Terlikowski: Przestańmy się bać
Na lękach nie można zbudować debaty czy choćby rozsądnej polityki.

Nie lękajcie się – powiedział na początku swojego pontyfikatu Jan Paweł II. I choć było to wezwanie skierowane do ludzi na całym świecie, to blisko ćwierć wieku po wypowiedzeniu słowa te niezwykle trafnie diagnozują polski problem numer 1. A jest nim nieustający lęk! Boimy się w Polsce niemal wszystkiego. I nieustannie – ze zgrozą w oczach – pytamy: co powiedzą Europejczycy na temat naszych politycznych decyzji, czy wypowiedzi premiera Jarosława Kaczyńskiego nie zaszkodzą naszemu wizerunkowi, czy przywiązanie do tradycji i manifestowanie patriotyzmu nie zostanie uznane za nacjonalizm? A z drugiej strony (bo przecież lęki mają w Polsce niemal wszyscy) – czy unijne podręczniki nie zaszkodzą edukacji naszych dzieci, czy debata nad lustracją w Kościele nie zaszkodzi autorytetowi duchownych, czy krytyczne teksty o obecnie rządzących nie zaszkodzą naszej opinii w świecie?

Te lęki utrudniają, a niekiedy wręcz uniemożliwiają, nie tylko poważną debatę nad Polską i polskimi problemami, ale nawet realne zmienianie Polski. Każde odważniejsze stwierdzenie o potrzebie realizowania jakiejś wizji Polski (nieważne, prawicowej czy lewicowej, konserwatywnej czy postępowej) powoduje natychmiast reakcję w postaci sugestii, żeby nic nie zmieniać, nic nie ruszać, bo nie wiadomo, co pomyślą sobie w Brukseli, Rzymie albo Moskwie. Tak było i w przypadku projektów zliberalizowania jak i zaostrzenia przepisów broniących życie, tak było, gdy zgłaszano projekty dekomunizacji (dla niepoznaki noszącej nazwę deubekizacji) czy bardziej radykalnej lustracji.

Na nieustanny lęk przed opinią innych nakłada się jeszcze strach przed zepsuciem czegoś. Nie róbmy nic, bo przecież możemy jeszcze zepsuć coś, co niezbyt sprawnie, ale jednak działa – sugerują publicyści i politycy. Symbolem takiego myślenia może być tekst jednej z publicystek, która broniąc ministra Zbigniewa Religi przed ewentualną dymisją napisała, że lepszy minister, który nic nie robi, niż taki, który coś zepsuje. Trudno o lepsze podsumowanie tej dość specyficznej właściwości naszego myślenia, które w każdym zdecydowanym działaniu dostrzega rewolucję, radykalizm, a przynajmniej zerwanie z dobrą praktyką poprzedników (czyli z nieróbstwem).

Skutek takiej postawy jest taki, że w miejsce poważnej dyskusji nad geopolityczną strategią Polski, miłosierdziem i sprawiedliwością w Kościele czy reformą służby zdrowia mamy nieustające przerzucanie się lękami. Jedni boją się Unii Europejskiej, inni odrzucenia przez nią; dla jednych głównym biesem pozostaje konserwatywna prawica, którą trzeba zniszczyć wszelkimi możliwymi sposobami, dla innych salon; jedni z przerażeniem w oczach pytają: kto stoi za lustracją w Kościele, a inni sugerują, żeby aż tak się nie bać, bo przecież zawsze może być gorzej.

Tyle że na lękach nie można zbudować debaty czy choćby rozsądnej polityki. Dlatego tak istotny jest powrót do wezwania Jana Pawła II: nie lękajcie się! To, co powiedzą o nas zachodni dziennikarze i publicyści, to, jak skomentują nasze decyzje politycy i jaki obraz nas będą w sobie nosić – to ich sprawa. My mamy urządzić nasz dom.

Tomasz P. Terlikowski
doktor filozofii, tłumacz, publicysta „Rzeczpospolitej”

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj