szukaj
Dlaczego do uznania świętości papieża potrzebne były cuda?
Po co cuda?
Nawet katolicy mówią, że nie potrzeba im nadzwyczajnych dowodów świętości Jana Pawła II. Dla nich dowodem jest całe życie Karola Wojtyły i jego pontyfikat.
Barcex/Flickr CC by 2.0

Podobnie reaguje wielu niewierzących. Określają się zwykle jako racjonaliści – cuda i wszelkie inne religijne niezwykłości nie mieszczą się w ich definicji racjonalności. A może wręcz obrażają ich poczucie sensu i ładu.

Za to chętnie przyznają, że Karol Wojtyła był największym Polakiem. Taki też był wynik plebiscytu wśród czytelników „Polityki” na koniec XX w., a akurat naszym czytelnikom raczej się nie zarzuca klerykalizmu i ulegania pobożności ludowej. Największym Polakiem – to znaczy postacią, która zmieniła na korzyść bieg naszej historii i postrzeganie Polski w świecie. Tymczasem Karol Wojtyła wierzył w cuda, o czym niżej. Wprawdzie wybitny niekoniecznie znaczy święty, ale myślę, że i niewierzący mogą zaakceptować świętość w znaczeniu bohaterstwa etycznego.

Święty jest ten, kto praktykuje dobro w sposób wyjątkowy. Kimś takim była Matka Teresa z Kalkuty, opiekunka bezdomnych. Wzbudzała podziw i szacunek ponad podziałami wyznaniowymi i politycznymi. Dla prawie wszystkich było jasne, że działa nie szukając korzyści prywatnych, wyłącznie dla dobra sprawy. Stała się wręcz twarzą Kościoła we współczesnym świecie.

Czasem próbowano ją nawet przeciwstawiać papieżowi Wojtyle. Że niby matka Teresa to Kościół dobry, ubogi, zaangażowany społecznie, a papież to symbol Kościoła triumfalistycznego, żądnego władzy, a obojętnego na ludzką biedę. Matka Teresa była więc bożyszczem lewicy, papież Polak – wstecznikiem. W rzeczywistości tworzyli oni tandem – choćby w kwestii aborcji – a Jan Paweł II po jej śmierci skrócił wymagany prawem kościelnym czas oczekiwania na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego.

Widać dla samego papieża świętość siostry z Kalkuty była oczywista i tak wielka, że nie wahał się – on, najwyższy kościelny prawodawca i stróż tegoż prawa! – naruszyć ustalonych zasad. Teraz oczekują tego od Kościoła rzesze wiernych w odniesieniu do samego Jana Pawła: ogłoście go świętym natychmiast! I Benedykt XVI wyszedł temu naprzeciw, skracając terminy, podobnie jak Jan Paweł II w przypadku Matki Teresy. Ale więcej katolicy raczej nie mogą oczekiwać. Procedury są jednak procedurami. Pomagają m.in. bronić się przed fałszerstwami i naciskami. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa do uznania świętości wystarczyła zgodna wola wiernych. Dziś specjalny urząd watykański bada ponad 300 wniosków o kanonizację. Prosta „demokracja” świętości jest już niemożliwa.

***

Fama głosi, że grupa teologów proponowała Janowi Pawłowi, by w ramach reformy prawa kościelnego porzucić wymóg cudu przy orzekaniu świętości kandydata/kandydatki na ołtarze. Reforma obniżyła próg – jeden cud przy beatyfikacji, czyli dopuszczeniu kultu lokalnego, dwa przy kanonizacji, czyli dopuszczeniu kultu w całym Kościele katolickim, ale wymogu nie zniosła. Papież uznał, że cud jest jakby nadprzyrodzoną pieczęcią potwierdzającą, że Kościół się nie pomylił.

Od niewierzących nie oczekujemy wiary religijnej. W otwartym pluralistycznym społeczeństwie możemy jednak oczekiwać, że uszanują oni poglądy wierzących (i vice versa) także w kwestii cudów. Wśród wierzących nie brak ludzi wykształconych nie gorzej niż ateiści i agnostycy. Są wśród nich i tacy, którzy we własnym życiu doznali tego, co religia nazywa cudem. Kiedy słyszą, że wiara jest nie do pogodzenia z rozumem, a w szczególności, że wiara w cuda jest objawem kalectwa umysłowego i emocjonalnego infantylizmu, mogą się poczuć tak samo obrażeni jak niewierzący racjonaliści.

Chrześcijaństwo ufundowane jest przecież na cudzie zmartwychwstania. W porównaniu z tym centralnym zdarzeniem wiary wszystkie inne niezwykłości i cudowności są niemal naukowym faktem. Skoro Jezus mógł wstać z martwych, wszystko jest możliwe i nie zakłóca porządku natury. Sam Jezus czynił cuda. Dla wierzących mają one sens religijny i duchowy, a nic z efekciarstwa. Na przykład rozmnożenie chleba to zapowiedź dostępnej dla wszystkich eucharystii. Uleczenie trędowatego – obietnica, że Bóg pragnie zbawienia nawet dla największych grzeszników.

Dla chrześcijan cud jest znakiem Bożej obecności, spełnienia obietnic i opieki nad światem ludzkim. To dlaczego Bóg nie interweniował w obozach zagłady – kontrują laicy – dlaczego nie wysłuchał modłów tylu ludzi, a tylko tej czy innej osoby? Pamiętam, jak na te trudne pytania odpowiadał młodzieży ks. Józef Tischner. Pytacie, gdzie był Bóg w Oświęcimiu czy na Kołymie? Był z więźniami – cierpiał z nimi.

Chrześcijaństwo uczy, że zło jest ceną, jaką płacimy za wolność. Bóg mógł zaprogramować ludzi jako automaty wykonujące jego zachcianki, ale wolał stworzyć człowieka na swoje podobieństwo, to znaczy jako istotę obdarzoną umysłem i zdolnością wyboru. Także wyboru zła. Jednak teologia chrześcijańska nie odpowiada wyraźnie, na jakiej zasadzie Bóg mimo to wkracza bezpośrednio w historię narodów i jednostek, czyli sprawia cud. Niektórzy teolodzy katoliccy wyrażają przypuszczenie – nie jest to oficjalna nauka Kościoła – że może Bóg nie chce chwytami rodem z Hollywoodu lub bajek dla dzieci zyskiwać poklasku tłumów. Przecież Chrystus mógł powalić swych katów, a jednak dał się ukrzyżować. Szydzono, że uwierzą, jeśli zejdzie z krzyża. Bóg – tak jak my – korzysta ze swej wolności według własnego uznania.

***

Cudami epatują bardziej media niż współczesny Kościół. Kościół oficjalny jest bardzo ostrożny i bardzo powściągliwy w dziedzinie cudów. Doniesienia o nich napływają z całego świata katolickiego. Najczęściej w związku z kultem maryjnym, tak bliskim Karolowi Wojtyle. A jednak Kościół prawie nigdy nie potwierdza ich autentyczności mocą swego autorytetu.

Tak było ze słynnym Medjugorie w Bośni, gdzie Maryja miała się ukazywać od 1981 r., czyli niemal od początku pontyfikatu Jana Pawła. Miejsce zaczęło przyciągać tysiące pielgrzymów, presja wiernych rosła, a jednak Kościół nie zmienił zdania do dziś. Nieufność władzy kościelnej budziła natura maryjnych wizji – zdarzających się niemal na żądanie – a także uwikłanie sprawy w lokalny konflikt między biskupem ordynariuszem i franciszkanami.

A już całkiem podejrzane musiało się wydawać, że pod koniec lat 90. w nieodległej wiosce trzem jej młodym mieszkańcom miała się ukazać twarz Chrystusa – tak jakby okolica pozazdrościła Medjugorie sławy i dochodów. Jan Paweł II nigdy tam nie pojechał, bo jego obecność w Medjugorie oznaczałaby, że Kościół instytucjonalny potwierdza nią autentyczność objawień.

Odwiedził natomiast maryjne sanktuaria w Fatimie i Lourdes. Fatima nabrała dla papieża szczególnie mistycznego znaczenia. Zamach Agcy zdarzył się dokładnie w rocznicę pierwszego fatimskiego objawienia maryjnego – 13 maja. Papież wierzył, że zawdzięcza swoje ocalenie – graniczące z cudem – Matce Bożej. I że miała ona decydujący wpływ na upadek komunizmu w naszej części Europy (zapowiadany w tak zwanej tajemnicy fatimskiej) – wydarzenie historyczne, które też można uznać za graniczące z cudem, nawet z perspektywy laickiej.

Francuskie sanktuarium maryjne w Lourdes działa od 150 lat. Co roku odwiedza je 5 mln ludzi i co roku do specjalnej komisji medycznej zgłaszanych jest średnio 35 cudownych uzdrowień. Tylko kilka doczeka się gruntownego zbadania, przez 150 lat około 70 uznano ostatecznie za cudowne. Komisję tworzą lekarze i fachowcy związani ze służbą zdrowia, jej członkami lub współpracownikami mogą być ludzie innych wyznań lub niewierzący.

***

Ustalono listę warunków, pod którymi można dany przypadek uznać za uzdrowienie niedające się wytłumaczyć medycznie, czyli cud. Tak więc musi być pewność, jaką diagnozę postawiono pierwotnie i że była prawidłowa; diagnoza powinna stwierdzać, że choroba jest nieuleczalna przy obecnym stanie wiedzy medycznej; muszą być dowody, że wyzdrowienie nastąpiło w Lourdes; wyzdrowienie musi być natychmiastowe, całkowite i trwałe (bez nawrotów choroby). Jak widać, Kościół ustawił poprzeczkę wysoko. Na podobnej zasadzie Kościół orzeka o prawdziwości wszelkich domniemanych cudów uzdrowień, a w przypadku cudownych objawień, czyli indywidualnych wizji, radzi się nie tylko teologów, lecz psychologów i psychiatrów. I dlatego tak mało jest cudów potwierdzonych przez Kościół.

Przypadek siostry Marie Simon-Pierre prześliznął się przez to ucho igielne. U francuskiej zakonnicy sześć lat temu zdiagnozowano nieuleczalną chorobę Parkinsona. Postępy choroby zmusiły zakonnicę do prośby o zwolnienie z obowiązków. Modliła się do zmarłego papieża Wojtyły, który za życia też chorował na Parkinsona. Dokładnie dwa miesiące po śmieci Jana Pawła II objawy choroby ustąpiły nagle i całkowicie. Siostra Maria napisała imię papieża czytelnie, czego wcześniej nie potrafiła. Mogła wrócić do normalnego życia i pracy na oddziale położniczym. Od 2 czerwca 2006 r. do końca marca 2007 r., kiedy zakonnica opowiedziała swoją historię mediom, przypisując uzdrowienie wstawiennictwu Jana Pawła II, objawy choroby nie powróciły.

Nim przypadek siostry włączono do akt procesu kanonizacyjnego papieża, musiał on zostać prześwietlony przez ekspertów na podobnej zasadzie jak cuda z Lourdes. Ale Kościół otacza takie dokumenty tajemnicą. Zachęca to do spekulacji. Niekiedy ocierają się one o typowe myślenie spiskowe. Nie znając dokumentacji, jedni postawili więc tezę, że to nie był Parkinson, drudzy sugerowali, że za cudem stoją siły konserwatywne w Kościele, którym zależy na odbudowie pozycji katolicyzmu w laickiej Francji. Sama siostra Maria nie sprawiała w telewizji wrażenia osoby manipulowanej czy manipulującej na rozkaz Kościoła. Wyglądała po prostu na szczęśliwą. Ta radość mogła się udzielać, ale chyba nie zagrażała świeckości Republiki.

Taka radość bywa źródłem nadziei. Bywa, że niewierzący jeżdżą do Lourdes, gdy medycyna i nauka nie są w stanie pomóc im lub ich najbliższym. Bywa także, że wierzący tracą wiarę przez zło i cierpienie. Mówi to coś istotnego bardziej o naszej psychice niż o cudach, ale właśnie dlatego lepiej nie zajmować w tej kwestii zbyt twardego stanowiska. Nie widzę nic upokarzającego w tym, że cierpiący człowiek ima się takich środków, których wcześniej w ogóle nie brał pod uwagę.

***

Kościół potrzebuje cudów. Cuda nie muszą być widzialne. Wielu współczesnych katolików za największy cud uważa wewnętrzną przemianę duchową ku dobru. Kiedy słyszą o płaczących posążkach Maryi, uzdrowieniach od fotografii papieża położonej na brzuchu, reagują podobnie niechętnie jak niewierzący racjonaliści – to średniowiecze, religia jako magia, żer dla tabloidów. Dlatego Kościół współczesny tak ociąga się z akceptacją miejsc i zdarzeń przyciągających tłumy na wieść o domniemanym cudzie. Zarazem jednak Kościół nie lekceważy pobożności ludowej i masowych potrzeb religijnych.

Są różne wrażliwości, dla wszystkich jest miejsce w Kościele. Nikt tu dziś nie lustruje współwyznawców, jaki mają stosunek do cudów, objawień i związanej z nimi „cudownej” kościelnej biurokracji. W końcu nie jest to dogmatyczne serce wiary. Kościół jest wspólnotą wykształciuchów i analfabetów, dewotek i fundamentalistów. I taki twór okazuje się zdolny do życia już dwadzieścia wieków, podczas gdy tyle innych międzynarodówek nie dało rady. Czy to nie cud?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj