Gra CBA
Czyżby CBA działało wedle dawnych, złowrogich mechanizmów?

Akcja Centralnego Biura Antykorupcyjnego nie była wymierzona w Andrzeja Leppera, a w ludzi, którzy powoływali się na wpływy w resorcie rolnictwa - zaczął przekonywać premier Jarosław Kaczyński. Nie bez powodu: wyjaśnienie, kto był celem operacji, jest kluczem do jej oceny. W państwie prawa śledztwa (a w ich ramach ewentualne prowokacje) prowadzi się wtedy, gdy istnieje realne podejrzenie popełnienia konkretnego przestępstwa. Za niedopuszczalną uznaje się natomiast procedurę odwrotną: kiedy to z góry typuje się osoby, na które trzeba zebrać dowody, a raczej haki. Tymczasem - jak podaje „Dziennik" - CBA wszczynając akcję opierało się jedynie na tym, że farbowani biznesmeni mieli przechwalać się „dojściami" w ministerstwie. Byłby to mocno wątpliwy punkt wyjścia do zakrojonej na olbrzymią skalę mistyfikacji, w której - co istotne - używano w najlepsze wszelkiego typu środków operacyjnych z podsłuchami na czele. Nic też dziwnego, że momentalnie pojawiły się sugestie, iż operacja służyć miała politycznemu utrąceniu Leppera.

Co może jednak najgroźniejsze: CBA działałoby wtedy wedle dwóch znanych z nieodległej, a złowrogiej, przeszłości mechanizmów. Pierwszy streszcza reguła: „Jak jest podejrzany, dowody muszą się znaleźć". Drugi sprowadza się do tego, że służby specjalne prowokują afery, mające uzasadnić potrzebę ich istnienia.

Na dodatek byłaby to recydywa. Wszak na podobnej zasadzie CBA wszczęło niedawno śledztwo dotyczące stołecznego szpitala MSWiA: zakrojone na tak szeroką skalę (korupcja, zabójstwo, nielegalne aborcje, wyłudzenia pieniędzy z NFZ), by móc nader swobodnie prowadzić działania operacyjne z nadzieją, że przy tylu wątkach w końcu coś się wykryje.


Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj