szukaj
Wyż się żeni
Wyż dobijający do trzydziestki albo mający ją lekko za sobą zaczyna masowo zakładać obrączki. Wierzy, że szczęście przyniosą trzy siódemki w dacie – jak teraz w lipcu (07/07/07) – albo litera r w nazwie miesiąca. Ślub i weselisko znów są modne, zwłaszcza gdy młodzi sami mogą je sobie zafundować.
https://www.flickr.com/photos/felipeneves//Flickr CC by 2.0

Narzeczeni, którzy termin 7 lipca 2007 r. zaklepali zawczasu, teraz w ogłoszeniach gazetowych zaczęli oferować go do nabycia innym, chętnym na te szczęśliwe cyfry, a mniej zapobiegliwym. Z czego by wynikało, że Polska wyżowa, kto tylko się zmieści, ruszy ławą w dniu trzech siódemek do ślubu.

Jeśli ruszy, to w dużych miastach. I owszem, w niektórych miejskich kościołach, zwłaszcza w centrach, śluby będą szły taśmowo od rana do wieczora. W zakładzie fryzjerskim podsłuchaliśmy rozmowę, że pewna młoda panna uprosiła księdza, aby jej i wybrankowi związał stułą ręce dokładnie o siedemnastej siedemnaście.

Lecz w miejscowościach średnich, małych i na wsi trzy siódemki przegrały z literą r. W Inowrocławiu Jadwiga Słowińska z Urzędu Stanu Cywilnego mówi, że przesadnego zainteresowania tą datą nie ma, bo młodzi szykują się na czerwiec, sierpień, wrzesień i październik. Tak samo w USC w Olsztynie czy Suwałkach. Litera r, widać, jest sprawdzoną i pewną gwarancją małżeńskiej pomyślności, jak niebieska podwiązka na nodze panny młodej i pieniądz w jej buciku.

Śluby odczekane

Zuzanna Kubajska, konsultantka ślubna (to dosyć nowa profesja) i właścicielka Ślubnej Pracowni, firmy, która organizuje śluby i wesela, mówi, że jej klienci mają od 26 do 32 lat. Są na ogół dobrze wykształceni i dobrze zarabiają. Mieszkają zwykle od paru lat, a czasem od wielu razem. Na ślub naciskają rodzice, a i oni sami dochodzą w końcu do wniosku, że tego chcą, bo ich związek dobrze rokuje. I najważniejsze: nadszedł czas na urodzenie dziecka.

Jeszcze do niedawna wielu młodych uważało ślub za zbędną formalność, która niczego nie zmienia. „Może się okazać – mówiła „Polityce” nie tak dawno Edyta Tomczak, zdeklarowana konkubentka – że partnerzy mają zupełnie inne temperamenty, inaczej patrzą na świat, wpojono im w dzieciństwie odmienne zasady, nabawili się wzajemnie wykluczających się kompleksów. I to wszystko powinno być do sprawdzenia”.

Zostało widać sprawdzone, skoro chodzi po świecie dwóch synków, Mikołaj i Tymoteusz, i ślub Edyty odbył się, jak trzeba, ze zdeklarowanym ongiś konkubentem Bartkiem.

Polscy konkubenci to jednak wcale nie wykształciuchy, nie bananowy wyż, salony i sfery. Wśród kilkuset tysięcy żyjących na kocią łapę większość to biedni i słabo wykształceni. 75 proc. pokończyło jedynie szkoły podstawowe i zawodowe. Szybko i łatwo się pobrali, jeszcze łatwiej rozstali – z powodu biedy, alkoholu i mieszkania na kupie. I znaleźli kogoś innego, też zwykle z biedą i ciasnotą. Nie ma pieniędzy ani na rozwód, ani na nowy ślub. Wolne związki trwają u nas w dużej mierze z przymusu.

Konkubinaty są ponadto budowlami z piasku. Tylko jedna dziesiąta par pozostaje w takim związku długo. Socjolog prof. Manuel Castells z Uniwersytetu w Berkeley ustalił, że prawie połowa par rozstaje się w ciągu roku, a 40 proc. przekształca w związki formalne, których połowa kończy się rozwodem. U nas statystyki są podobne. Prof. Krystyna Slany, socjolog, jest zdania, że im dłużej przed ślubem trwa kohabitacja, tym większe jest prawdopodobieństwo, że późniejszy związek małżeński się rozpadnie.

I że nie doczeka się dziecka. Odkładanie decyzji o dziecku, bo jeszcze nie teraz, nie czas, nie to, nie tamto, może doprowadzić do psychicznej niepłodności. Biologicznie wszystko w porządku. A z ciąży nici.

Wyż o tym wie. W każdym razie wiele osób z wyżu. No więc ślub. Śluby są modne. Ale wyż pobiera się nie tylko z powodu mody. Małgorzata i Daniel Kuneccy spostrzegli na przykład, że wcale nie jest to formalność, która niczego nie zmienia, i słyszą także od znajomych, którzy się pobrali, że owszem, wprowadza nową jakość. Jesteś za mnie odpowiedzialny – powiedział lis Małemu Księciu – bo mnie oswoiłeś. Bo złożyłeś mi przysięgę, że nigdy, aż do śmierci, i cały świat dookoła może się rzucić, rozwieść, zostawić, ale my będziemy się starać ze wszystkich sił, żeby nigdy, przenigdy. Tak się w każdym razie wtedy myśli.

W chybotliwym świecie, gdzie przewracane są autorytety, rozmywają się wartości i oddalają punkty odniesienia, małżeństwo wydaje się jedyną pewną kotwicą, a ślub – zahaczeniem jej o stałe dno bez mułu. Zofia Milska-Wrzosińska, psycholog, twierdzi, że odkładanie ślubu w pobliże trzeciej dekady życia, a nawet dalej, nie jest wyrazem lekceważenia „podpisania jakiegoś papieru”, lecz świadectwem powagi, z jaką młodzi traktują swój ślub.

Hulaj dusza kawalerska

Daniel Kunecki otrzymał zadanie: zaprosić nieznajomą kobietę o imieniu Małgorzata, wiek i stan obojętny, do kawiarni, gdzie czekali koledzy i przyjaciele na wieczorze kawalerskim.

Wieczory nie są nowym wynalazkiem. W dawnej Polsce na wieczorku dziewiczym kuzynki i koleżanki młodej rozplatały jej warkocz, śpiewały i przekomarzały się. Narzeczony w męskim gronie raczył się trunkiem, a potem szli wszyscy przed dom panny i tłukli szkło, żeby odgonić złe moce. W PRL wieczory podupadły, bo zgromadzenie żywności i alkoholu na ślub było zdobyciem Everestu, więc z mniej ważnymi imprezami dawano sobie spokój.

W pokoleniu wyrosłym w nieznajomości braków zaopatrzenia wieczory się reaktywowały i zaczynają wręcz obowiązywać, ba, są już firmy, które je od początku do końca organizują, oferując atrakcje odlotowe, jak rajdy konne, wyścigi samochodowe na zamkniętych odcinkach szos, gokarty, paint-ball, dawki sportów ekstremalnych i inne. Jeśli nie firma, wieczór męski urządza świadek, żeński – świadkowa ze zrzutki po równo od wszystkich uczestników. I w pełnej konspiracji przed narzeczonymi, jeśli idzie o punkty programu.

Danielowi chętnej Małgorzaty na ulicy spotkać się nie udało, zadzwonił więc do znajomej Małgosi, żeby zgodziła się zagrać rolę znalezionej. I tak psim swędem zadanie zostało wykonane. Potem Daniel musiał wyjść na warszawski kopiec i obwieszczać głośno światu, że jego narzeczona, Małgosia, jest najpiękniejsza na świecie, co nie było zadaniem wieczór kończącym.

Adam Barliński wśród licznych prób musiał posadzić drzewko w parku, czym zainteresowali się policjanci, lecz powiadomieni o sprawie odstąpili od restrykcji.

Jego narzeczona Julia wieczór panieński pod hasłem „Uwolnić orkę” spędziła na Mazurach w towarzystwie siostry, koleżanek i Wandy – nadmuchanej lalki z sex-shopu – wśród zabaw, konkursów, trunków, jedzenia i wspaniałych dekoracji przygotowanych przez uczestniczki.

Panny jeżdżą także ze swą grupką do spa, gdzie się regenerują i plotkują albo zamawiają striptizerów, tancerzy, kulturystów, piją trunki, piszczą, rzucają w górę majteczkami i wdychają męski pot.

Ci kawalerowie, którzy rezygnują z wersji niewinnej, nie pozostają dłużni. Zaprasza się striptizerki albo panienki z agencji towarzyskiej, które wiedzą, po co jadą (z firm organizujących wieczory dochodzą słuchy, że kawalerowie w identycznym składzie odwiedzają, bywa, panienki także kilka dni po ślubie).

W wieczorach nie uczestniczą stare zgredy. Sam czysty wyż. Po to, żeby się zintegrować. Podkreślić przynależność do generacji. Nasza impreza, nasza paczka, nasz styl.

Fryzurka intymna

Weronika Sudolak będzie miała na nodze niebieską podwiązkę. Jeśli milion panien młodych przed nią miało w stroju coś własnego, pożyczonego, starego i nowego oraz coś niebieskiego (na wierność małżonka), strach tego nie mieć.

Podwiązkę do pończoch, bo rajstopy, rzecz jasna, są banalne i nieeleganckie, można kupić w sklepie ślubnym. Jest ich w Polsce ponad tysiąc dwieście. Wszystko można kupić tam albo na targach ślubnych, które odbywają się w każdym większym mieście. Renata Migalska z kwartalnika „Moda na ślub” (według Instytutu Badań Prasoznawczych w Krakowie wychodzi teraz w Polsce 7 czasopism o tematyce ślubnej w nakładzie średnio 10 tys. każdy) twierdzi, że targów wciąż przybywa. Od kilku lat obserwuje się dynamiczny rozwój branży ślubnej.

Na rynek wchodzą nowi producenci sukien, bielizny, butów, welonów, stroików, spinek, koszul, garniturów, torebek, smokingów, kapeluszy, biżuterii ślubnej i innych ozdób, wytwarzanych specjalnie na te uroczystości. Firmy zachodnie otwierają w Polsce przedstawicielstwa. Zdaniem Renaty Migalskiej, ślubne apogeum wyżowe ma nastąpić w 2009 r. Ale potem też będzie dobrze. Wyż w Polsce liczy 4 832 300 osób.

Katarzyna Syrówka, konsultantka z Poland Weddings, mówi, że średnia cena wesela to obecnie 50 tys. zł. Bardzo eleganckie kosztuje 130 tys. zł i więcej. A zdarzają się wesela za pół miliona i jeszcze droższe. Jeśli tylko co czwarta para – mówi Zuzanna Kubajska – przeznaczy na bardzo skromną uroczystość 35 tys. zł, i tak będzie to suma, o którą warto bić się firmom.

Weronika Sudolak kupi więc w sklepie ślubnym niebieską podwiązkę i koronkowy stanik w najlepszym gatunku. Rozważa także nabycie body, choć być może zdecyduje się na koronkowe majtki. Niektóry panny młode zakładają zwiewne cuda majtkowe na intymną fryzurkę (nowość!) w celu urozmaicenia nocy poślubnej (ale Weronika nie). Fryzurki robi się w kształcie serca, kielicha, strzały, różnie, a można ją zamówić już w niektórych zakładach fryzjerskich.

Wszystko po to, by panna młoda czuła się w tym dniu niebywale i wyjątkowo, a ślub i wesele były zdarzeniem niezwykłym. – Wesele – mówi Zuzanna Kubajska – to wydarzenie, którego się nie zapomni. Musi być oryginalne.

Pragnienie takie posiada przede wszystkim wykształcony wyż z dużych miast, synowie i córki niegdysiejszych młodych okularników od Osieckiej.

W mniejszych miejscowościach i na wsiach śluby odbywają się raczej w dawnym stylu – bez dziwactw, uroczyste i solenne. Wykształciuchy wielkomiejskie dochodzą do wniosku: zróbmy z wesela imprezę na naszą modłę. Niech będzie i wzniośle, i odlotowo. I bez zadęcia, choć zupełnie bez niego się nie da, bo współcześni okularnicy to lubią. Zresztą i zadęcie można zrobić zabawne i odlotowe.

Ich rodzice nie mieli tak wspaniałych ślubów, chyba że byli prywaciarzami lub badylarzami. Jaguar Lindy? Boże mój, maluchem ubranym w balonik, no, powiedzmy Wołgą, jechało się do remizy, do restauracji z wystrojem à la fundusz wczasów pracowniczych i tyle.

Taniec brzucha nie pasuje

Jaguara Bogusława Lindy można wynająć w muzeum samochodów w podwarszawskich Otrębusach (200 zł za godzinę). A także rządowy samochód Gomułki, amerykańskie cudo napędzane naftą z 1897 r., Syrenkę w kolorze różowym, londyńską taksówkę, Ocklanda na korbę i inne cuda techniki.

Można przybyć na ślub bryczką, karocą, motocyklem, saniami, kajakiem, barką, czołgiem. Słowem – wszystkim. Panna z Suwałk, która jechała czołgiem, spadła z niego, lecz choć cała ubłocona, bohatersko, jak przystało na narzeczoną miłośnika militariów, wkrótce po zabandażowaniu nogi stawiła się na uroczystość.

Można jechać wszystkim, a ślub mieć wszędzie. W zamku, pałacu, hotelu, pensjonacie, zajeździe, domu weselnym, restauracji. W Zamku Ujazdowskim w Warszawie też. Nieślubny został jeszcze chyba tylko Wawel i Zamek Królewski w stolicy.

Jakże one kuszą! Zamek w Krasiczynie oferuje sale reprezentacyjne, bankiet w parku, ślub w zamkowej kaplicy, Pałac Odrowążów w Chlewiskach – paradne sale, rycerskie komnaty, serwowanie toastu weselnego o północy na wyspie oblanej wodą parkowego stawu, powitanie orszaku ślubnego przez jeźdźców konnych, pokaz ogni sztucznych (bardzo modne, jeśli kogoś stać).

Wesel w stodołach już się nie urządza. Ale można – dla sznytu. Ze spaniem gości na sianie (hotel jest banalny), z wozami drabiniastymi umajonymi, dzbanami glinianymi, studziennym żurawiem przy studni (można zamówić), z prawdziwą wiejską kapelą, golonką, kaszanką. Ale zupa rakowa też może być na życzenie, choć doradca ślubny z firmy, która to wszystko od a do z ze szczegółami może nowożeńcom przygotować, zwróci dyskretnie uwagę, że rakowa plus smalec to dysonans.

Do najpopularniejszych należą wesela staropolskie – mówi Zuzanna Kubajska, konsultantka. – Odbywają się w hotelach stylizowanych na dwory, jadło – takież, kelnerzy w strojach chłopskich albo szlacheckich. A pan młody – w kontuszu.

Morskie też cieszą się powodzeniem. Tu występują harpuny, rybki, wodorosty, sieci rybackie i ogólnie – woda. Taniec brzucha lub hinduski do morskiego też nie pasuje, ale do innych jak najbardziej. Na przykład do lat 20., 30., choć tu należałoby raczej zamówić zespół jazzowy, no, ewentualnie duet harf. Firma, która go organizuje, rozda atrybuty: kapelusze, cylindry, białe rękawiczki, laski, a potem – do charlestona, drodzy goście.

Wesela kwietne i militarne też mają swój urok. Agnieszka i Krzysztof, którzy wzięli ślub w czołgu T34, zażyczyli sobie kelnerów przebranych w mundury z II wojny. Są wesela typu garden party (z grillowaniem) i à la noc świętojańska (z ogniskami). Te w pałacach są wytworne: smokingi, długie suknie, koncerty muzyczne, cudzoziemskie menu z nazwami dań, których nie sposób wymówić.

I bywają mieszane. Niżej podpisana i fotoreporter Leszek Zych byli zaproszeni na ślub Arlety i Macieja. Dech nam zaparło. Na dziedzińcu Folwarku u Różyca nad Zalewem Zegrzyńskim pod Warszawą rozłożono góry jadła – smalczyk, kaszanka, kiszone ogórki, śledzie w odmianach, pęta kiełbas, zwały szynek wędzonych, a wśród nich kelnerki, hoże dziewoje ubrane na ludowo i kapela góralska. I niegóralska. I didżej znakomity z aparaturą pod sufit w sali do tańca. I ognie sztuczne długo strzelające w niebo nad ciemną wodą Zalewu. Państwo młodzi są fachowcami w znanych firmach. Ciężko pracują i świetnie zarabiają. Ona – kreacyjna, energiczna. Jeśli ty, Arleto, daleko nie zajdziesz, to kto? – mawiał jej ojciec, wojskowy. Zaszła. Jest z wyżowej awangardy. Wybranek też. Wszystko zdobyli sami. Zapłacili majątek za swój ślub. Nie żałują. W podróż poślubną udali się na Jamajkę. Rodzicom w prezencie ślubnym wręczyli bilety na wycieczkę do Kairu. Takiego wesela ich rodzice, nie mówiąc już o babciach, nie umieliby sobie nawet wyobrazić.

Jak grają w klasy

Małgorzata Kunecka zamówiła w zakładzie fryzjerskim próbną fryzurę. Jeśli narzeczona uznaje ją za twarzową, fryzjer wykona identyczną na uroczystość. Teraz próbna to kanon. Próbną miała znajoma Małgorzaty Julia Barlińska i znajoma Julii Monika Nowak. Wszystkie z wyżu. Czy ich rodzice mogliby coś podobnego wymyślić? Próbną? A szło się do fryzjerki, robiło tapir z tyłu głowy, prysk, prysk lakierem, cienie Polleny na powieki i po krzyku.

Małgosia uznała, że fryzura, która składa się z kilograma spinek do upięcia włosów, pomady i lakieru jej nie odpowiada i włosy poszły luzem na ramiona. Julii włosy na jej ślubie – też, a lśnił na nich delikatny diadem (bardzo modny).

Małgosia nie była ponadto u wizażystki. Makijaż do ślubu robiła jej trochę mama, a trochę ona sama. Rany boskie, wizażystka to wszak też kanon. I specjalistka od wizerunku. I kosmetyczka, manicurzystka, specjalistka od pielęgnacji dłoni, zwłaszcza prawej, od wydłużenia paznokci i ewentualnie włosów. I psycholog, który zabezpieczy przed „paniką przedślubną”, jak się ją określa w poradnikach dla narzeczonych. I instruktor tańca. Czasem pary chodzą na kursy taneczne miesiącami, bo to mąż i żona tańczą pierwszy taniec na weselu. Nie mogą pomylić kroków, bo to źle wróży i kompromituje przed gośćmi, a ich trzeba przeciwnie – zachwycić. Julia, psycholog z fundacji Dzieci Niczyje, która będzie pisała pracę doktorską o przemocy dzieci wobec dzieci w Internecie, co jest nowym strasznym zjawiskiem, uczyła się całe lata tańca nowoczesnego, więc gdy wyszli na parkiet weselny z mężem, wszyscy oniemieli.

Czasopisma poświęcone ślubom zalecają ponadto zadbać na czas o kondycję na siłowni i zająć się podrzeźbieniem sylwetek, uczęszczać na aerobik, poddać się odnowie biologicznej, pływać, opalić się dyskretnie w solarium. I dopiero ten pakiet jest profesjonalnym przygotowaniem się pary do ślubu.

Pod tym względem Małgosia i Daniel Kuneccy nie stanęli na wysokości zadania. Oboje są etnografami. Ona pracuje w Muzeum Etnograficznym w Warszawie, a on w agencji reklamowej. Nie mają czasu. I wolą być ze sobą. Cieszyć się. Wolą spontaniczność i naturalność. Na jednym ze zdjęć ich sesji ślubnej Daniel leży na łące w ślubnym stroju bez butów, a ona krąży w oddali w białej sukni jak zjawa.

Zdjęcia w pozie operowej jak z przedwojennych pocztówek też są wśród par w użyciu, ale jako solidne pamiątki dla okularników, a dla siebie jako pastiszowe i bibelotowe.

Sesja to też kanon. Urządza się ją parę dni przed albo po ślubie w różnych miejscach w mieście. Wybierane są nietypowe – mówi konsultantka Zuzanna Kubajska – lasy, łąki, pola, ruiny budowli. Fotograf powinien uchwycić młodych, jak gonią się, biegają, przekomarzają i bawią, na przykład w grę w klasy na chodniku.

Kręci się, rzecz jasna, film wideo z całej uroczystości. Konsultantki ślubne napomykają, że raczkuje nowa moda – nagrywanie na taśmę nocy poślubnej. Są już fotografowie, którzy się w tym specjalizują. Nowożeńcy dokładają zwykle starań, aby gra wstępna była subtelna, a dalszy ciąg jest udawany. W odpowiedniej chwili fotograf wychodzi. Pary twierdzą, że dobrze będzie obejrzeć taki film na starość.

Siostry chcą do cerkwi

Weronika wyjdzie za mąż w połowie ciąży. Tak postanowili z narzeczonym: ślub w dniu, w którym przypada równo cztery i pół miesiąca życia płodowego córeczki.

Śluby z panną w ciąży zdarzają się w Polsce znacznie rzadziej niż kiedyś. Na początku lat 90., jak podaje Piotr Szukalski, socjolog, dzieci w 49 proc. spośród nowo zawartych małżeństw, urodziły się po okresie, który pozwalał przypuszczać, że poczęcie nie było skutkiem, ale powodem małżeństwa. W 10 lat później takich małżeństw było już 38 proc., przy tym wzrosła liczba urodzeń pozamałżeńskich. Śluby ciążowe nie są już bowiem desperackimi próbami zmycia hańby z dziewczyny. Również ona nie rozważa sprawy w dawnych kategoriach – wyjść za mąż albo rzucić się z mostu. Co roku odwołuje się w ostatniej chwili 10 tys. ślubów i jest wśród nich zapewne wiele z wpadki.

Familiolodzy stwierdzają, że ponad połowa ślubów ciążowych, zawartych w bardzo młodym wieku, rozpada się przed pierwszą ich rocznicą.

Weronika żadnej wpadki z ciążą nie miała. Od 8 lat mieszkała z chłopakiem w wynajętym mieszkaniu. Jej obie siostry, mężatki, nie mogą do dziś urodzić dziecka. Weronika postanowiła więc, że nie wyjdzie za mąż, aby nie nazywać siebie „niepłodną mężatką”, cóż za ohydne określenie, leczyć się rozpaczliwie i pragnąć dziecka jak zbawienia. Jej chłopak oświadczył, że wobec tego deklaruje zostać dozgonnym narzeczonym, a obrączki chromoli.

Na wycieczce do Wilna weszli przypadkowo do cerkwi Świętego Ducha, w której wisiał obraz Matki Boskiej, patronki niepłodnych. Weronika, ateistka, zaczęła się modlić przed obrazem i w dwa miesiące później zaszła w ciążę. Postanowili z narzeczonym, że donoszą do połowy, żeby upewnić się, że nic złego z nią się nie stanie, i wtedy wezmą ślub. Huczny. Brzuch bardzo sterczy. Nie szkodzi. Córeczka też się będzie pobierała razem z nimi. Siostry obsiadły Weronikę. Cieszą się. Chcą jechać do tej cerkwi. Zrzucą się tymczasem na wesele, bo oni oboje, pedagodzy z podstawówki i ze szkoły przyszpitalnej, cóż mogą zarobić? Rodzice, choć też nauczyciele, swoje kapną. Będzie, jak Bóg przykazał.

Torty strzelające

Weronika szuka ślubnej sukni lejby, żeby się w niej mogła z córeczką zmieścić.

Z sukniami wielkich rewolucji nie ma, prócz tego, że mogą być z odkrytymi ramionami, co jeszcze nie tak dawno byłoby skrajnie nieskromne. Królują szantung, satyna, gipiura, a z kolorów – biel, jaśniuteńki beż, rozbielony błękit, ale i czerwony jak krew się czasem zdarza. A raz panna przyjechała na wesele do Quchni Artystycznej Marty Gessler żółtym samochodem, w sukni w żrącej żółci, w żółtych glanach, żółtym welonie i z żółtymi kwiatami. Przy pastelach dobrze mieć kolorowy akcent – szarfę w pasie na przykład.

Małgosia Kunecka przymierzyła w sklepie tylko kilka sukien, ale bywa, że mierzy się grubo ponad sto. Suknia zaczyna się od 2 tys. zł, ale można też sprowadzić od Versace za majątek.

Pan młody nie może zobaczyć narzeczonej w sukni przed ślubem, bo to źle wróży. I Daniel się dostosował. Powinien był pojechać po pannę do jej domu, ale mieszkają razem, więc zwyczaj jest niewykonalny, co się też odnosi do znacznej części wyżu.

Rewolucja jest w ślubnych wiązankach. Panny niosą teraz w rękach istne szaleństwo – uplecione z kwiatów koła, trójkąty, serca, berła, rogi myśliwskie, parasole, koszyki, węże, girlandy i co tam jeszcze, a w nich pióra, kamyki, cekiny, owocki, muszelki, nasiona, kłosy, runo leśne, perełki, koraliki, wstążki, a odłamek z takiej kompozycji pan młody ma mieć w butonierce.

W zakresie tortów weselnych też zmieniło się niewiele, prócz tego, że strzelają one małymi ogniami sztucznymi, mają wieże obłożone marcepanem i są misternie budowane na stelażach-piętrach. Tort jest żelazną pozycją wnoszoną do biesiadników o północy. Zachowało się też witanie nowożeńców chlebem i solą. Oczepiny bywają. Wodzirej (wychodzi z mody) tłumaczy, bywa, gościom, co one oznaczają. Panna rzuca za siebie welon albo kwiaty, a młody muszkę lub fular.

Zwyczaj nakazuje, że po oczepinach wręcza się nowożeńcom prezenty. Lub koperty. W zakresie prezentów króluje lista. Przed ślubem nowożeńcy wypisują na niej, co chcieliby dostać, a zaproszeni wybierają sobie z niej pozycje i się przy nich odhaczają.

Zwiąż mnie

U Moniki i Bartka tort też będzie, bo jest gwarantem słodyczy w małżeństwie.

Poznali się na wiankach nad Wisłą i od razu wiedzieli, że są dla siebie. Mieszkają razem od sześciu lat w mieszkaniu po dziadku. Ślub biorą dla potwierdzenia. Tego na przykład, że kiedy odpoczywają wieczorem na łóżku, to staje się niewiarygodnie cicho i spokojnie i Monika nie mogłaby sobie wyobrazić, że takich chwil mogłoby nie być i mogłoby nie być Bartka.

Bartek skończył szkołę filmową i specjalizował się w montażu. Już miał iść do pracy w telewizji, kiedy wymyślili, że założą klub. Na starej Pradze wyszukali miejsce w wiekowej kamienicy. Zdjęli ze ścian grzyb, położyli drewnianą podłogę. Nazwali klub Zwiąż mnie – z tytułu filmu Almodovara. Klub prowadzi Bartek. Monika, z zawodu pedagog, pracuje nadal w fundacji Kampania przeciw Homofobii. Jej marzeniem jest pojechać do Kazachstanu z dobrym programem społecznym (fundacja zajmuje się nie tylko gejami). Niedługo kończy program poświęcony bezrobotnym kobietom. Pracuje nad kolejnym. To jej żywioł. Do Zwiąż mnie przychodzi, żeby pobyć, rzucić kobiecym okiem, czy wszystko gra.

Bywalcami klubu jest wyż i trochę od niego starsi. Dowiadują się znajomi od znajomych, bo klub się celowo nie ogłasza. Obok powstał drugi klub – Saturator, trzeci – Skład Butelek, a niedługo będzie kolejny.

Na dole kamienicy jest prywatny teatr, w którym ślub brali Julia i Adam. Najpierw aktorzy mówili przed kurtyną wiersze o miłości, a gdy się ona rozsunęła, weselnicy ujrzeli na pustej scenie głaz-opokę. Za nim stał urzędnik stanu cywilnego. Młodzi zbliżają się wśród rzędów krzeseł. Przysięga. Obrączki. Życzenia. I wesele w Zwiąż mnie i w Saturatorze. Didżej gra. Na ścianie – Wałęsa, urodzili się rok po wielkiej dacie.

Wesele Moniki i Bartka nie odbędzie się w Zwiąż, bo to ich miejsce pracy, a na powietrzu w warszawskiej Choszczówce. Jedzenie – w sali. Jak będzie deszcz, przeniosą się do rozstawionego namiotu. Urządzą po prostu imprezę dla znajomych i przyjaciół, a w swoim klubie – poprawiny.

Monika już przegląda ogłoszenia. Chcą sprzedać mieszkanie w Śródmieściu i kupić dom za miastem, i wtedy będzie pełnia szczęścia. Chcą mieć córkę, Klarę Nasturcję.

Julia i Adam też mają mieszkanie kupione przez jego rodziców. Małgosia też ma po ciotce, ale mieszka w nim leciwa ciotki gosposia, która ma prawo być w nim do końca swych dni, więc na razie wynajmują. Też myślą o dziecku.

Jeszcze rok, jeszcze dwa i sypnie wyżowymi dzieciakami. Polska nie uwiędnie starczo, Bóg da, się nie pomarszczy. Jeśli nie wyjedzie do Irlandii.

Barbara Pietkiewicz

współpraca Małgorzata Zmorzyńska

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj