szukaj
Transformersi są zmęczeni
Bohaterowie transformacji coraz częściej czują się zmęczeni i wypaleni. Rozglądają się między sobą i - wydaje się - gdzie spojrzysz, tam rak, udar, depresja. Czy to twarde pokolenie 50-latków zaczyna płacić cenę za swoje szybkie kariery, za stresy, za branie życia w swoje ręce, za wyścig, do którego nie byli przygotowani? Jakie wirusy zaatakowały transformersów?
Studia przypadków I
 

Arkadiusz Szaraniec, 51 lat 

Koniec lat 70.: kończy wiedzę o teatrze na PWST. Lata 80.: artysta, bez samochodu, na nogach pokonywał Warszawę, robiąc jednocześnie recenzje teatralne na żywo w radiowej Trójce, recenzje filmów dla „Pegaza”, recenzje Teatru Telewizji. Robił, bo kochał. Dla pieniędzy miał etacik w Bibliotece Narodowej. 1989/1990.: w rzece innych przeszedł do reklamy. Świetnie się odnalazł, wymyślił logo radia Pogoda, postać kucharza Knorra, nazwę margaryny Maryna, kampanię Volvo. Robił prawdziwe pieniądze. Wolny ptak w kilku agencjach sieciowych, wpadał, sypał pomysłami i uciekał do dzieci. Przez 10 lat używał słownika: brand, brief, analiza rynku.

Koniec lat 90.: wszyscy się pchają do reklamy po kasę, rządzą wilcze prawa. Ucieka z tego matriksa. 2005/2006: prowadzi stronę internetową Travel Polska, którą stworzył od podstaw dla właściciela prywatnego. Dostają tytuł turystycznej strony roku. Grudzień 2006 r.: Szaraniec ma wypadek (czołowe zderzenie), właściciel odsuwa go od pomysłu. Ostatnie dwa lata: pracuje nad programem edukacyjnym w Instytucie Dziennikarstwa UW. To miało być coś, projekt do końca życia. Cel: żeby ludzie po ukończeniu wydziału umieli myśleć multimedialnie. Studenci zaczęli prosić o dodatkowe zajęcia z Szarańcem. Czerwiec 2007: dostaje telefon, że projekt oceniony świetnie, ale dezawuuje 30 lat pracy kadry. Zabolało. Listopad 2007 r.: niedokrwienny udar mózgu.


Agnieszka Grygorjew, lat 49

Na dzisiejsze czasy to trochę podejrzane, że we wszystkim się sprawdziła. 1978–1983 r.: jest referentem w Biurze Współpracy z Zagranicą przy Komitecie ds. Radia i Telewizji.1983–1991 r.: jest asystentką grupy zdjęciowej w Centralnej Wytwórni Programów i Filmów Telewizyjnych. W 1991 r. zrobiło się trudno, bo rynkowo, nie ma pieniędzy na kulturę i sztukę.Lata 90.: jest instruktorem KO w Domu Opieki Społecznej, wizażystką w szkole modeli, prowadzi firmę budowlaną. 2002 r.: jest handlowcem w firmie poligraficznej. Bierze tydzień zwolnienia z powodu choroby mamy. Szefowi się nie spodobało.
Obecnie: długotrwała depresja.


Anna Krzycholik, lat 49

Przez 28 lat pracownica Centralnego Ośrodka Informatyki Statystycznej przy GUS. Zaczęła od działu, gdzie robiło się olbrzymie tablice, na przykład – zboże: ile, jakie, w którym województwie, ozime, jare, owies. Ostatnie 15 lat – w dziale kancelaria. 5.30. – dzwoni budzik. Tramwaj linii 17, o 7.30 – podpis na portierni. Stos materiałów do wysłania. Pakowanie w koperty, adresowanie, wpisywanie w książkę, zanoszenie na pocztę. Potem ksero, bindowanie, znów wysyłka. Cztery lata temu na biurku Anny postawiono komputer. Wymieniały się z koleżankami, co która dowiedziała się od własnych dzieci na temat komputera. Styczeń 2006 r.: reorganizacja w urzędzie, redukcja personelu niższego szczebla.
Obecnie: załamanie psychiczne.


Radosław Krawczyk, lat 36

Miał lat 30, gdy został szefem działu contentu jednego z największych portali internetowych. Po ludzku to dział, który zajmuje się wypełnianiem treścią portalu, ale zawodowiec tak nie powie, bo to kojarzy się z treścią żołądka. Więc Radosław Krawczyk był odpowiedzialny za to, co stu ludzi w dziale wybierze jako istotne i dostarczy kilku milionom użytkowników z całego świata. Budował medium grubości kilkunastu dzienników ogólnopolskich. Zawsze był w pracy, bo Internet jest medium 24-godzinnym.
Lipiec 2006: niedokrwienny udar mózgu.


Widoczni na oddziałach

Transformersi. Mieli około dwudziestu, trzydziestu lat, gdy przyszedł zryw Solidarności i przeżycia stanu wojennego. A potem po 1990 r. zostali awangardą przemian. Pierwsze dorosłe pokolenie III RP. Tak się czuli i tak mówili o ich generacji inni. Zwłaszcza ich rodzice, którzy czasom gospodarczej i politycznej transformacji początku lat 90. przyglądali się z perspektywy końca swej zawodowej kariery. Oni – dzisiejsi 48–50-latki – karierę właśnie rozpoczynali. Teraz – w wielu przypadkach – gdy właśnie wdrapali się na jej szczyt, pękają. Pękają w najmniej oczekiwanym przez siebie miejscu. Choroba? To się zdarza innym, nie mnie.

Największe wrażenie robią nagłe zgony. W 2001 r. w Polsce zmarło nagle z powodu chorób serca 5854 mężczyzn i 2170 kobiet, co oznacza, że codziennie umiera nagle 16 mężczyzn i 6 kobiet – a co trzeci zgon mężczyzny i co dziesiąty u kobiet dotyczy osób poniżej 64 roku życia. Zawał serca dopada więc w biegu, często u szczytu zawodowej kariery. Tak umarł w wieku zaledwie 43 lat twórca Lukasa i Eurobanku Mariusz Łukasiewicz. Podobnie Andrzej Bączkowski, minister pracy – atak serca, 41 lat.

Coraz dłuższe są też kolejki do poradni zdrowia psychicznego. W 1998 r. leczyło się w nich ponad 750 tys. osób, w 2003 r. – już ponad 1140 tys. Ale generalnie wskaźniki zdrowotne poprawiają się. Mimo iż choroby układu krążenia nadal pozostają pierwszą przyczyną zgonów, prof. Wojciech Drygas, kierownik Zakładu Epidemiologii, Prewencji Chorób Układu Krążenia i Promocji Zdrowia Instytutu Kardiologii, mówi, że od 1991 r. odnotowujemy znaczący spadek umieralności z tego powodu. Poprawa dotyczy zwłaszcza ludzi lepiej wykształconych i lepiej zarabiających. Gorzej jest tylko wśród tych z najniższym wykształceniem. – Są narażeni na zupełnie inne bodźce i inny rodzaj stresu – tłumaczy socjolog dr Zofia Słońska z Instytutu Kardiologii. – Dotknięci skutkami transformacji, stresują się brakiem pracy. Ci z najwyższych szczebli uczestniczą w wyścigu szczurów, ale mają zaplecze, pieniądze, inteligencję i pomysłowość, większy dostęp do opieki medycznej i większe szanse na atrakcyjne dbanie o zdrowie.

Jednak 40- i 50-letni transformersi coraz częściej czują się wyczerpani, zmęczeni, jakby zużyci, mają dosyć. Z tegorocznego sondażu CBOS wynika, że ponad 70 proc. ankietowanych przed ukończeniem 45 lat deklaruje zadowolenie z własnego zdrowia, po 45 roku życia – już tylko 41 proc., a liczba oceniających jego stan jako zły – gwałtownie rośnie: z 5 do 17 proc.

Studia przypadków II

1
30 października 2007 r. Arkadiusz Szaraniec przebadał się dokładnie. Bez zarzutów. 11 listopada: Święto Niepodległości, przez Warszawę przejeżdża kawaleria na koniach, a Szaraniec biega z aparatem wokół. Śmiali się, że porusza się szybciej niż oni. 12 listopada: obudził się z delikatnym niedowładem ręki, ześlizgiwała się w trakcie golenia. Jeszcze zrobił zakupy, szukał ręką drobnych po kieszeniach i jakby z nią się szamotał o każdy ruch. W 24 godziny stracił mowę i umiejętność ruchu choćby palcem.

2
Agnieszka Grygorjew już przed godziną 6.00 jest na nogach. Z przyzwyczajenia, poza tym są dzieci. To uczucie jest nie do zniesienia, gdy otwiera oczy. To nie jest uczucie pracujących, którzy budzą się w sobotę, że dziś nie muszę. To jest uczucie: nie mogę. Potem człowiek przywyka, ale zostają bóle głowy, skurcze żołądka, ataki niekontrolowanego płaczu. Więc zamyka się w łazience i puszcza wodę, żeby dzieci nie słyszały.

3
W marcu 2006 r. Annie Krzycholik grzecznie, kapitalistycznie podziękowano za pracę. Ledwo doszła do pokoju, jak to się mówi – galareta. Zeszła do zabiegowego, żeby podano coś, bo nie dojedzie do domu. Ciśnienie ponad 200. Dostała – zastrzyk, receptę na leki, siedem dni zwolnienia i zalecenie, żeby zachować spokój. Jak? Najpierw nie wstawała z łóżka, potem bardzo chciała wyjść z domu, żeby poryczeć na ulicy. W domu siedziała teściowa, też płakała nad kapitalizmem. Dobrze, że teściowa ma ciśnieniomierz. Jak buzuje w środku, Ania mierzy ciśnienie i łyka proszek. Potem łyka leki uspokajające. Potem ucieka do takich samych kobiet bezrobotnych, żeby tak źle o sobie nie myśleć.

4
Nie było sygnału. 26 lipca 2006 r., w środę rano, Radosław Krawczyk idzie ulicą do pracy. Z teczką i laptopem. Przeciera czoło. Jest potworny upał. Ulica zaczyna miękko wirować pod stopami. Leży na chodniku. Budzi go sygnał karetki. To gorące lato, myśli. Nie ma siły podnieść ręki i zadzwonić do pracy, żony. Może wystarczy jedna, dwie kroplówki. Dwóch następnych tygodni nie pamięta. Raz na dobę otwierał oczy, czyli było widać, że żyje. Lekarze mówią żonie: proszę się przygotować... Wariant optymistyczny: będzie niepełnosprawny umysłowo i fizycznie.

To nie było tak jak w filmach, że nagle człowiek otwiera oczy i mówi, że jest głodny. Uczył się od nowa każdego ruchu. Znaleziono przyczynę: dziura w sercu, przez którą cofnęła się krew, powodując udar. Chirurg przez tętnicę udową wprowadził tzw. parasolkę, czyli rodzaj szkieletu, który otwiera się w środku serca. Musi uważać przez kilka miesięcy, żeby szkielet obrósł tkanką. Nie podnosić dzieci, nie napinać się, nie chodzić na siłownię. Po pół roku nie było śladu po dziurze w sercu. Ryzyko powrotu choroby minimalne.

Lista wirusów

Czy można mówić, że transformersi płacą teraz psychosomatycznie za to, że przyszło im żyć w takich, a nie innych czasach? Czy gdyby wtedy nie zaczęli uczestniczyć w tak raptownym wyścigu szczurów, nie zamienili rozciągniętych swetrów na garnitury Hugo Bossa i modne kostiumy, byliby dziś mniej okaleczeni? Bardziej odporni na wirusy, którymi zaatakowała ich współczesność?

1. Wirus niskiej samooceny

Wkroczyli w dorosłość jeszcze za czasów PRL. Mieli więc jakby dwa życia, to sprzed transformacji i po niej – całkowicie odmienne. Ze szkół wynieśli edukację o sile proletariatu, a musieli wziąć na własne barki budowę zupełnie innego świata. Pochłonął ich wir wywracania do góry nogami porządku, na własnej skórze przeprowadzali bezprecedensowy eksperyment społeczny. Systematyczne oszczędzanie na książeczce mieszkaniowej? Bez sensu. Obowiązkowa nauka języka rosyjskiego? Niepotrzebna. Akademickie szlify w zarządzaniu? Doskonale pamiętają kompetencje, które niemal z dnia na dzień okazały się zbędnym balastem. Przed naszym pokoleniem, mówią, odsłonił się ocean z dalekim horyzontem. Szkoda, że tak wielu pomyliło dyscypliny: skakało na główkę, gdy trzeba było płynąć na dystans.

Nowe czasy oznaczały kompletny zwrot w stylu życia, w stylu pracy, nawet w stylu wypoczynku. Ale wymarzony pierwszy wyjazd za granicę to była najczęściej dość stresująca konfrontacja językowa, obyczajowa, mentalna. (Fundowali ci stypendium i traktowali z jednej strony jak bohatera, z drugiej – jak cywilizacyjnie dziewiczego przybysza z buszu – wspomina jedna z naszych redakcyjnych koleżanek). W pracy zamiast odsiadywania 8-godzinnej dniówki – pełna dyspozycyjność. Zamiast kontestacji ustroju, rytualnego utyskiwania na państwową firmę, szefa, kadrową – nowa kultura korporacyjna. Niskie zarobki jeszcze wczoraj były świadectwem uczciwości, w rodzącym się kapitalizmie świadczyć mogły tylko o nieudacznictwie. Brzydkie słowo kariera wczoraj było zarezerwowane dla oportunistów, teraz nowe czasy żądały, by karierę wręcz planować.

Wcześniej nie żądano od transformersów częstego podejmowania decyzji. Odgórne zarządzanie wszystkim było istotą zniewolenia, ale z drugiej strony dawało pewien komfort: ludziom mówiono, co mają robić, jak pracować. Nie było tylu dylematów. – Wolny rynek rzucił ludzi na głęboką wodę, bez treningu. Skąd mają wiedzieć, jak się zachować podejmując decyzje, skoro nigdy tego nie ćwiczyli – zastanawia się psycholog kliniczny Justyna Pronobis. Sama pamięta, kiedy tuż po studiach zjadała ją trema i strach przed pierwszą prezentacją (w amerykańskich szkołach dzieci uczą się tego od najmłodszych klas). – Byłam skamieniała z przerażenia, że wszystko zawalę i oczywiście zawaliłam.

Psycholog Iwona Majewska-Opiełka w wydanej w ubiegłym roku książce „Wychowanie do szczęścia” nie wystawia swojemu pokoleniu najlepszej oceny: „Mamy mniej wiary w siebie i niższą samoocenę niż np. Amerykanie. Nie potrafimy skutecznie sprzedawać siebie, swojej wiedzy i umiejętności. Powoduje to także mniejszą zdolność zadbania o własne potrzeby i bezkonfliktowego funkcjonowania w grupie. Jesteśmy mniej proaktywni, czyli mniej odpowiedzialni za dokonywane w życiu wybory, co łączy się z częstszą obecnością postawy roszczeniowej w stosunku do firm, instytucji czy państwa, a także z tak częstym w naszym społeczeństwie krytykanctwem, plotką i bezcelowym narzekaniem”. Autorka przez wiele lat porównywała młodych Kanadyjczyków z polskimi dziećmi, które trafiły do tamtejszych szkół. „Nasze są grzeczniejsze, często mają lepsze wyniki w nauce, jednak są onieśmielone, mniej twórcze, mniej aktywne”.

Z badań Instytutu Spaw Publicznych wynika, że pokolenie dzisiejszych 50-latków nie zdążyło się przyzwyczaić do konkurencji lub podejmowania ryzyka. Brakuje im poczucia własnej wartości.

2. Wirus wykluczenia

Czas nieubłaganie odciska swoje piętno na słabnącym organizmie – w wieku 50 lat widać to już dość wyraźnie. Coraz trudniej pracować po 10 godzin dziennie. Nie brać urlopu, zwolnień lekarskich, wyróżniać się wzorową pracowitością czy raczej wysiłkiem ponad miarę. I ten oddech młodszych, z certyfikatami kursów menedżerskich w Ameryce i zagranicznych stypendiów: jesteście zgredami, ustąpcie nam miejsca.

Według Francuzów starość zaczyna się w 75 roku życia, choć 30 lat temu – gdy sami byli młodsi – odpowiadali, że po ukończeniu 60 lat. Polacy też tak myślą. Ci z pięćdziesiątką na karku chcieliby jeszcze góry przenosić, ale wiedzą, że na wolnym rynku żaden pracodawca już by ich nie zatrudnił. Tracą poczucie pewności. Groźba bezrobocia, wynikająca z samego wieku, jest frustrująca – nie możesz być asertywny, nie przyjąć od zwierzchników nowego zlecenia, z którym się nie zgadzasz, bo nie stać cię już na to, by złożyć wypowiedzenie. Za granicę już nie wyjedziesz. W swoim mieście podobnego stanowiska nie znajdziesz.

Komisja Europejska na początku 2007 r. opublikowała raport: jesteśmy na końcu tabeli wśród krajów Unii, które dają zatrudnienie ludziom w wieku 55–64 lata. Zaledwie 27 proc. rodaków w tej grupie wiekowej ma u nas pracę; w Czechach odsetek ten wynosi 45 proc., w Szwecji 69 proc.

Gerontolodzy społeczni przypominają, że różne mogą być wymiary starzenia: biologiczny, psychiczny, społeczny, zawodowy – szczególnie bolesny dla tych, dla których praca odgrywała w życiu najważniejszą rolę. Z dnia na dzień stają się emerytami, przybywa wolnego czasu, z którym nie wiadomo, co zrobić.

Poczucie starzenia biologicznego jest potęgowane przez nieustający kult młodości, któremu nie da się już sprostać bez medycyny upiększającej i inwestowania pieniędzy w zabiegi tuszujące naturalny wiek. Tak więc nieustanna pogoń za sukcesem, zaangażowanie i entuzjazm w końcu trafiają na barierę coraz słabszej wydolności organizmu. Pojawia się znużenie, bo umysł chciałby jeszcze z taką samą jak dawniej pasją sprostać wyzwaniom, ale organizm hamuje jego zapał. Jeszcze tak niedawno prężni, uchodzący w swoim otoczeniu za lokomotywy, zaczynają powoli zjeżdżać na boczny tor. Ta świadomość boli, bo dotyka nieodpornej psychiki. Brakuje potrzebnego dystansu.

3. Wirus stresu

Ludzie sukcesu są przemęczeni, przeciążeni, wypaleni, bo korporacje nie tylko wyssały z nich młodzieńczy zapał, ale i znudziły się modną jeszcze niedawno maską zimnego egocentryka, jaką kazano im na co dzień nosić. Na listę czynników szkodzących zdrowiu w pracy, obok tytoniu czy hałasu, wciągnięto stres. To dziś prawie oczywistość. Co światlejsi menedżerowie zaczynają nawet odbywać kursy, jak odstresować załogę.

Wiele osób nawet w sędziwym wieku chwali napięcie, z jakim żyły w swojej młodości. „Nie dożyłabym tylu lat, gdyby nie stres i sukcesy odnoszone na scenie” – powtarzała Hanka Bielicka tuż przed swoimi 90 urodzinami (zmarła w wieku 91 lat). Syndrom sukcesu może więc działać jak szczepionka wydłużająca życie. Co innego stres związany z frustracją i niepowodzeniami. Lekarze wespół z psychologami przypominają od lat: jeżeli jesteś ambitny, żyjesz w pośpiechu, lubisz rywalizację i nadmiar obowiązków – masz idealne cechy kandydata na zawałowca. Prof. Mirosława Dłużniewskiego, kierownika Kliniki Kardiologii II Wydziału Lekarskiego w Warszawie, zawsze zastanawiało, dlaczego ludzie zdrowi, w sile wieku, umierają na serce. – Sytuacja trochę przypomina stan instalacji cieplnych w naszych domach. Kaloryfery grzeją, ale nikt nie wie, że płynąca w nich woda z upływem lat staje się coraz brudniejsza i metalowe rury od środka pokrywa rdza. To samo można powiedzieć o naczyniach 40- i 50-latków – ludzi z poczuciem zdrowia, niezłym standardem życia, który przekłada się na ciężką pracę, dobre jedzenie, używki, samochód. To są te czynniki ryzyka, które psują składniki krwi, a one z kolei uszkadzają naczynia krwionośne i zagrażają sercu.

Wypracowany z takim trudem dobrobyt podstępnie niszczy życie. Podcina gałąź, na którą się wspięli. Socjolog dr Zofia Słońska: – Przy szybkim wzbogacaniu zazwyczaj dochodzi do nadmiernej konsumpcji, a to zwykle odbija się na zdrowiu.

Reumatolodzy, dermatolodzy i alergolodzy wskazują, że wiele uczuleń, bólów krzyża lub problemów ze skórą wynika z sytuacji stresowych.

Etiologia raka wciąż nie jest wyjaśniona – mówi Justyna Pronobis, która przez wiele lat była psychoonkologiem w Wojskowym Instytucie Medycznym.

Różne grupy naukowców dochodzą do odmiennych wniosków. Cztery lata temu szwedzcy specjaliści przedstawili podczas europejskiej konferencji onkologicznej wyniki swoich badań ewidentnie wskazujące na stres jako czynnik, który zwiększał ryzyko wystąpienia u kobiet raka piersi. Podczas tegorocznego kongresu ASCO w Chicago – najważniejszego zgromadzenia onkologów i ekspertów różnych dziedzin zajmujących się chorobami nowotworowymi – wśród czynników psychologicznych i behawioralnych wpływających na ryzyko zachorowania na raka wymieniono: narażenie na wdychanie dymu tytoniowego, ekspozycję na słońce, status socjoekonomiczny, dostępność opieki i niestosowanie się do zaleceń lekarskich. A może rację mają ci, którzy samą cezurę wieku uważają za najważniejszą wśród okoliczności sprzyjających zachorowaniom na raka? Organizm starzeje się niezależnie od tego, na jakie przeciążenia wystawiamy go w ciągu całego życia (choć niewątpliwie stres sojusznikiem młodości nie jest).

Każdy mężczyzna i kobieta wchodzą w piątą dekadę mocno zubożali hormonalnie, a między układem hormonalnym, nerwowym i immunologicznym występują bardzo silne zależności. Prof. Beata Kos-Kudła, kierownik Kliniki Endokrynologii w Zabrzu: – Stres wpływa na nasze hormony. Powoduje wzrost ACTH, kortyzolu, adrenaliny, co z kolei wywołuje nadreaktywność układu immunologicznego i może prowadzić do wystąpienia chorób autoimmunologicznych.

Należą do tej grupy m.in. choroby tarczycy, dotykające zwłaszcza kobiet. Hormony męskie osłabiają aktywność układu immunologicznego i chronią przed autoagresją. Stres zmienia także stosunek komórek uczestniczących w reakcjach odpornościowych, co ma wpływ na wystąpienie nadczynności lub niedoczynności tarczycy; pięciokrotnie częściej ich ofiarami padają kobiety w wieku klimakterium, gdy estrogeny tracą swą ochronną moc.

Zadziwiająca koincydencja występuje w przypadku chorób reumatycznych i depresji, która przebiega pod maską dolegliwości związanych z kręgosłupem, bólami stawów lub mięśni, np. „modna” dziś choroba fibromialgia (związana z przewlekłym uogólnionym bólem) – o której psychiatra dr Marcin Szechiński z Wrocławia pisze w swojej pracy doktorskiej, że rozpoczyna się zwykle w wieku 35–55 lat i zaostrza pod wpływem stresu. Dotyka ludzi niepotrafiących udźwignąć zawodowego sukcesu lub też twardzieli zza biurek, których sukces zdążył wyczerpać.

4. Wirus samotności

Inną niebezpieczną trucizną dla duszy jest samotność. Co ciekawe, zagrożenie nią zauważają już dzieci w wieku 11–16 lat. W ubiegłorocznym sondażu, przeprowadzonym w ramach programu Polkard Media Junior, sprawdzającym postawy zdrowotne nastolatków, 62 proc. uznało samotność za sytuację szkodzącą zdrowiu. Czyżby uważnie obserwowali rodziców? – Na pewno mają rację – twierdzi socjolog dr Zofia Słońska. – Brak wsparcia społecznego stymuluje zachowania, które są szkodliwe; jak choćby kompensacyjne jedzenie, które pojawia się w chwilach osamotnienia i braku akceptacji, a także palenie papierosów czy alkoholizm.

Większość ambitnych szefów odczuwa samotność w swojej pracy; niejednokrotnie częściej niż podlegli im pracownicy. – Nie mają znikąd wsparcia, podpory, a przecież nie każdy ma tyle wiary w siebie, by uważać, że wszystkie jego pomysły są genialne – ocenia Justyna Pronobis.

Autorytarny styl zarządzania może być skuteczny, ale na krótką metę. Autorytarni kierownicy chętniej zatrudnią ludzi skłonnych do pracoholizmu, wiernopoddańczych, nieskorych do inicjatywy. To nie w ich stylu, by przyjrzeć się swoim emocjom, zastanowić, dlaczego z furią wybuchają na podwładnych. Do nich najszybciej, bo już po kilku latach, przychodzi poczucie zawodowego wypalenia. Ten syndrom dotyczy nie tylko lekarzy, dziennikarzy czy nauczycieli, ale i menedżerów reprezentujących profesje, które stały się popularne w latach 90. Dziś swoje żniwo zbiera wśród pionierów takich dziedzin jak reklama, marketing, zarządzanie.

Mężczyźnie z żelaza – takiemu, co to zniesie wszystko – niełatwo wyrażać emocje. Kto to widział, by pokazać swoją miękkość? Nie zapłakał na pogrzebie matki, bo od dawna nie uronił łzy, ale po pół roku od tamtych wydarzeń dziwi się, dlaczego musiał trafić na kardiologię z ostrym atakiem choroby wieńcowej. – Pogrzeb wśród nawału obowiązków udało się zorganizować – relacjonuje Justyna Pronobis. – Ale ten twardy mężczyzna nie dopuścił do siebie uczuć, które były związane ze stratą bliskiej osoby. To mogło się odbić na jego zdrowiu.

Transformersi nie nauczyli się tego, bo nie mieli gdzie, jak radzić sobie z tymi wszystkimi wirusami. Nie wiedzieli, bo skąd mieli wiedzieć, że one wloką się za kapitalizmem. Że tak samo jak obsługi komputera trzeba było uczyć się pracować nad poczuciem własnej wartości, nad technikami radzenia sobie ze stresem i emocjami, nad umiejętnością szukania wsparcia. Czy ich dzieci mają szansę na życie bardziej świadome, odpowiedzialne, z dystansem do siebie i większą gotowością do dbania o swoją kondycję? Prof. Wojciech Drygas przeczuwa, że obciążenia psychiczne będą się potęgować: – Jesteśmy społeczeństwem ambitnym i zdolnym, które dość szybko stara się doganiać Zachód. Często nie nadąża za tym rozwój społeczny, a w tej pogoni mało kto inwestuje we własne zdrowie.

A transformersi? Mówi się dzisiaj, że medycyna dodała człowiekowi 30 lat życia, tylko nie powiedziała, jak szczęśliwie ten okres przeżyć. Mówi się też, że ludzie po przejściach zaczynają lepiej rozumieć, o co w życiu chodzi.

Studia przypadków III

1
Zadanie Arkadiusza Szarańca na teraz: przejechać się autobusem. Znów spływać Nidą; ponton płynie tak cicho, że dla zwierząt jest naturalnym śmieciem przyniesionym przez wodę. Z bliska obserwować bawiące się wydry. Smakować życie.

2
Agnieszka Grygorjew niedawno zrobiła kurs komputerowy, nawet jej nieźle poszło, ale nie ma komputera i wszystko zapomniała. Gdyby popracowała na komputerze choć tydzień, też stałby się codziennością. Cóż, za stara, ma już 49 lat. I nawet to rozumie. Jak miała 20 lat, 40-latek też był dla niej rupieć.

3
Anna Krzycholik czasem próbuje udowodnić kapitalizmowi, co jest warta. Ostatnia rozmowa o pracę – na stanowisko pomoc biurowa. Idzie, siada w otoczeniu kilkudziesięciu kandydatek młodszych od córki, średnia wieku 25 lat, speszona, przybita, zagubiona. Pytają o języki. Myśli: fakt, był w szkole niemiecki, ale byle przebrnąć. Mówi: miałam w szkole średniej, potem pomagałam córce w lekcjach z niemieckiego. Umiem czytać fonetycznie, ale mniej ze zrozumieniem. Za to siebie nie lubi. Za anachroniczność.

4
Radosław Krawczyk wrócił do firmy. Nie chciał dochodzić do siebie w domu, podparty poduszkami. Ale gdzieś podświadomie się bał. Firma też. Dostał projekty z daleka od bieżących, żeby zminimalizować stres. Dziś jest członkiem zarządu księgarni internetowej Merlin.pl. Gra w tenisa, docenia rodzinę, przekonstruował priorytety. Pan własnego czasu. Zdarza się, że przegląda nekrologi w codziennych gazetach. Korporacja żegna 30-letniego kolegę, który nagle...
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj