Prezydent zastrajkował?
Prezydent zna wyniki wyborów i wie, że wygrała je Platforma Obywatelska – poinformował szef jego kancelarii Michał Kamiński. To jedyna dobra wiadomość z Pałacu.

© Sławomir Kamiński, AG 

Przedłużająca się publiczna nieobecność prezydenta wskazywała, że wyniki wprawdzie zna, ale z trudem przyjmuje je do wiadomości, nie może pogodzić się z porażką PiS, a więc że jest bardziej prezydentem swego brata niż wszystkich obywateli. Wprawdzie, jak zapewnił nas Jarosław Kaczyński, bracia bliźniacy to byt tylko biologiczny, a nie polityczny, niemniej jednak przywykliśmy, że oba te byty się łączą i biologii od polityki oddzielić się nie da.

     
        Sonda: dlaczego Prezydent milczy?

Próbując objaśnić wyjątkowo niezręczną sytuację, kiedy to w czasie tego święta demokracji, jakim są wybory, prezydent znika i nawet nie gratuluje zwycięzcy, minister Kamiński zapowiedział, że prezydent wygłosi orędzie w stosownym czasie, gdy sytuacja będzie na tyle spokojna, że jego wystąpienie nie będzie elementem gry politycznej. Dość trudno było zrozumieć, o co chodzi, gdyż sytuacja jest cały czas spokojna, nowa koalicja powstaje, a gra wyborcza zakończyła się już dość dawno. Czas na powyborcze orędzia minął, zaś zapowiedź, że nie będzie blokowania tworzenia rządu, ma charakter formalny. Jeżeli jest większościowa koalicja, prezydent pełni wyłącznie rolę notariusza, desygnując premiera i wręczając nominacje ministrom. Czy więc nieobecność prezydenta to tylko wynik emocji, czy też początek nowej gry?

Najpierw pojawiły się złe sygnały płynące z szeregów PiS, że Lech Kaczyński chce mieć jakiś wpływ na obsadę resortów, które kiedyś nazywano prezydenckimi. Następnie sytuację zaostrzył premier Kaczyński, żądając od Donalda Tuska przeprosin za obrazy, jakich prezydent jakoby doznał w czasie kampanii. Zapewne gdyby prezydent był bardziej powściągliwy i nie włączał się do kampanii (na przykład sugerując tuż przed głosowaniem, że w PO jest grupa posłów, i to bardzo ważnych, która powinna mieć uchylone immunitety) nie spotykałby się z krytyką.

To wszystko można jednak jeszcze złożyć na karb emocji i szoku po przegranej. Jednak zniknięcie prezydenta podsyciło wszystkie obawy co do przyszłej współpracy z rządem, nie będącym już rządem jego brata, ale Platformy, która zdaje się być wielkim cierniem uwierającym Lecha Kaczyńskiego. Dodatkowy ból musiały sprawić płynące z zagranicy wyjątkowo zgodne głosy zarówno polityków, jak i mediów, przyjmujące wynik wyborów z wielkim optymizmem.

Lech Kaczyński w ostatnich dniach miał wiele powodów do frustracji, ale od prezydenta Polacy nie oczekują demonstrowania niezadowolenia z wyniku wyborów czy osobistych dramatów, ale w miarę bezstronnego pełnienia swej funkcji i przedstawienia, jak będzie działał w nowej politycznej sytuacji. Polityczne sympatie poprzednich prezydentów też były znane, ale jednak dopracowywaliśmy się już takiego politycznego obyczaju, że zabierali oni głos w najważniejszych momentach i przeważnie było to podawanie ręki, a nie nogi.

Tymczasem w pierwszym po wyborach tygodniu jedyny komunikat, jaki popłynął z prezydenckiego pałacu, głosił, że Lech Kaczyński telefonicznie rozmawiał z prezydentem Czech. Być może była to rozmowa interesująca, choć stwierdzenie, że „prezydenci wyrazili zadowolenie z przebiegu szczytu w Brukseli”, ma niewielkie znaczenie polityczne. Nieporównanie większe miałaby jakaś opinia o wyborach, które odbyły się w Polsce, i możliwościach czy nawet warunkach współpracy z przyszłym rządem. To jest dziś jeden z kluczowych problemów polskiej polityki (także zagranicznej), gdyż wcześniej słyszeliśmy o zamiarach blokowania, o stosowaniu weta, a więc raczej o wojnie niż o współpracy.

W polskich wyborach większość głosujących powiedziała nie polityce wojennej. Konflikt, rozpychanie się w konstytucyjnych ramach czy balansowanie na ich krawędzi może prowadzić do rozważań o usunięciu prezydenta z urzędu, co wprawdzie nie leży w polskiej tradycji, ale możliwość rozpoczęcia procedury postawienia przed Trybunałem Stanu za łamanie konstytucji lub ustaw istnieje. Nowy skład Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu, daje taką arytmetyczną możliwość. To powinno być jakąś przestrogą przed jawnym naruszaniem prawa przez głowę państwa. Co oby nigdy się nie zdarzyło.

Po wyborach prezydent już stracił rzadką szansę odbudowania swojej nie najlepszej pozycji w rankingach społecznego zaufania. Mógł pokazać, że próbuje wznieść się ponad interesy partii swego brata, zwłaszcza że Donald Tusk wyciągnął rękę do współpracy. Po raz kolejny zwyciężyły osobiste urazy, a być może także polityczna taktyka podpowiadana przez Jarosława Kaczyńskiego, który zwiera szyki swego obozu, by przejść do twardej opozycji.

Wiele wskazuje, że prezydent do tego obozu już się zapisał. Być może licząc na reelekcję. Prezydent tak emocjonalnie jednopartyjny większych szans na reelekcję jednak nie ma. Co pokazały ostatnie wybory parlamentarne. Ale może prezydent jeszcze ochłonie?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj