższych  alkoholi. Ponieważ relacje prasowe z tamtego spotkania nie objęły części rozrywkowej, po powrocie wielu delegatów z bagażnika mogło spokojnie grać role obrońców wartości chrześcijańskich.

Prof. Tadeusz Iwiński padł już ofiarą wilczej konkurencji między prywatnymi stacjami telewizyjnymi, które nałożyły się na gwałtowny spadek sympatii do rządzących elit z SLD. Cztery lata temu, podczas oficjalnej delegacji na szczycie UE, nie bacząc na obecność kamer telewizyjnych  prof. Iwiński, były doradca Leszka Millera ds. międzynarodowych, złapał za pupę   tłumaczkę z Kancelarii Premiera. Komentowaną w mediach sprawę prof. Iwiński nazwał prowokacją, swój gest jedynie  przyjacielskim. Podkreślał, że jego żona również uważa, że sprawa jest nadmiernie interpretowana. Nawet tłumaczka uznała, że rozdmuchana sprawa jedynie ją rozśmiesza.

Prowokacją ze strony co najmniej Komisji Europejskiej usprawiedliwiał się niedawno także europoseł Bogdan Golik, którego belgijska prostytutka oskarżyła o gwałt. Kiedy wybuchła afera, zadzwonił do niego jeden z partyjnych kolegów: –  Powiedziałem mu, że jak był z dziewczyną, to powinien więcej zapłacić, przeprosić, dogadać się normalnie. Ale jak to była prowokacja, to jest utopiony, bo nie po to robili prowokację, aby wygrał w sądzie. Ja tak prywatnie myślę, że to nie była prowokacja, a jedynie nierozwaga.

Paneliści seminarium „Prawo do prywatności a media”, zorganizowanego w 2003 r. w Sejmie przez generalnego inspektora danych osobowych, zgadzali się, że granicą ingerencji mediów w życie prywatne człowieka publicznego powinna być jego godność. Czy nierozstrzygnięty jeszcze przypadek posła Golika był wystarczającym powodem dla przedstawiania go w tabloidach jako gwałciciela? Wydaje się, że sposób prezentacji w mediach ma wiele wspólnego z wewnętrzną polityką tabloidów. A także ich politycznymi sympatiami. W redakcji jednego z nich obowiązuje zasada, że wchodzi się w układy z rządzącymi, nie atakuje polityków z pierwszego rzędu mimo zebranych zdjęć i haków. Obecnie bracia Kaczyńscy, Lepper, Giertych, Marcinkiewicz, Dorn mają status nietykalnych. Natomiast odchodzący prezydent Aleksander Kwaśniewski może zostać nazwany pijanym łajdakiem. Gdy urzędował – taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia. Józef Oleksy, były marszałek Sejmu z SLD, czuje się nawet przez tabloidy prześladowany. Na użytek miesięcznika „Press” policzył: atakowały go w roku ubiegłym aż 26 razy.

Kategoryczni inaczej

Dwa lata temu prof. Jacek Kurczewski, socjolog, opowiadał „Gazecie Wyborczej” o standardotwórczej roli skandalu. Otóż jeśli media opiszą niegodne zachowanie osoby publicznej i to zachowanie poruszy społeczeństwo, a bohater skandalu poniesie jakąkolwiek (nawet towarzyską) odpowiedzialność – następni potencjalni bohaterowie dwa razy się zastanowią, zanim złamią prawo lub naruszą przyzwoitość. Życie publiczne będzie bardziej przejrzyste, skromne i czyste. Jednak żeby kontrowersyjne wydarzenia były dla społeczeństwa wstrząsem – potrzebna jest odpowiednia moralna atmosfera. Oraz poczucie winy bohatera. Z dotychczasowych publikacji na temat nieadekwatnego życia pozazawodowego polityków wynika, że pożywką dla skandalu bywa raczej korupcyjny styk biznesu i polityki (afera Rywina), natomiast kwestie obyczajowe bywają skandalami raczej sporadycznie, w przypadkach ekstremalnych (ewentualny gwałt Golika – tak, podwójne życie Dorna – nie). Według CBOS trzy czwarte Polaków uważa, że polityka dyskwalifikuje udowodniona korupcja, nieco mniejsza grupa  piętnowałaby przynależność do komunistycznej SB. Ale tylko jeden na czterech uważa, że zdrada lub inne przestępstwa rodzinne mają znaczenie dla wiarygodności. Niemniej aż 87 proc. Polaków sądzi, że od polityka trzeba wymagać więcej moralności i uczciwości niż od szeregowego obywatela.

Dla potrzeb tej publikacji sporządziliśmy ankietę, by zbadać zapatrywania samych polityków na tę sprawę. Z odpowiedzi kilkudziesięciu respondentów wynika, że posłowie obecnej kadencji teoretycznie w kwestii wymagań moralnych wobec siebie i kolegów nawet przewyższają społeczne oczekiwania. Nie odmawiają mediom prawa do ingerencji w życie prywatne. Dla przepytanych przez nas posłów to, czy polityk deklarujący poglądy prawicowe zdradza żonę, czy nie, ma znaczenie dla wykonywania przez niego funkcji. Nieco mniejsze – czy żonę zdradza polityk o poglądach liberalnych (tu mniej stanowczy są posłowie SLD, Samoobrony, a PiS). Jest zgoda, że opisać należy polityka upijającego się w miejscu publicznym. Nie ma jednoznacznego potępienia dla pokazania polityka, który imprezuje w miejscu prywatnym (podzielone po połowie głosy PiS, a nawet Samoobrony). Oczywiste wydaje się, że gwałt na prostytutce ma nawet znaczenie dla sposobu sprawowania publicznej funkcji, a dla większości polityków (wyjątki tylko w PiS i Samoobronie) znaczenie ma nawet także samo korzystanie z usług prostytutek. Sławomir Nitras, poseł PO: – Nie należy się spodziewać, że posłowie po otrzymaniu mandatu będą mniej pić, mniej się rozwodzić, a nawet mniej kraść. Uważam natomiast, że jeśli dadzą się złapać – nie mogą mieć do nikogo pretensji. To jest gra publiczna, reguły muszą być czytelne, konsekwencje też. Polityk, niestety, rezygnuje ze swojej prywatności, kiedy decyduje się ubiegać o mandat.

Polityk – mówi prof. Magdalena Środa, filozof – nie musi być bardziej uczciwy niż sprzątaczka, ale musi wiedzieć, że jest znacznie bardziej widoczny, częściej oceniany. 

Łagodni

Jeśli jednak zadać posłom pytanie, czy konkretna publikacja na temat łatwo dającego się zidentyfikować polityka była słuszna, czy też krzywdząca, nie wykazują oni już podobnej determinacji. Kierują się raczej sympatią partyjną. Owszem, za nadużycie powszechnie uznano polowanie na Aleksandrę Jakubowską pod jej domem. Ale już tylko posłowie SLD za niesłuszne uznali opisanie faktu, że były marszałek Włodzimierz Cimoszewicz nie ujawnił posiadania akcji zakupionych za pieniądze córki. Z kolei większość posłów PiS uważająca, że dla polityki ma znaczenie, czy człowiek zdradza żonę, czy nie, jest zdania, że opisywanie wicepremiera Dorna i jego miłosnych przygód było niepotrzebne i stronnicze. Pobłażanie w kwestii obyczajowej rozbrajająco tłumaczy Marek Sawicki z PSL. Lider tej partii Waldemar Pawlak, który znów z impetem chce wrócić na scenę polityczną, to  mężczyzna miłośnie rozchwiany, rozdarty między kilkorgiem dzieci z pozamałżeńskich związków, rozwodzący się z hukiem w świetle reflektorów. Na pierwszy rzut oka w przypadku byłego premiera  daje się zauważyć brak jakiejkolwiek korelacji między deklarowanymi zasadami (PSL to partia statutowo przywiązana do tradycji, rodziny i wartości chrześcijańskich, co w swym politycznym kontrataku prezes teraz eksponuje) a życiem osobistym. Sawicki: – Pan Pawlak padł ofiarą problemów współczesności. Niesprawiedliwie są one przez media wyolbrzymiane.  Nikt nie robi wyrzutów z powodu  przewodniczącego klubu parlamentarnego PiS Przemysława Gosiewskiego (rozwiedziony, ponownie żonaty) czy Ludwika  Dorna (trzykrotnie żonaty,  z przygodami). Ale jeśli to Pawlak, to wtedy już jest coś złego. Ludzie  są ułomni i najistotniejsze jest to, że jest w panu Pawlaku  chęć naprawy. Poseł przypomina, że wielu zacnych polityków, wielu mężów stanu miało problemy z wiernością.  – Utrzymanie rodziny w normach chrześcijańskich nie jest łatwe przy tak dużej aktywności politycznej. Podziwiam tych, którym się to udaje.

W sukurs Markowi Sawickiemu nieoczekiwanie przychodzi Janusz Maksymiuk, poseł Samoobrony.  – Łatwo potępiać ludzi, o których czynach się dowiedzieliśmy. A ilu jest takich, którzy się maskują? Po publikacji niedwuznacznych zdjęć Krzysztofa Filipka i lokalnej działaczki przewodniczący  Andrzej Lepper tłumaczył dziennikarzom, że jeśli chodzi o komentarze polskich internautów, odzew był bardzo pozytywny. Filipek, pisali internauci, to po prostu chłop z jajami, równy gość. Czego się  znów czepiacie, pytał retorycznie przewodniczący. Rzecznik klubu PiS Tadeusz Cymański, poseł wyjątkowo zatroskany o sprawy rodzinne i wychowawcze, też byłby najdalszy od potępienia swoich sejmowych kolegów. Prezes Jarosław Kaczyński upomina czasem, by nie moralizować, tylko dawać przykład własnym życiem. Jednak współczesne życie, konstatuje rzecznik Cymański, jest bardzo skomplikowane, wartości chrześcijańskie są trudne, jest w partii dyskusja nad interpretacją tolerancji. Rzecznik   uważa, że należy kierować się zasadą: Grzechem się brzydź, człowieka miłuj. –  Ci ludzie – przypomina rzecznik – zasługują nawet na więcej serca i miłości. Z pewnością wielu z nich wolałoby mieć jedno prawdziwe małżeństwo. Prof. Magdalena Środa pamięta, jak w czasie programów TV była konfrontowana z obrońcami rodziny, wierności małżeńskiej, którzy krytykowali liberalne podejście do życia, negatywnie oceniali jej działalność (feministka, krytyk Kościoła), a sami wiedli życie grzeszników według swoich standardów (rozwody, kochanki). Magdalena Środa wskazałaby  na zwykły brak poczucia wstydu, zwanego kiedyś honorem.

Co można w domu

Na świecie dyskusje nad tym, na ile w sferze intymnej może pozwolić sobie rządzący, roziskrzyły się przy okazji erotycznych kłopotów Billa Clintona. Przedtem, nawet po rewolucji seksualnej, zagrożone skandalem prowadzenie się władców nie było tematem oficjalnych analiz. Obowiązywała niepisana zasada: dopóki tematu nie podejmą media – nie ma o czym rozmawiać. Dopóki potrafisz zachować swoje słabości w ukryciu – jesteś moralnie czysty. Brian Mc Nair, socjolog mediów, napisał: „W skandalu Moniki Lewinsky najważniejsze nie było to, że prezydenci prowadzą rozwiązłe życie (o tym wiedzieliśmy od dawna), lecz to, że usłyszeliśmy tak wiele  szczegółów dotyczących życia intymnego konkretnego prezydenta i że zachęcono nas do zaopiniowania, czy seks oralny jest związkiem seksualnym i jakie znaczenie w życiu erotycznym mają u człowieka cygara”.

W 1991 r. dwóch amerykańskich politologów ogłosiło wyniki wieloletnich badań, z których wynikało, że gatunek homo sapiens nie jest genetycznie predestynowany do demokracji. Uczeni opisali  rodzaj ludzki jako „gatunek zwierząt wysoce społecznych, o silnej tendencji do hierarchii, posłuszeństwa, dominacji i podporządkowania raczej niż do równości statusu i politycznych wpływów”. Nawet jednak najzagorzalsi zwolennicy psychologii ewolucyjnej nie twierdzą, że akty niewierności małżeńskiej Clintona powinny mu zostać wybaczone lub wręcz potraktowane jako dowód jego przywódczych kwalifikacji. Jeden z nich, Robert Wright, pisze wręcz: „Przeciwstawianie się »zewowi natury« jest częścią koncepcji, na której opiera się nasz system sprawowania władzy. Demokracja polega na tym, że nakłada  ograniczenia na korzyści, które mogą wypływać z wysokiego statusu społecznego. Urząd polityczny jest nadawany przez społeczeństwo, w zamian za to stawiać może ono  swym politykom etyczne wymagania”. Można więc nawet założyć, że ludzie władzy są godni współczucia. W teorii demokracja wydaje się systemem dość represyjnym. Człowiekiem miota pierwotna, związana z posiadaniem władzy żądza, a on zgodnie z umową społeczną powinien walczyć ze swoją niedoskonałością. Żeby wydać się społeczeństwu wiarygodnym, człowiek władzy musi  składać obietnice. Powinien zadeklarować wierność rodzinną. Takie jest społeczne zapotrzebowanie. Kiedy afera z Clintonem w roli głównej osiągała swoje apogeum, w bardziej liberalnej  Europie Zachodniej  pojawiły się głosy (przywołuje je Marek Ostrowski w swej nowej książce „Co nas obchodzi świat”), że stawianie politykom zbyt wysokich wymagań w sferze obyczajowej może czasem zaszkodzić jakości życia publicznego. Taki rygoryzm może doprowadzić do promowania polityków poprawnych, lecz bezbarwnych, miernot albo zręcznych łgarzy.

Kryteria dostępu do polityki w Polsce nie są zbyt wysokie, a nawet nie są zgodne ze standardami europejskimi. Gdy norweski minister pozwolił sobie na seksistowski dowcip – stracił pracę. W Polsce można bez żadnych obaw stosować język wykluczenia. Prof. Magdalena Środa  uważa, że  zatarta jest  różnica między normami prawnymi, moralności prywatnej, religijnej  a normami życia publicznego związanymi  z pełnieniem ról zawodowych. W domu każdy może puszczać wiatry, opowiadać antysemickie dowcipy, mówić: pedały, albo że Żydzi organizują się w spiski, że ma się w oczach kurwiki i że nie jest możliwe zgwałcenie prostytutki. W miejscu publicznym, zgodnie z normami etykietalnymi, tego robić nie wolno.

Prywatnością w wyborcę

W ostatnim czasie można odnieść wrażenie, że politykom czasem wręcz zależy na obnażeniu swej prywatności. Chodzi o ekshibicjonizm, lecz kontrolowany, z bogatym instrumentarium w postaci służb public relations. Słowem – o manipulowanie mediami, w którym obecna ekipa rządząca odnosi wielkie sukcesy. Premier Marcinkiewicz nie został więc w grudniu ubiegłego roku przyłapany na nartach w Zakopanem. Sam zaprosił dziennikarzy na ekskluzywną konferencję na stoku. Kiedy ogłaszał ustawę o emerytach, dziennikarze „Faktu” gościli u jego rodziców. Ewolucję w podejściu do mediów obrazują dobrze reakcje polityków złapanych pod wpływem alkoholu i opisanych w mediach. Kiedy w 1999 r. prezydent Kwaśniewski chwiał się w Charkowie, oficjalne komunikaty mówiły o uszkodzonej goleni. Były poseł SDPL Grzegorz Gruszka, który wywołał po pijaku szamotaninę po obchodach barbórki w 2004 r., tłumaczył, że tylko pił, ale nie połykał. Wypluwał. Po spowodowanej w 2005 r. kolizji posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska (0,24 promila we krwi) przysięgała, że dzień wcześniej wypiła lampkę koniaku. Zdesperowany Alfred Owoc z Unii Pracy wmawiał policjantom z drogówki, że to, czym pachnie mu z ust, jest jedynie spryskiwaczem do szyb.

W tym kontekście poseł Samoobrony Janusz Wójcik jest politykiem nowej generacji. Trzy miesiące temu wracał autem do domu z Balu Mistrzów Sportu. Zatrzymany przez policję, zgodził się nadmuchać w alkomat, co zaowocowało wynikiem 1,3 promila alkoholu w wydychanym powietrzu i odebraniem prawa jazdy. Poseł nie miał pretensji do dziennikarzy o nagłośnienie sprawy (za samochodem Wójcika podążyły kamery), wręcz przeciwnie, okazywał skruchę. Dziennikarze chwalili Wójcika za brak buty oraz autorefleksję. Poseł poszedł za ciosem, ale już nie przeprasza („Od uderzania się w piersi w ramach pokuty mógłbym dziurę sobie tylko wybić”). Podjął za to pracę w fundacji Homo Homini. Bierze udział w kampanii antyalkoholowej „Lato bez procentów”. Jest nawet jej twarzą. Niepowodzenia na niwie prywatnej nie tylko nie ukrywa i nie tuszuje. On moralną klęskę przekuwa w medialny sukces.

Według prof. Macieja Mrozowskiego postępująca amerykanizacja kultury medialnej i komercjalizacja mediów sprawiają, że politycy zachłystują się sprzedażą własnej prywatności w mediach. Zanosi się na inwazję. Nawet powściągliwy w kwestii własnego życia pozasejmowego Jarosław Kaczyński zatrudnił asystenta, który wyjawia, że prezes żyje skromnie i jest człowiekiem wybitnie ideowym. Za chwilę problemem może być nie ochrona polityków przed wścibskimi mediami, ale ochrona mediów i publiczności przed politykami, a raczej ich nachalnym PR.

Ewa Winnicka
współpraca Anna Dąbrowska

 Korzystałam m.in. z książki Krzysztofa Szymborskiego „Poprawka z natury”.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj