Lustracyjny kołek
Weszło w życie prawo nakazujące setkom tysięcy obywateli złożenie zeznania, że nie współpracowali ze służbami PRL. Ta nielogiczna i niegodziwa ustawa domaga się powszechnego bojkotu.
1 Lustratorzy sprawujący obecnie władzę w naszym kraju stosują niedopuszczalny szantaż – nieobalalny argument cui bono (w wersji „komu to przeszkadza”). Na konferencji prasowej 9 marca prezydent Kaczyński powiedział, że opór „części niektórych środowisk” akademickich i dziennikarskich świadczy wymownie, że lustracja była potrzebna. Politycy lubują się w aluzjach, powiedzmy więc wprost: prezydent twierdzi, że ci, którzy sprzeciwiają się lustracji – m.in. my – boją się o własną skórę. To brzydka aluzja, wręcz insynuacja: nie chcą się lustrować, widać nabroili – tak mieli to odebrać i tak odbierają zwolennicy fundującego nam dziś odnowę moralną reżimu PiS/LPR/Samoobrona.

W „Rzeczpospolitej” z 13 marca wspierający obóz władzy socjolog-filozof Zdzisław Krasnodębski wypowiada się pod tchnącym populizmem tytułem „Rozpaczliwa próba sprzeciwu wobec woli większości”: „Znaczna część dziennikarzy od samego początku atakowała rządy PiS, a niechęć do lustracji i lęk przed nią były jednym z najważniejszych źródeł tej wrogości. Często starano się to ukryć pod szlachetnie brzmiącymi hasłami. Dzisiaj, gdy posuwają się do środków tak drastycznych jak bojkot prawa, widać, jak ważny był to motyw. Niektórzy dziennikarze od początku robili wszystko, żeby lustracja ich środowiska nie doszła do skutku. Bezpardonowo krytykowali najpierw samą ideę lustracji, potem ustawę lustracyjną, a teraz, gdy wchodzi ona w życie, sięgnęli po środki ostateczne”. Sprawa jest prosta – nami kieruje „lęk”, Krasnodębskim, w domyśle, „odwaga”. My „ukrywamy”, on „wyjaśnia”.

2 Szantaż lustratorów jest selektywny, wymierzony w ideowo-politycznych przeciwników. Historycy z IPN latami wciskali kit, że wszystkie papiery SB są absolutnie wiarygodne (kto nie wierzy, niech zapozna się z licznymi wypowiedziami na ten temat nie tylko Antoniego Dudka, ale i cenionych przez nas Andrzeja Paczkowskiego i Andrzeja Friszke). Czy te akta mogą kłamać? Ależ skąd! Kiedy dopadnięto „ich ludzi”, lustratorzy zmienili front o 180 stopni, dziwiąc się przy tym bardzo, że im się to teraz wytyka.

Akta, okazało się dobitnie, kłamią jak najęte. Okazało się to całkiem niespodziewanie – kiedy na czystym z definicji panu premierze zaciążyło przykre podejrzenie, że w stanie wojennym podpisał lojalkę i może dlatego nie został internowany. Nagle okazało się, że materiały SB nie są wiarygodne, wprost przeciwnie. Tzn. są, tylko w teczce premiera pogrzebały już służby III RP. Potem pojawiła się sprawa Zyty Gilowskiej – kolega po przyjacielsku założył jej teczkę „współpracownika”, do której wpisywał to, czego się dowiedział z rozmów z nią i innymi „współpracownikami”. I w końcu wielka – wręcz monumentalna – lustracja Kościoła. My, wykształciuchy, nie wiedzieliśmy, cieszyć się czy płakać – cieszyć się, że argumenty lustratorów-moralistów legły w gruzach, czy płakać, że oni tego nie zauważyli.

Absurdalność zamysłu jest porażająca – grupa obywateli IV RP miałaby zlustrować drugą grupę: uczeni uczonych, dziennikarze dziennikarzy, adwokaci adwokatów itd.; ściślej: „czysta” część drugą, „podejrzaną”; jeszcze ściślej, zrobią to w ich imieniu urzędy. Przyjrzeliśmy się ustawom i stwierdziliśmy, że jest jeszcze gorzej.

3 Literalnie rzecz biorąc, polskiej lustracji podlega duża liczba ludzi w Polsce i na świecie. Art. 7. nie precyzuje, że chodzi tu o obywateli polskich urodzonych przed 1 sierpnia 1972 r. Na tym nie koniec, bo art. 2.2. stanowi, że „do organów bezpieczeństwa państwa w rozumieniu ustawy należą także organy i instytucje cywilne i wojskowe państw obcych” o zadaniach podobnych do zadań organów rodzimych, np. amerykańskie jednostki ochrony wybrzeża. Przypuśćmy, że jakiś obywatel USA, profesor, poinformował strażników atlantyckich granic tego państwa o terroryście płynącym kajakiem w stronę Florydy. Znaczy to (art. 3a.2), że współpracował z polskimi organami bezpieczeństwa?

Przypuśćmy, że drogą tzw. wykładni celowościowej unikniemy tak absurdalnych konsekwencji. Co jednak zrobić z obywatelami innych państw pracujących jako profesorowie lub choćby adiunkci w polskich uczelniach, a także członkowie zarządów i rad nadzorczych polskich spółek? Co zrobić z agentami państw obcych, kontaktującymi się ze służbą bezpieczeństwa PRL, np. agentami watykańskimi współpracującymi przy przygotowywaniu wizyt Jana Pawła II? Co z tymi, którzy byli obywatelami polskimi, ale już nie są, i tymi, którzy są, ale dawniej nie byli? A co zrobić z takim, co złożył oświadczenie, że współpracował, a IPN w swej dobroci wykazał mu, że jednak nie. Trzeba wyrzucić z pracy za kłamstwo lustracyjne?

A oto kolejne nonsensy. Art. 29a.1. zabrania posiadania bez tytułu prawnego dokumentów organów bezpieczeństwa państwa (dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi o organy polskie, aczkolwiek szersza interpretacja jest całkowicie dopuszczalna). Załóżmy, że czyjaś żona nie dostała paszportu w 1983 r., odwołała się do MSW i otrzymała odpowiedź. Małżeństwo rozpadło się, ale dokument jest w posiadaniu jej byłego męża. Ponieważ on nie wydał go IPN, winien iść za kratki na co najmniej trzy miesiące, a niewykluczone, że i na 5 lat.

4 Dalsze nielogiczności? Wielu naukowców pracuje na kilku etatach, często też są współpracownikami czasopism lub pracują w redakcjach. Np. my troje jesteśmy naukowcami, dwoje pracuje na uczelniach, a wszyscy pisujemy do gazet. Czy za niezłożenie w terminie oświadczenia (na uczelni) o wcześniejszym złożeniu oświadczenia lustracyjnego z tytułu bycia dziennikarzem grozi odwołanie z funkcji na uczelni i na odwrót? Może tak, może nie.

Kto jest dziennikarzem, precyzuje ustawa o prawie prasowym z 26 stycznia 1984 r. – praktycznie każda w miarę piśmienna osoba. „Prasą” w rozumieniu art. 7.2.1 są graffiti na murze i napisy w naszych prywatnych toaletach, jeśli odwiedza je dostatecznie wielu gości. W myśl art. 7.2.5 „dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji”. Art. 7.2.4 definiuje jasno: „materiałem prasowym jest każdy opublikowany lub przekazany do opublikowania w prasie tekst albo obraz o charakterze informacyjnym, publicystycznym, dokumentalnym lub innym, niezależnie od środków przekazu, rodzaju, formy, przeznaczenia czy autorstwa”. Lustracji podlega więc autor wyrzuconego do kosza listu do redakcji. Ilu jest takich dziennikarzy na całym świecie? A fotoreporterzy, a tłumacze tekstów do gazet, a zagraniczni pisarze, eksperci, politycy wypowiadający się w polskiej prasie? Wszyscy mają składać oświadczenia?

Nazywanie osób zatrudnionych na stanowiskach profesorów i adiunktów „osobami pełniącymi funkcje publiczne” jest dziwolągiem semantycznym. Przepisy o pozbawianiu funkcji akademickich z tytułu odmowy złożenia oświadczeń lustracyjnych lub złożenia nieprawdziwych są sprzeczne z ustawami o szkolnictwie wyższym oraz o stopniach i tytule naukowym. Dziwactwem jest to, że sankcja za niezłożenie oświadczenia w terminie działa z mocy prawa, a za złożenie fałszywego dopiero po prawomocnym wyroku sądowym. Można więc być kryształowo czystym i zostać ukaranym surowiej niż kłamca lustracyjny. Ustawa lustracyjna wprowadza też nierówność pomiędzy grupami funkcjonariuszy publicznych. Np. sędziowie mają tryb szczególny, postępowanie dyscyplinarne, a odpowiedzialność osób pełniących funkcje publiczne, ale zatrudnionych w sektorze prywatnym (niezła gra słów), będzie trudna do wyegzekwowania, na co zresztą zwrócono już uwagę.

I niby dlaczego osoby pełniące funkcje publiczne mają być napiętnowane, a ci, którzy donosili prywatnie, nie? Czym sobie zasłużył donoszący profesor emerytowany, że sprawa go nie dotyczy w porównaniu z niedonoszącym, ale czynnym? Nie domagamy się rozszerzenia lustracji, wskazujemy jedynie na absurdalne konsekwencje obecnego uregulowania.

Co do reakcji poszczególnych środowisk, bardzo nam się nie podoba lustracyjny partykularyzm. O cynizmie polityków PiS już wspomnieliśmy, ale najbardziej kuriozalna była reakcja Kościoła katolickiego, autorytetu moralnego. Oficjalny Kościół milczał przez długie lata, kiedy gnojono innych, odezwał się zaś natychmiast, kiedy sam stał się celem. Teraz twierdzi się, że współpracownikami służb specjalnych stawali się księża szantażowani albo chcący coś załatwić z władzami PRL – np. materiały na budowę kościoła (inni TW, rozumiemy, szantażowani nie byli). Nagle okazało się, że sprawa jest „poważna”, ma „głęboki” wymiar i charakter oraz wymaga „głębokiego namysłu” i „pochylenia się z troską”. I teraz wszyscy głęboko się namyślają i pochylają.

Pewnie przez niedopatrzenie lustracją mają być objęci redaktorzy gazetek i biuletynów parafialnych. Ale szef KAI od razu wyjaśnił, że sprawa ma wymiar tylko moralny i lustrować się nie powinni. Ciekawe, że socjolog-filozof Krasnodębski przeoczył ten szczegół i nie rozprawia o bojkocie prawa w parafiach...

5 Lustracja jest zamysłem generalnym, a nie partykularnym, strategicznym, a nie taktycznym. Nie istnieją odrębne lustracje polityków, Kościoła katolickiego, uczonych, dziennikarzy itp. Jest pomysł ludzi, którzy doszli do wniosku, że potrzebne jest w Polsce katharsis – od katharos, czysty – że to oni jego dokonają i że zamieni ono Polskę z postkomunistycznego, pookrągłostołowego koszmaru w raj IV RP. I uważają, że da się za pomocą prawa rozwiązywać problemy moralne.

Co jednym się podoba, w nas budzi niesmak etyczny i legalistyczny. W praworządnych krajach – jak na razie jeszcze i w Polsce – prawo nie wymaga samooskarżenia, autodenuncjacji. Przeciwnie, pozwala obwinionemu przez innych, np. prokuratora, bronić się wszelkimi sposobami. A tu trzeba składać oświadczenia w niewiedzy, czy ma się teczki, co w nich jest, a także w sytuacji, w której jakiś historyk IPN decyduje, czy dokumenty są wiarygodne, czy nie, ostatnio z powołaniem się na ogólne reguły działania organów bezpieczeństwa, ale za to bez przywołania konkretnych faktów.

O idei lustracji można byłoby porozmawiać poważnie, gdyby jej poważni zwolennicy nie trzymali niezrozumiale sztamy z niepoważnymi, zatrudnianymi obecnie na wysokich stanowiskach – gdyby można było mieć zaufanie do tych, którzy ją zaprojektowali i będą nadzorować. O IPN już mówiliśmy – teraz dodamy, że nie możemy ufać instytucji, z której informacje wyciekały tak obficie i prawie tylko w jednym kierunku.

Skoro naczelnych tropicieli spisków nie stać na lojalność wobec najbliższych współpracowników – Marcinkiewicza, Dorna, Wildsteina – to jakiej ich postawy oczekiwać wobec innych, zwłaszcza, cytujemy, „hołoty” lub tych, którzy „stoją teraz tam, gdzie kiedyś stało ZOMO”? Tym bardziej że premier (on osobiście, według nowego prawa, powołuje szefa Biura Lustracyjnego IPN) już grozi zmianą przepisów, o ile lustracja będzie bojkotowana. Już słychać wezwania do „przestrzegania twardych rygorów ustawy lustracyjnej”. O ile ktoś nie pamięta, to tak mówiono o dekrecie o stanie wojennym.

6 W TV Trwam – ulubionym medium władzy – zatrudniony na stanowisku wiceministra Antoni Macierewicz oznajmia, że PZPR to „struktura sowiecka, namiestnicza, która gwarantowała podległość Polski i Polaków wobec hegemona sowieckiego”. Przy tego rodzaju nastawieniu można się po lustracji spodziewać najgorszego. Zapomina Macierewicz, że w PZPR było w porywach 3,5 mln Polaków – ok. 10 proc. ogółu populacji, licząc łącznie z niemowlętami – sporo było też w ZSL i SD, nie wspominając o powszechnej i powszedniej „współpracy” niezorganizowanej, a prawie wszyscy pozostali obywatele PRL uczestniczyli w relacjach z władzą, a więc „wspierali biernie lub czynnie system”. Nie mieli wyboru, po prostu żyli. Nie byli sowieckimi namiestnikami tylko normalnymi ludźmi. Udawanie, jak teraz udają propagandziści od polityki historycznej i historii politycznej, że PRL nie różnił się niczym od hitlerowskiej okupacji, jest historycznym kłamstwem. Nie mamy pretensji do współpracujących i współżyjących z Polską Ludową 99,99 proc. mieszkających w niej Polaków. Mamy pretensję do trzydziestoletnich lustracyjnych hunwejbinów z IPN, słuchających demagogicznych sloganów prezydenta, premiera i ich propagandowych przekaźników jak panowie Legutko czy Krasnodębski, świetnie pamiętających PRL i ówczesną rzeczywistość.

Tajne i jawne służby PRL były służbami, podkreślmy, legalnymi, choć oczywiście, podkreślmy i to, na ogół wrednymi i niegodziwymi. Ale paskudne bywają służby współczesne – polskie, niemieckie, amerykańskie, francuskie. Współpraca z nimi nie była i nie jest karana (może co najwyżej powodować oburzenie moralne, zapewne nie w każdym środowisku i nie w każdej sprawie). Osobiście nie gustujemy w mundurach, lampasach, karabinach i szyfrach – nie lubimy żadnych „służb” (i vice versa). Jednak sprzeciwiamy się z zasadniczych powodów lustracyjnemu automatyzmowi. Lustratorzy przypominają, że agenci mieli na sumieniu cierpienia (a nawet śmierć) ludzi, na których donosili. Przypominamy, że III RP przyjęła ustawę o nieprzedawnieniu zbrodni komunistycznych, pozwalającą karać takich zbrodniarzy.

Lustratorzy chcą raz na zawsze oddzielić „czystych” od „naznaczonych” – żeby każdy wreszcie wiedział, kto nadaje się do raju IV RP, a kto wyląduje w piekle. My zaś wiemy, że życie zbiorowe jest niestety – beznadziejnie, koszmarnie – naznaczone złożonością moralną, o czym wie literatura, socjologia i wielu filozofów. Żeby ocenić czyjeś postępowanie, musielibyśmy znać – nie czują tego zupełnie pasjonaci lustracji – okoliczności zostania TW lub esbekiem, znać przebieg służby i treść donosów, także wcześniejsze i późniejsze życie, decyzje, zachowania. Jedni potępią jedno, inni to samo wybaczą, a co dla jednych będzie godne potępienia, dla innych okaże się wybaczalne. I na odwrót.

Od zmiany ustroju minęło niemal 18 lat, a od czasu współpracy ze służbami często o wiele więcej – gdyby ktoś siedział za pobicie, miałby już karę zatartą, a gdyby go nie nakryli, zapewne postępowanie miałby umorzone. Jeśli natomiast ktoś był agentem SB (nawet przez chwilę w latach wczesnej młodości), ma być napiętnowany po grób i dalej. Temu też jesteśmy przeciwni.

Nie mamy nadziei przekonać oponentów, bo opinie w kwestii lustracji, podobnie jak aborcji, wydają się nam wzajemnie niekomunikowalne – mówimy empirycznie odrębnymi językami. Wyznawcy IV RP chcą przebić osinowym kołkiem komunistycznego wampira, a my czujemy się coraz bardziej wampirami pamiętającymi, jak było naprawdę.

Wedle nas dokonaliśmy jako kraj i społeczeństwo historycznego cudu – zmieniliśmy zły i głupi ustrój na dobry – co więcej, dokonaliśmy tego wbrew ruskim strachom i bez (niemal) kropli przelanej krwi. Nie jesteśmy już dzisiaj w RWPG i Układzie Warszawskim, tylko w UE i NATO. Nie przez „zdradę przy Okrągłym Stole”, tylko dzięki niewiarygodnemu sukcesowi, jakim było zbawienne porozumienie rozumnych polskich elit. Teraz ktoś chce to zniszczyć, zatrzeć w pamięci. Niegodziwie i bezrozumnie.

Dr Sergiusz Kowalski jest socjologiem i publicystą,
dr hab. Nina Kraśko jest socjologiem, pracuje w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW,
prof. dr hab. Jan Woleński jest filozofem i prawnikiem, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj